A gdyby tak przebiec ultra z umownego miejsca startu i nie kończyć dystansu na umownej linii mety. No jak? Po prostu, by zobaczyć do jakiej odległości można maksymalnie dobiec…

        Pamiętam jak kiedyś już postawiłem sobie takie pytanie – ile najwięcej mogę. To było dokładnie dwa lata temu kiedy zdecydowałem się na pokonanie dystansu 240 kilometrów w Lądku-Zdrój. Nie wiedziałem co się będzie działo. Nie wiedziałem czy dobiegnę czy też nie, ale niczego sobie nie wmawiałem. Byłem przekonany, że nie dobiegnę do ‚przysłowiowej’ mety aczkolwiek chciałem się przekonać ile mogę na tamten czas.

Jak się wtedy okazało, półmetek czyli 130 kilometrowy odcinek, został pokonany na spokojnie a po półmetku postanowiłem, że spróbuje sił by się przekonać – ile jeszcze. Ukończone zostało wtedy 228 kilometrów nie zważając na wypowiedzi innych przed startem, którzy byli przekonani, że już odległość powyżej 150 kilometrów będzie już odległością ponad normę biorąc pod uwagę, dziwne słowo – „staż biegowy” – w tamtym okresie. Jaki dla mnie wypłynął wniosek z tamtego czasu – jeśli jesteś gotów/gotowa psychicznie, zrób to. Oczywiście stając na linii startu drugim razem, dystans został ukończony i nic mi nie było.To był najdłuższy, ukończony mój dystans, gdzie punkty żywieniowe występują.

Powrócę zatem do mojego dystansu sześciu dych. Linią startu było miejsce niedaleko mojego miejsca zamieszkania natomiast linią mety było miasto, które jest oddalone, w prawie linii prostej, sześć dych od miejsca zamieszkania. To dystans bardzo niby mały aczkolwiek jeśli pobiegnę bez supportu i bez zagwarantowanych punków żywieniowych – trzeba więc sobie radzić….

Brak punktów gdzie możesz uzupełnić swoje zapasy wody, gdzie możesz napić się czasem, występującej na punktach, gorącej herbaty czy też coli. Brzmi ciekawie czy to może jednak ponad normę? Dla jednych tak, dla innych nie. A gdyby tak jeszcze dołożyć do tego samodzielne szukanie sklepów lub poszukiwanie czasem pomocy u lokalnych gospodarzy w postaci próśb uzupełnienia pojemnika z wodą, która to Ci się właśnie kończy.  A co z jedzeniem jeśli wiesz, że najbliższy otwarty sklep (by mieć w ustach coś innego niż słodkości w formie batonów czy żeli) jest jeszcze daleko, bo nie chcesz skręcać z trasy, którą wcześniej przygotowało się. Takim sposobem zaczynają się już większe schody….

        Ot taki malutki survival się zrobił gdy odległość od punktu startu do punktu mety wyniosła sześćdziesiąt i pół kilometra choć do końca dystansu nie wiadomo było czy ten dystans nie będzie czasem większy.
…a gdyby tak odległość zwiększyć jeszcze o drogę powrotną – sto dwadzieścia kilometrów – może jednak ten dystans pozostawię na później….
…jak to było na początku pomysłu – plan…
        Nie byłem kompletnie przygotowany do pokonania tej odległości, lecz miałem wiarę w plan. Dwa tygodnie temu wykonałem pierwsze podejście do treningowego ultra, sam na sam, lecz zbyt wcześnie doprowadziłem do odwodnienia się i podjąłem decyzję o zakończeniu pierwszego treningowego ultra na dwudziestym kilometrze. Decyzja podjęta została z uwagi na :
– brak dokładniejszych zdjęć ziemi (czytaj tereny leśne),
– w górach szlaki są oznaczone więc prawdopodobnie trasę można łatwiej wyznaczyć a tu jest odwrotnie,
– dosłowne przebijanie się przez pola, lasy, miejsca, które często opiewały w trud „pokonania” – dużo krzaków dosłownie z kolcami, których na dystansie         ultra podczas zawodów nie spotkasz, a w które ja zwyczajnie zjechałem na liściach.

        Mając więc wyłącznie w głowie „nawigację”, oraz nawigując się słońcem oraz zbyt późne pozbycie się niepotrzebnej odzieży, a także wyszczególnione powyżej fakty, te wszystkie elementy należało wziąść pod uwagę by kolejne podejście ukończyć zgodnie z planem. Reasumując, brak znajomości terenu, czy skręcić teraz w tę drogę polną czy inną, bez kompasu, to za mało.

Raport z pierwszego podejścia

pamiętliwe miejsce z pierwszego podejścia do dystansu, bogate w kolce (zdjęcie Mateusz Hyski)

…jak było teraz…

Tym razem, dużo zaważyło wyspanie się dzień wcześniej. Dzień jak co dzień z rana. Wstałem wczesnym rankiem by pozałatwiać kilka spraw. W internecie dzień wcześniej wszystko wskazywało na deszcze w Sobotę więc zaopatrzyłem się w dwie kurtki wodoodporne biegowe oraz spodnie wodoodporne. Wstępnie odległość opiewała o odległość siedemdziesięciu ośmiu kilometrów. Okazało się jednak szybko, że wspominane 78km, o których pisałem w poprzednim wpisie, to odległość jaką pokonuję samochód pomiędzy moimi ustawionymi punktami tegoż treningu. Po orientacyjnych oględzinach zdjęć satelitarnych i przeanalizowaniu którędy można by biec – odległość delikatnie się skróciła i wyniosła 59 kilometrów lecz była to odległość od punktu A  do punktu B w Locus aplikacji. Trzeba było więc zwyczajnie przebiec ten odcinek, by dokładnie wiedzieć, czy można z tego zrobić w przyszłości zawody na dwóch dystansach (mniejsze ultra i dłuższe). Tak właśnie można nazwać małą moją przygodę, którą ukończyłem z sukcesem a jak było w środku….

        Przygotowania do takiej przygody były proste. Ubrać to co zawsze na zawody się ubiera. Spakować również to co pakuje się na zawody – powerbank, NRC, zapasowa koszulka, skarpety, tym razem bez zapasowych butów przypiętych do plecaka (na zdjęciu była jeszcze decyzja o ich zabraniu), dodatkowa bluza, czołówka i wszystkie inne elementy, które uważam za potrzebne a czasem słuchawki a także druga kurtka wcześniej wspominana. Pamiętliwy „falstart” nie odbił się źle na psychice lecz podwójnie motywował.

(zdjęcie Mateusz Hyski)

Wybrałem już w Jelczu-Laskowice inny zakręt, niż podczas pierwszego podejścia a mianowicie prosto w las kierując się w stronę Chwałowic. Ominąłem więc drogi asfaltowe już na wstępie, które bardzo mi towarzyszyły podczas pierwszego podejścia. Czułem się znakomicie, bo las, bo natura. Wbiegłwszy w pierwsze zalesienie, po prawej stronie miałem cały czas widok długiego odcinka asfaltowego pomiędzy dwiema miejscowościami, którego pokonywałem dwa tygodnie wcześniej. Tu asfalt nie był groźny, bo go nie było. Las. Za lasem pola, tereny bardzo mocno zryte przez zwierzęta, bardzo dużo błota i kałuż w formie niespodzianek ponieważ nie widziałem ich. Były częściowo zakryte przez trawę. Tym razem częściej spoglądałem na przygotowanego traka w aplikacji Locus.Często pojawiały się pytania: To teraz w prawo czy w lewo, czy może na wprost? Mając tylko zaznaczone punkty przez które prawdopodobnie będę biegł, kierowałem się tymi właśnie punktami w Locusie jak kompasem. Trasa, ślad, sam się nagrywał do celów pamiątkowych.

Gdy za plecami miałem już dwudziesty kilometr oraz w oddali widziałem miejsce zakończenia pierwszego podejścia tego własnego wyzwania, wiedziałem, że tym razem dystans prawdopodobnie ukończę, lecz muszę oczywiście z dystansem do tego cały czas podchodzić – opanowanie i wytrwałość.
Znałem do tej pory każdy zakręt na trasie asfaltowej  – droga do rodzinnego Kluczborka znana na pamięć. Schody zaczynały się gdy na zegarku biegowym liczba 22, 23 już była historią a przede mną pojawiały się kompletnie nieznane tereny oraz nieznane nazwy miejscowości czy to też gdy byłem przed nieznanym, kolejnym lasem.

Dodatkiem były podmuchy boczne wiatru. Momentami „spycha” mnie z drogi polnej na pole. Jeszcze na szczęście nie pada choć chmury są widoczne. Jeszcze nie ruszyłem żadnego batonika natomiast kilka łyków wody, oszczędnie, wykonuję. Lasy zaczynają być zbawienne, bo w nich cieplej i nie wieje. Nie wiem nawet czy pada, bo wiadomo drzewa wszystko zatrzymują. Widzę wiele miejsc, gdzie na ziemi  widać ślady grasowania zwierzyny w poszukiwaniu jedzenia. Jestem w lesie tylko gościem. Tu mieszka ktoś inny i trzeba to szanować. Wiele razy muszę przebijać się przez nisko rosnący, młody las a widząc kolejny raz, lecz tym razem, bardziej uszkodzoną powierzchnię ziemi, uświadomiłem sobie, że w pobliżu mogą występować dziki. Rozsądnie więc przez las.

(zdjęcie Mateusz Hyski)

          Jestem w drugim, innym lesie, którego kompletnie nie znam. Jak na razie czas jest dobry choć dystans już zaczyna się zwiększać. Za godzinę może na zegarku pojawi się  cyfra 33. Pamiętając co ile kilometrów są punkty żywieniowe na dystansach ultra, trzymam się, mniej więcej, tych odległości kilometrowych  i uzupełniam wodę, robiąc kilka łyków. Chwilowo maszeruje w zamian za brak punktu, którego tu oczywiście nie mam. Psychicznie jest inaczej, ponieważ nie ma punktów. Nie ma kto dolać wody, izotonika, coli, herbaty czy też dobrego soku. Tego co znajduje się na punktach tu nie ma. Tylko ty i trasa. Cisza. Ten odcinek leśny jest dłuższy niż poprzedni. Gdy z niego wybiegnę, będzie to prawdopodobnie połowa mojej przygody.

          Cały czas biegnę lub momentem idę. I tak non stop. Coś mi mówiło, że w Nowych Smarchowicach muszę poszukać sklepu by uzupełnić butelkę wodą. Powoli zaczyna brakować wody, choć mam jeszcze cały termos ciepłej herbaty w plecaku. Ten, jednak zasób wole przytrzymać jeszcze. I tutaj stało się coś niespodziewanego. Zauważyłem gospodarzy na jednej z posesji. Poprosiłem o uzupełnienie butelki zwyczajną wodą z kranu a otrzymałem całą (1,5l) butelkę wody gazowanej. Byłem zaskoczony. To właśnie zwyczajni, normalni, życzliwi ludzie, którzy dowiedzieli się, że mam za sobą 28 kilometrów….

z darczyńcami wody (zdjęcie Mateusz Hyski)

Po chwilowej miłej rozmowie, byłem „uzbrojony” w dodatkowe słowa powodzenia od gospodarzy. Dobiec do Wołczyna nie mając jeszcze na zegarku połowy dystansu. W międzyczasie starałem się dużo pić by „prezentu z wodą ” nie trzymać w ręku. Stawała się obciążeniem a nie chciałem wkładać butelki do plecaka, który już i tak był ciężki. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki pomimo tego, że tu nie ma przewyższenia. Telefon w jednej dłoni, butelka w drugiej, no i plecak i myśli.

Tutaj, pomiędzy Nowymi Smarchowicami a Nowym Forwalkiem wypiłem do połowy butelkę, która została mi podarowana a przy Nowym Forwalku, odstawiłem ją w bezpiecznym miejscu. Miałem przy sobie jeszcze mleczko zagęszczone, które było o niebo lepsze od żeli. Zastanawiałem się coraz częściej kiedy zmieniać całkowicie mokrą koszulkę oraz podkoszulek. Buff również wymagał zmiany. Było zimno. Ręce marzły więc zaciskałem pięści by rozgrzać palce. Zapomniałem rękawic, które zaradziłyby problemowi. Tutaj, kiedy dobiegłem do okolic Jastrzębia, przez pola, zaczynało kropić. Coś mi mówiło żeby dokonać przepaku, ale jeszcze moment.

Mój punkt przepaku

Dosłownie po prawej stronie  na zdjęciu obok, tuż za dwoma widocznymi w poziomie budynkami, zatrzymałem się i zmieniłem wszystko, co wymagało zmiany. Pierwszy raz również napiłem się gorącej herbaty oraz zjadłem pierwszego batonika z serii „Dobra kaloria”. Czułem się świeżo. Tak też się biegło. Spoglądałem co chwilę na nawigację. Zaczęło padać, lecz nie był to groźny deszcz. Kaptur jednak był przydatny by się nie wyziębić. Obok cały teren jest ogrodzony – teren wojskowy. Znów pojawiały się pytania do siebie – którędy, ponieważ byłem na rozwidleniu dróg polnych. Zdecydowałem, że w tę stronę w którą popatrzę jako pierwszą, pobiegnę. Tak się stało

          Dystans pokonany powiększał się coraz bardziej. Ciepła herbata jeszcze grzała od środka aczkolwiek nie chciałem zużywać jeszcze tej, która pozostała, zbyt szybko. Szaro, ponuro. Pogoda nie rozpieszcza. Wszyscy, może normalni, siedzą w domach a niektórzy „obrządzają” gospodarstwa, co widać. Chmury deszczowe poszły sobie i deszcz przestał padać. Decyduje się na chwilowy marsz w celu połknięcia ostatniego kawałka batonika. Trzeba włączyć światło czołowe. Jest ciemno. Trzeba przestawić się na wolniejsze tempo, ponieważ pomimo dobrze widocznej drogi przede mną, to nie jest jednak światło dzienne. Zaczynałem lekko nawigować się już tylko polnymi drogami. Raz w lewo , raz w prawo a raz spoglądałem na nawigację.  Już doszedłem do wprawy.

Pojawiające się, bardzo nieśmiale, światła z lewej strony sygnalizowały kolejną nieznaną miejscowość. Nie posiadała ona jednak drogi asfaltowej a przynajmniej na tym odcinku, którego pokonywałem biegiem. Tuż za pewną posiadłością, występująca tam droga polna, doprowadza mnie przez pola do kolejnego nieznanego lasu.

Coraz bardziej pachniało zwycięstwem, bo do wspominanego miasta dzielił tylko dystans dziewięciu kilometrów. Cały czas las. Strasznie długi ten odcinek leśny, ale skończył się a ja wbiegłem na pogranicza Wierzbicy Górnej. Trzymając się nawigacji ( punktów wcześniej wyznaczonych ale też po chwili rozeznania w terenie ), „przeciąłem mieścinę” i znalazłem się na drodze z cementowych płatów.

Zegarek pokazywał liczbę 54. Ręce miałem już lekko przemarznięte a mój punkt mety był coraz bliżej. Mierzyłem się z bocznym wiatrem znów, ponieważ opuszczając Brynicę, byłem na otwartej przestrzeni polnej gdzie bardzo mocno znów wiało. W oddali widać tylko światła. Dobrym znakiem był widoczny przede mną przejazd kolejowy a gdy popatrzyłem w prawo, widziałem już obszar drożdżowni Wołczyn. Wybudził mnie jeszcze z tego zimnego stanu, sygnał pociągu osobowego, który uświadomił mi, że stacja PKP Wołczyn, jest niedaleko.

Znosiłem jeszcze niemiłe zapachy, ponieważ biegłem obok oczyszczalni. Nie był to miły moment, ale zmuszał lekko do przyspieszenia. Dłonie rozgrzały się. Nie czułem zimna. Gdy przeszedłem przez tory i zatrzymałem się przy samochodzie gdzie czekali siostra i szwagier, nastąpiła chwila na zatrzymanie śladu w aplikacji Locus oraz zapisanie trasy w zegarku. Poinformowałem jeszcze Monikę o sukcesie.

Byłem zadowolony. Nie byłem zmęczony. Na ten czas kompletnie mi to wystarczyło, to czego sam dla siebie dokonałem. Nie mogę nie wspomnieć, że już kształciły się nowe plany aczkolwiek trzeba nacieszyć się tym co za mną w danej chwili. Po przeanalizowaniu zdjęć i współrzędnych, nagrywaniu trasy w aplikacji Locus oraz wierząc wskazaniom Sunto Ambit, trasa zakończona z dorobkiem sześćdziesięciu kilometrów i pięciuset trzydziestu metrów.

  • Trasa była bardzo ciekawa, ale też momentami strasznie nudna. To nie góry. Nie posiada prawdopodobnie przewyższeń także spokojnie można się koleżeńsko umówić i przebiec kolejny raz ten odcinek. Nuda występowała na bardzo długich odcinkach (czytaj drogi polne), które nie należały do łatwych z uwagi na wiatr boczny o którym wspominałem już. Bardzo długie odcinki leśne były zbawieniem, ponieważ w lesie wiatr nie wieje i można było się ogrzać a czasem się zatrzymać i napić się gorącej herbaty z termosu, którego miałem w plecaku lecz tego nie robiłem – jak najmniej przystanków.
  • Niektóre części trasy jednak nie były przyjemne. Nie raz trzeba było się przeciskać przez wyschnięte, wysokie krzaki a w nich były niespodzianki w formie ukrytych kałuż z błotem, które trzeba było omijać. Miałem tylko jedną parę butów i skarpet, choć początkowo było miejsce również w plecaku na Altry. Po przeanalizowaniu trasy po nocnych deszczach jednak zdecydowałem się na Kalenji Kiprun MT Trail.

(zdjęcie Mateusz Hyski)

  • Druga kurtka wodoodporna nie przydała się na szczęście. Nie przydały się również spodnie wodoodporne, ale deszcz towarzyszył mi przez pięć kilometrów aczkolwiek nie była to ulewa.
  • Po przekroczeniu trzydziestego czwartego kilometra, zdecydowałem się na przepak koszulki i bluzy oraz pierwsze kilka łyków gorącej herbaty. Czy można było to zrobić szybciej. Pewnie tak aczkolwiek sądzę, że to był dobry moment.
  • Nie sposób nie wspomnieć również o odcinkach, gdzie but zapadał się w grząskim polu ( zdjęcie powyższe). Wstępnie powierzchnia wyglądała na bardzo przyjazną lecz jak się okazuje było to złudne. Odcinek był ciężki, lecz doświadczenie z jesienno-zimowych startów mówiło co robić.

(zdjęcie Mateusz Hyski)

  • Bardzo wiele odcinków, jak widać, obfitował w błoto. Miejscami mniejsze jego połacie a miejscami większe. Na takiej powierzchni Altry może byłyby  dobrą zmianą ze względu na niewymagający chwilowo teren.
Następnego dnia dojechałem samochodem do gospodarzy, którzy zaskoczyli mnie wspominaną dużą butelką wody mineralnej i podziękowałem za ten gest małym prezentem. Nie mogłem nie podziękować za dobro.

O Autorze

Mateusz Hyski

Uwielbia biegać ultra. W zasadzie im dłużej, trudniej, tym lepiej. Autor bloga okrokwiecej.pl

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany