Trzeci etap przeszliśmy z hasłem „lekko” i wylądowaliśmy w okolicy 30 miejsca. Czwarty ustaliliśmy, że zrobimy „jak wyjdzie” i wyszło tak samo, ale Magda się jeszcze skasowała. Na piątym też baliśmy się napinać, bo nogi Magdy ciągle mocno bolały, a w dodatku pojawiały się problemy z żołądkiem.

 

 

 

 

Były 2 podejścia. Najpierw ze startu 11km z tysiącem do góry, potem spadek na łeb czy szyję w kolejną dolinę i już nieco mniejsza sztajcha – 800m w górę. Większość podejść wygląda tu tak – najpierw stromo, żeby postraszyć, potem kawałek łagodniej (lub miejscami płasko), a na koniec stromizna taka, że trzeba mocno łeb zadzierać by zobaczyć przełęcz.

Ostatnie etapy są bardzo urokliwe. Widoki takie że łał! Organizatorzy zapewniają wodospady, błyszczące strumienie spadające po zboczach i kolejne grzbiety układające się jeden za drugim. Do tego brązowe krowy, wąskie szlaki na których nie ma już takiego tłoku (ludzie mniej się rwą do przodu niż na początku – było też trochę wycofów).

 

 

Walki elity nie mamy szans oglądać. Od drugiego etapu niezmiennie prowadzi team Salomon International – Na przedzie zwykle widać Ikera Carrera – w 2011 zajął drugie miejsce w UTMB. Drugi z prowadzących – o dziecięcej twarzy to Rainer – Niemiec. Nie dam sobie głowy uciąć (bo pisząc nie mam dostępu do internetu), ale w zeszłym roku chyba wygrał Gore-Tex Transalpine.

Liderzy z pierwszego etapu – team inov-8, musieli się wycofać z powodu kontuzji – teraz towarzyszą peletonowi i kibicują. Billy – mocniejszy z zawodników ma przeciążone kolano. Wczoraj był w stanie tylko spacerować, a i tak wyraz jego twarzy nie był najlepszy.

 

Odkryliśmy nową taktykę na zbiegi – okazało się, że śpiewanie nie tylko pomaga na senność na rajdach – działa również w czasie kryzysów na zbiegach, gdy uda naparzają żywym ogniem. Magda zdecydowanie przyspieszyła na ścieżkach jak wrzuciliśmy repertuar Kultu czy Manaamu. Nie mówiąc już o Metallice czy The Doors.

 

 

Etap skończyliśmy na 21. pozycji. W generalce pozostajemy na pozycji 14, czyli na progu pierwszego sektora (sektor A na starcie to MIX-y 1-15, sektor B 16-40, sektor C – cała reszta). Z udami jest już lepiej – jesteśmy o.k. Na technicznych zbiegach – gorzej gdy robi się łatwo, tam wychodzi brak wybiegania (przecież ostatnio głównie regenerowaliśmy się po ostatnim dużym starcie!).

Magda ma jednak mocno przerąbane i niewiele okazji do radości z biegania. Szkoda. Bo widoki są super – temperatura akurat taka do biegania. Startujemy zwykle o 8.00 jak jest chłodno, na przełęczach jesteśmy po 10, a upał możemy tylko liznąć na końcówce. Codzienne bieganie trwa po 5-7 godzin, co mimo wszystko daje mało czasu na regenerację, odpoczynek i sen. Marzymy o tym by wreszcie zrobić sobie fajowe leniuchowanie, ale ciągle mamy trochę problemów logistycznych. A to trzeba jechać podłączyć się do internetu, a to popędzić na obiad, postudiować profil. I zaraz robi się 21.

 

Dziś po raz pierwszy pada. I to jak! Burza z piorunami. Na szczęście wszyscy są już na dole. Nie chciałbym teraz przewalać się przez grzbiet!

Coś o sprzęcie? Bidon na szelce. Spisuje się bardzo dobrze przy pobieraniu picia na punktach żywieniowych i ze strumieni. Jeśli można często uzupełniać płyny – jest dużo użyteczniejszy od bukłaka.

Do usłyszenia jutro. Trzymajcie za nas kciuki. Niewiele zostało. Do mety jakieś 110 km Cool

 

Foto: Piotr Dymus

 

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany