[size=x-large][b]Na wybredną łapkę[/b][/size]

Recenzja zegarka Timex Ironman Race Trainer HRM (model T5K264)
Cena: 749zł (wrzesień 2010)


Najważniejsze od czego trzeba by zacząć to, fakt, że nie znoszę zegarków. Nie cierpię! Nie wszystkich. Nie mam nic przeciwko starym zegarom z kukułką albo zegarom kuchennym, czy salonowym, które mają poinformować zasiedziałego gościa, że czas mu do domu. Nie lubię zegarków na rękę i nie dlatego, że szczęśliwi czasu nie mierzą czy z innych bzdurnych i trochę filozoficznych powodów. Przyczyna jest na wskroś prozaiczna. Mam dosyć szczupły i wyjątkowo wrażliwy nadgarstek, który szlag trafia, gdy coś próbuje go opasać, nie daj Bóg jeszcze w czasie biegu. Dlatego z uporem maniaka odmawiałam mojemu mężowi zakładania jego wypasionych czasomierzy z pulsometrami, GPSami i innymi cudeńkami na patyku.

Ale On przyszedł do mnie sam, niezbyt nachalnie wpadając mi w oko. A w zasadzie został przysłany z pozdrowieniami od Justyny Kozińskiej z Timexa – do przetestowania i oddania po tym jak wypowiemy swoje zdanie o nim na forum publicznym. Skusił mnie swoim niewielkim rozmiarem i cieniutkim paskiem, który mocuje go na nadgarstku. Wstyd mówić o tym, że skusił mnie też ładnym połączeniem kolorystycznym czerni i amarantu (to taki ciemno-różowy, prawie fioletowy kolor…Kto nadal nie wie, niech sobie poszuka w internecie rośliny, co się zowie szarłat albo amarantus). I ja – wieczna wojowniczka z zegarkami na nadgarstek – wpadłam jak śliwka w kompot. Spodobał mi się nie na żarty. I to tak, że przez dłuższy czas zastanawiałam się co powinnam zrobić, żeby po testach nie musieć go oddawać. Prócz tego, że tak doskonale komponuje się z moim szczupłym i wybrednym nadgarstkiem ma wszelakie funkcje, które mogą się przydać mi – prostej dziewczynie, która lubi sobie pobiegać, pojeździć na rowerze i na rolkach, popływać kajakiem i czasem też wpław jeśli nadarzy się okazja. Ale zaczęło się chyba od jogi…

[b]Trochę banałów[/b]

Zegarek ma bowiem funkcję, którą uwielbiam. Prostą i jakże pomocną przy katowaniu swojego ciała w dziwnych i nienaturalnych pozycjach, jakie proponuje nam joga. Swoim zwyczajem w każdej z pozycji pozostaję przez minutę (dynamiczniejsza zabawa w jogę kłóci się z jednoczesnym skupianiem się na Szkle Kontaktowym wieczorami w TVN). Wystarczy ustawić sobie 40-50 interwałów po jednej minucie i w ogóle odpada myślenie kiedy się przekręcić na który bok i za jaki czas założyć sobie tę drugą nogę za tę drugą głowę… Czy jakoś tak. Interwały, chociaż w najprostszej postaci, która być może nawet urąga temu zegarkowi były więc pierwszą funkcją, z którą bardzo się polubiłam. Później oczywiście trochę się doedukowałam i w instrukcji obsługi przeczytałam, że można z tej funkcji skorzystać w dużo bardziej kreatywny sposób. Jak sama nazwa wskazuje można za jej pomocą zrobić trening interwałowy. Trzeba wpisać w miejsce poszczególnych interwałów czas, w jakim zamierzamy pokonać poszczególne odcinki, możemy też ustawić w jakiej strefie tętna mamy wówczas być. Do pełni szczęścia będziemy jeszcze tylko potrzebować stadionu albo innych zmierzonych odcinków – ot chociażby naokoło osiedla. W ten sposób zegarek będzie nas też pilnował, żebyśmy zrobili dobrze trening tempowy. Trzeba tylko wpisać ile ma zająć rozgrzewka, ile tempo run i ile chłodzenie.

Oczywiście jest też stoper – funkcja banalna i stara jak świat, może nawet wstyd o tym pisać. Ale z drugiej strony… Z niego korzystam najczęściej. Mierzy czas każdego treningu, w czasie zawodów mówi mi ile już godzin znajduję się na trasie, a dzięki „lap’om” wiem ile zajmują mi poszczególne etapy (chociaż, czasem wolałabym nie wiedzieć…). A „lap’ów” może być w nim nawet 50 – więc nawet na długich, kilkudniowych zawodach raczej nie wyczerpie się ilość „wolnych miejsc” do zarejestrowania kolejnych odcinków.

Żeby nie prawić więcej banałów, które dla wszystkich użytkowników zegarków są „oczywistą oczywistością” dodam jeszcze tylko, że jest wodoodporny (klasa do stu metrów, 140 p.s.i.), ma podświetlaną tarczę, skutecznie pokazuje godzinę i datę (mam na myśli to, że te informacje są tutaj głównymi i dokopanie się do nich nie sprawia żadnego problemu). Ma też trzy rodzaje alarmu (gloria i chwała – można ustawić budzik na 9 rano i na 9.15 i człowiek wie, że to nie żadna drzemka tylko to już jest absolutnie ta godzina, o której należy się zwlec z łóżka (!)). Wskazania pulsometru nie dominują całej tarczy i nie uważają się za najważniejszą rzecz na świecie. Ciągle obserwujemy czas treningu, który upłynął albo inne informacje, które są nam potrzebne.

[b]Prostota über alles![/b]

Prostota jego obsługi jest kolejną rzeczą, która umacnia moją więź z tym zegarkiem. Wszystkie najważniejsze rzeczy drzemią pod przyciskiem znajdującym się w lewym dolnym rogu. Nim przełączamy się między funkcjami i gdy będziemy go wciskać kilka razy to nie zawieruszymy się w zawiłych kanalikach niezrozumiałej dla nas świadomości tegoż sprzętu, tylko powrócimy do godziny i daty, albo stopera czy interwałów. Jeśli nie chcemy przechodzić przez wszystkie funkcje zanim znowu zobaczymy, która to może być godzina – odpuszczamy na chwileczkę i klikamy jeszcze raz – wtedy wracamy do początku całej listy funkcji. Dalsza obsługa czy też zapuszczanie się w poszczególne funkcje odbywa się za pomocą prawego, górnego przycisku. Jeśli chcemy zacząć odliczanie timera albo włączyć stoper – to robimy to właśnie prawym górnym. Jeśli przyciśniemy go i potrzymamy chwilę to wchodzimy w ustawienia i możemy np. zmienić godzinę lub datę, ale też ustawić interwały czy strefy HR. To odbywa się za pomocą startu (duży, różowy przycisk – nie sposób go nie zauważyć) albo Heart Rate (też różowy przycisk, tyle, że z dołu po prawej). Jeśli chcemy zatrzymać stoper albo zresetować ustawienia znowu wciskamy albo przyciskamy prawy górny. Jeśli zresetujemy – pokazuje nam się informacja, że trening został zapisany w pamięci zegarka. Pomieści się w niej 10 ostatnich treningów. Dzięki czemu będzie je można zrzucić do komputera kompleksowo. Został nam jeszcze jeden – górny lewy przycisk – to światełko. I nic więcej. Dlaczego roztkliwiam się nad prostą obsługą tego sprzętu? Ano – zdarzyło mi się ostatnio biec półmaraton i zapomnieć z domu zegarka ku mojej rozpaczy. Poratowała mnie koleżanka. Nie będę mówić jakiej firmy zegarek mi pożyczyła i jak bardzo byłam jej wdzięczna. Jednak tamten sprzęt przyprawiał mnie o szał. Nie dość, że był wielki i miał gruby pasek, który w dodatku miał tak rozstawione dziurki, że albo był za ciasny albo za luźny… to jeszcze ani ja ani koleżanka, która ma ten zegarek już od dawna i często z nim biega – nie byłyśmy w stanie odgadnąć JAK DO CIĘŻKIEJ DUPY NIETOPERZA go zresetować?! Odpaliłam stoper na próbę i… szukamy, szukamy i nic. Musiałam odpalić stoper i zaczekać aż pokaże się równa minuta – żeby potem sobie tę minutę odjąć od wyniku. Oj brakowało mi mojego Ironmana na tym biegu.


[i]Pasek pulsometru[/i]

[b]Review[/b]

Wspominałam już o tym, że pamięć zegarka jest zdolna pomieścić 10 ostatnich treningów. Wszystkie te zapamiętane treningi możemy przejrzeć za pomocą funkcji review. Sprawdzimy jakie były czasy poszczególnych biegów (lub innych aktywności) a także ile zajęły nam poszczególne „odcinki” każdego z treningów, jaki był nasz średni czas „okrążenia”, w jakim czasie uporaliśmy się z „odcinkiem” najszybciej. To bardzo cenne przy zawodach wielodyscyplinowych. Wystarczy pamiętać żeby wcisnąć odpowiedni przycisk przy zmianie etapu i na koniec zawodów możemy sobie zrobić śliczne summary i sprawdzić gdzie wtopiliśmy a gdzie poszło nam nad wyraz dobrze. Jest też oczywiście cała gama informacji o tętnie. Średnie, najniższe, maksymalne, no i oczywiście liczba spalonych kalorii 😉

[b]Dziennik treningowy[/b]

Timex udostępnia dla użytkowników swoich zegarków bardzo ciekawą platformę, na której można prowadzić swój dziennik treningowy, przygotowywać plany treningowe, rejestrować swoje ścieżki biegowe, rowerowe, trasy rolkowe czy kajakowe. Działa to wszystko bardzo sprawnie i jest proste w obsłudze. Jakiekolwiek problemy z używaniem tej platformy czy początkowe zagubienie na stronie internetowej zostają zażegnane już na wstępie – poprzez filmik instruktażowy odpalany zaraz po zalogowaniu. Zresztą to nie Timex wynalazł cały system – zaadaptował gotowe i sprawdzone rozwiązanie znane jako Training Peaks. Poszczególne typy treningów możemy wyróżniać osobnymi kolorami (np. biegowe, rowerowe, rolkowe) albo biegowe (tempowe, interwałowe, ciągłe, długie wybiegania). Trasy wprowadzamy na stronie przy pomocy map (niestety nie najlepszej jakości – te prezentowane na chociażby dailymile.com są dużo lepsze i dokładniejsze, w szczególności w widoku hybrydowym czy satelitarnym). Ale program pokazuje nam od razu wykres wysokości – a to plus. Cały dzienniczek można dostosowywać do swoich własnych upodobań dołączając kolejne funkcje – według potrzeby. Dużo rzeczy odbywa się za pomocą zwykłego przeciągania myszką – można np. kopiować w ten sposób treningi na swojej ulubionej ścieżce. Trochę jeszcze nieodgadnione są dla mnie wszystkie funkcje związane z JEDZENIEM, jego kalorycznością i ulubionymi posiłkami (?!) – ale kogoś, kto rusza się żeby się trochę odchudzić to też powinno zainteresować.


[i]Bezprzewodowy odbiornik do komunikacji z zegarka z PC[/i]

Strona: www.trainingpeaks.com

[b]Zegarek po przejściach[/b]

Zawitał do naszego domu zimą. Od tamtego czasu zrobiłam z nim już ponad 6000 km i niemal 400 godzin różnego typu treningów i zawodów. Praktycznie się z nim nie rozstaję. Towarzyszył mi podczas miesięcznej rowerowej podróży po Kaliforni, gdzie codziennie rano wzywał mnie do pobudki a w czasie dnia informował, że minęło już 1,5 godziny i można zatrzymać się żeby wypić kawę i zjeść ciacho siedząc gdzieś na krawężniku stacji benzynowej. Dzielnie mierzył czas i poszczególne etapy na najdłuższym rajdzie przygodowym i dodawał mi otuchy pokazując, że już niedługo wstanie dzień. No i że to już pięćdziesiąta któraś godzina zawodów a ja nadal funkcjonuję bez snu. Zaliczył ze mną także niejedną kraksę na rolkach i rowerze, chociaż tylko jedna zrobiła na nim lekkie „wrażenie” ścierając odrobinę tworzywa z paska mocującego go na nadgarstku (gdy zaliczyłam boczny ślizg rowerem po betonie nie wyrabiając się w zakręcie). Zdarzyło mi się już kiedyś urwać zegarek i doprowadzić go do stanu, w którym nikt by się już nie podjął reanimacji. Ironman trafił na niełatwy i dosyć wymagający dla sprzętu okres w moich treningach. Nie raz. Ale przetrwał i ma się świetnie.

A ja? Nie doprowadzam już mojego męża do czerwoności i puszczania pary uszami ciągłymi pytaniami o to, która jest godzina. No i dzięki treningom z pulsometrem wiem więcej o tym co się ze mną dzieje i że to, że jestem zmęczona to tylko mi się wydaje. Że jestem mazgaj, bo przecież stoi czarno na białym, że wszystko ze mną jeszcze w porządku.

[b]Trochę faktów:[/b]

W zestawie znajduje się zegarek Timex Ironman Triathlon, monitor pracy serca (pasek pulsometru), wtyczka USB pozwalająca na transfer danych między komputerem a zegarkiem.

[b]Co w nim siedzi?[/b]

Zapisywanie w pamięci 10 ostatnich treningów.
Możliwość zarejestrowania czasu 50 „okrążeń” albo „odcinków”.
5 stref tętna.
Recovery timer. (tego jeszcze nie rozgryzłam)
Szybki przegląd zapamiętanych treningów.
Możliwość ustawienia interwałów i dostosowania do nich strefy HR.
Informacja o spalonych podczas treningu kaloriach.
Stoper i timer.
3 alarmy (o różnych dźwiękach).
Podświetlana tarcza.

[b]Podsumowańsko[/b]

Można mu zarzucać małą ilość funkcji w porównaniu z niektórymi konkurentami (Garmin za podobną cenę daje znacznie więcej), ale ja po pierwsze nie potrzebuję funkcji namierzania pocisków artylerii czy śledzenia pracy mojej wątroby w czasie biegu, a po drugie naprawdę nie jestem w stanie pogodzić się z cegiełką podwieszoną do nadgarstka (bo tak kojarzy mi się Garmin 305).

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany