Niektórzy nazywają 240 kilometrów podczas Biegu 7 Szczytów samobójczym dystansem. Jak w ogóle przedstawić słownie to, co odbywało się w wewnątrz?

Czy odbyłem długie przygotowanie do tych zawodów? Czy odpuszczałem wiele mniejszych startów, tych które nie miały dla mnie sensu? Tak. Tak jak w poprzednim felietonie, odpuściłem wszystko w czym mogłem uczestniczyć, choć wiedziałem, że mogłem biegać. Jednak nie w tym rzecz aby co miesiąc biegać a potem podczas „wisienki” na torcie, zejść z trasy.

Jedną bardzo ważna sprawą z jakiej trzeba sobie zdać sprawę to częstotliwość uczestniczenia w zawodach ultra. Regeneracja nie tylko fizyczna ale psychiczna jest równie ważna. Podszedłem do zawodów o wiele bardziej profesjonalnie niż ostatnio. Przygotowałem, 3 pary skarpet kompresyjnych (niech je – ale o tym za chwile), 2 pary butów, troszeczkę żeli, których w ogóle nie ruszyłem, pełno batonów i odżywek dla niemowlaków. Na przepakach niczego dodatkowego nie mogło brakować a tym bardziej ulubionej wody Magnezia. Zaopatrzyłem się również w colę, bez której ultra dystans nie istnieje. W przepakach również pomyślałem o czymś innym niż standardowe jedzenie a mianowicie dołożyłem po opakowaniu kabanosów. Koszulki i skarpetki też, do zmiany muszą znaleźć się. Tak, każdy przepak był obfity.

Pierwsze 60 kilometrów

fot. Pasja-Ma

Przejdźmy zatem do sedna sprawy, a konkretnie: pierwszych 60 km. Sam start, bardzo dużo ludzi, wszyscy skupieni, mimo tego, że spiker starał się jak mógł rozbawiać. Na twarzach widać było to, co w środku. Wielu zawodników miało kurtki na sobie, ale dwa delikatne podejścia to było już za wiele i kurteczki należało zdjąć. Było parno. Lekki deszcz stał dosłownie na miejscu. Delikatna bryza mgły, działała jak dobra klimatyzacja w samochodzie. Potem było już tylko gorzej, bo zapadający zmrok już zmuszał do użycia czołówki, no chyba że ktoś miał ochotę na zbieganie i czekanie na niespodziankę, czyli upadek.

Mijając pierwszy punkt, gdzie można było uzupełnić wodę i izotonik, przyszedł czas na pokonywanie trasy z delikatnym nachyleniem. Nie było to proste z uwagi na mokry, śliski, błotnisty teren a potem było jeszcze gorzej, bo kałuże i cały szlak w błocie zmuszał do wbijania kijków i przeskakiwania przez te utrudnienia. Dodatkową przeszkodą była widoczność, bo światło nie sięgało daleko z uwagi na mgłę. Ktoś się odezwał: „Łemkowyna”. Skoro tak jest na Łemkowynie, to już wiem czego się spodziewać.

Myślisz, że jest wolno to zwolnij jeszcze bardziej

Zawodniczka przede mną kilkakrotnie zanurzyła buta w błocie, bo niestety nie udało się dobrego kroku postawić. Broniłem się przed takimi sytuacjami, ale nie udało się pominąć tego i….w środku skarpeta już mokra. Kiedyś przecież musi się skończyć ten odcinek, myślę, Z uwagi na zapamiętane odcinki tej trasy.

Ktoś biegnie w naszą stronę z góry. Przegapił na szlaku znaczek nakazujący skręt. No, w końcu, chwilę można było wypocząć na około 4 kilometrowym odcinku asfaltowym (pierwszy raz asfalt cieszył) a potem uzupełnić wody do bukłaka, bo mijana chata dysponowała niezakręconym kranem przy ścianie.

To już delikatnie było wykańczające. Mowa tu o tym błotnistym odcinku. Wspomagam się elektrolitami z magnezem i nie myślę tu o przyspieszaniu tylko trzymam się swojego planu – myślisz, że jest wolno to zwolnij jeszcze bardziej – na pierwszej połowie.

Szukając Śnieżnika

Fajnie tu jest na tych punktach, muzyka, ciepła herbata, podczas poprzedniej edycji tego nie pamiętam. Nakarmiłem się więc w drogę, bo 240 kilometrów samo się nie wybiega. Czekałem cały czas na moment kiedy będziemy wspinać się na Śnieżnik, bo pamiętałem, że będzie stromo. Jedno i drugie wzniesienie za nami. Właściwie to wchodzimy po czymś jak podejście. Środkowa część podejścia to chwilami rwący potok bogaty w kamienie. Zaczyna mocno dodatkowo wiać od prawej i kurtkę niestety trzeba zapinać. Brrr… serio zimno tu.

Przez chwilę minęliśmy znaczek ze strzałką nakazującą bieg prosto i nachylenie się tutaj kończy. Kilka metrów i zbieg. Pytam zawodnika biegnącego ze mną o Śnieżnik, bo z mapy powinien już być. Podejrzewam, że my już z niego schodzimy – odpowiada. Nie wiem czemu byłem zdziwiony, wręcz powinienem być zadowolony, że już za nami. Świadczy to tylko o tym, że kompletnie nie odczułem podejścia, było zdecydowanie za słabe dla mnie.

Pozostaje teraz tylko trzymać się nadal swojego planu, który do tej pory się sprawdza. Non stop leje, strumienie wody pod nogami i nie ma co tu kombinować tylko trzeba zwyczajnie chwilami biec po strumieniu.

Całowanie księżniczki

Fot. autor

Znów ta mgła, słaba widoczność, trzeba mocno uważać. Pod butami wszystko chlapie, dobra kurtka przeciwdeszczowa lub folia to podstawa. Plamy bieli w kompletnej nocnej aurze, to z przodu to z tylu, to oczywiście zawodnicy. Z tego co pamiętam, jeszcze pozostało kilka kilometrów i będzie można kolejny raz się posilić.

Nic tak nie cieszy jak widok Coca-Coli na punkcie. Jedna wiadomość martwi: 20 zawodników się wycofało. Troszeczkę się zdziwiłem, ale to nie są łatwe zawody. Witamy się z Eweliną na punkcie i tak wydaje mi się, że trzeba stąd uciekać. Inny z kolei zawodnik wspomina o przejściu teraz koło wodospadu. Dla mnie to nowość, bo w poprzedniej edycji oczy nie miały takich rarytasów. A tu jeszcze coś specjalnego czyli jakże kochane schody. Troszeczkę się rozpędzam, ale nie za mocno. Wyprzedzam dwóch zawodników a potem niestety oni mnie wyprzedzają, bo zahaczam o korzeń  na szlaku i ląduję kolanami w kamieniach. „No tak, chciał księżniczkę pocałować” – humorystycznie odzywa się jeden z nich, bo przede mną faktycznie żaba przeskakuje. Kolano czerwone, ale deszcz zrobi swoje. Teraz wiem, że będzie długi odcinek przez pola aż do Długopole – punktu przepaku, gdzie czeka świeża koszulka i skarpety. Nic nie boli, pełen energii, zmieniam co trzeba, najadam się do syta i ze zmienionymi skarpetami opuszczam punkt.

Punkt sponsorowany przez Chojnik Maraton. Fot. Błażej Łyjak

Zaczyna boleć

Deszcz już nie pada. Druga dobra wiadomośc to czekające pierogi na następnym punkcie (80km). I tutaj dzieje się coś, czego najmniej chciałbym się spodziewać na tych zawodach. Zaczyna delikatnie odzywać się kontuzja w piszczeli. Ogarnia mnie lekki strach, ale to jest sygnał, że trzeba zwyczajnie zwolnić.

Dobiegam sobie do punktu, jak pisałem wcześniej, z pierogami. Tutaj trzeba porządnie się posilić, bo do następnego punktu niestety trochę daleko. Tutaj, kiedy noc kompletnie kończy swój czas, pojawiają się delikatne bóle w stopach. Buty jednak przeznaczone na dystanse zdecydowanie maratońskie. Od setnego kilometra zaczyna mi to doskwierać zdecydowanie. Czuje, że będzie ciężko dobiec do półmetka, ale nie ma innej opcji. Porządnie już czuję stopy, zastanawiam się ile odcisków już jest gotowych.

Przeklęte skarpety

Na punkcie 130 kilometra szybko zdecydowanie pozbywam się niedobrego obuwia, smaruje całe stopy, wcześniej osuszone, maściami i tak – wybieram teraz model trailowy z nowymi kompresami z małym przebiegiem. Pozostaje jeszcze zmiana koszulki i można by rzecz, w trasę. Nie tak prędko, bo zapas czasu mam bardzo duży a delikatnie dłuższa chwila przyda się i dla organizmu i dla ducha. Trzeba nauczyć się odpoczywać. Tak, teraz zostały jeszcze trzy punkty i będziemy w Bardo. Jednak do Bardo jeszcze jest kawałek. Podczas właśnie tego odcinka wypijam prawie całą dużą butelkę Cola-Coli na punkcie przed Szczelińcem, co mnie mocno wychładza, bo szybko muszę się wspomagać kurtką i gorącą miętą. Chyba zdecydowanie za szybkie tempo sobie uruchamiam, niepotrzebnie.

Szczeliniec Wielki udaje nam się pokonać jeszcze o świetle późnego wieczora. Cudowny widok z góry. Tutaj kolejny raz dzieje się coś niedobrego podczas tego biegu. Ból w nogach na wysokości achillesa. Szkoda, że nie mam scyzoryka przy sobie, bo stwierdzam, że kompresy tu się nie sprawdzają. Zaczyna naprawdę mocno boleć, co powoduje, że zatrzymuje się i maksymalnie osuwam skarpety ku stopie z kolan. To jednak pomaga na chwile i ból pojawia się znów. Bardzo ciężko zbiegać w lesie po trudnym technicznie terenie z bólem, gdzie jeszcze wyprzedzają zawodnicy z KBL-a. Zaczyna się dosłowna męka spowodowana skarpetami. Zastawiam się nad kompletnym usunięciem ich, ale to będzie bardzo wyniszczające dla stóp. Tym bardziej, że zostało jeszcze około sto kilometrów do mety.

Niestety ból jest tak mocny, że decyduje się na pokonanie spacerowo kilku kilometrów i wiem, że tym sposobem tracę dobrą pozycję. Nie mniej jednak ważniejsze jest dla mnie ukończenie zawodów.  

Akcja – nożyczki

Gorąco! fot. Pasja-Ma

Druga noc bez snu daje się we znaki, bo dosłownie zaczyna mi się rozjeżdżać obraz drogi. Zmuszam się do powolnego biegu, aby szybciej dotrzeć do Ścinawki Małej, gdzie jednak będę musiał prosić o nożyczki i obciąć skarpety.

Na punkcie w Ścinawce akcja była bardzo szybka. Wolontariuszka już widzi co jest nie tak i proponuje 30-minutową drzemkę, po której oczywiście obudzi. Mam bardzo duży zapas czasu. Inny wolontariusz zajmuje się skarpetami, bo wspólnie decydują, że to jest powód wyniszczenia – niedotlenienie nóg. I tak po 30 minutowej drzemce, rozpuszczalnej kawce, ze skróconymi skarpetami wyruszam ku punktowi na 190 kilometrze. Jest o niebo lepiej. Trasa znana, bo wykonywane były treningi na tym odcinku, ale mimo wszystko ból w stopach już zadomowił się i lepiej właściwie się nie zatrzymywać, boli jak…..

Jeszcze nie czuć słońca tak mocno jak będzie ono później odczuwalne. Cały czas, na zmianę, raz popijam zwykłą wodę, raz łyk coli.

Tutaj dopada mnie pozytywny kryzys.  Posilam się wszystkim czym punkt bogaty, ale każdy woli jednak być już ciałem w Bardo i wcale to nie dziwi. Być w Bardo jest równoznaczne z ostatnim odcinkiem do mety – maratonem. Ktoś jeszcze proponuje, żeby na chwilkę się wyprostować na karimacie. Decyduje się, ale wiem, że to nie może długo trwać. Samo ułożenie głowy i już glowa odpada więc trzeba wstać i iść. Tu już nie trzeba się motywować, bo odległość naciska aby biec – 45 km. Dobiegamy do Bardo z zapasem aż ponad dziesięciu godzin, ale szczerze lepiej iść jakiś czas gdy będzie się naprawdę bardzo bardzo blisko mety.

Zaskakująca końcówka

Jedno wielkie zaskoczenie. Tak można nazwać odcinek z Bardo do 213 kilometra chyba. Jak już pisałem, ten odcinek trasy (do 228 km) był mi znany, ale już się przekonałem , że w pewnych momentach trasa jednak nie była powtarzalna. Tu czekały już na nas bardzo strome podejścia dochodzące spokojnie do 35% nachylenia. Były dwa miejsca gdzie te podejścia były jeszcze bardziej strome. Dosłownie trzeba to nazwać technicznym nokautem przed samą metą. Podejście, zbieg, a gdy dodamy jeszcze palące słońce i tę świadomość, że do punktu z wodą jeszcze jednak kawałek, to to już robi swoje. Bardzo mocno techniczny ostatni zbieg do wody – już prawie kolega „zawinąłby się” wokół drzewa. Już w ogóle nawet bólu nie czuje, nie myśle o nim.

I takim sposobem pozostaje nam 25 km do mety z zapasem 7 godzin. Nie ma co już wiwatować i lepiej delikatnie biec niż odpoczywać. Pozostaje już właściwie 12 km, bo na ostatnim punkcie piwo już smakuje a ogórki są wyśmienite. Już osiągnęliśmy spory zapas czasu i właściwie to idziemy i rozmawiamy. Moje nogi coraz bardziej dopuszczają ból do siebie. Organizm przestaje walczyć i właściwie powoli mam dość dróg leśnych, kamienistych.

Wszystko puszcza

Wiecie co się czuje gdy każdy już gwiżdze, jeszcze dopinguje – ostatnie 800m. Wtedy już wszystko puszcza. Człowiek ma tyle siły psychicznej w sobie gdy są kryzysy, tyle mega zaparcia kiedy wie, że jest źle, ale że będzie dobrze. My wiemy, że to jest ciężka walka, ja przynajmniej miałem 3-krotną walkę z bólem. Ten dystans robi swoje i nie ma co się oszukiwać, tu zwyczajnie są ludzie tylko z mocną kondycją.

Nie spać dwie doby, cały czas mieć podniesione ciśnienie, bo trzeba biec lub czasem przez chwilę iść. Jest łatwiej gdy dodatkowo trzymasz się grupy, ale mimo tego walczysz, bo nie wiesz co jest w głowie kolegi, koleżanki, czy może on, ona w tym momencie ma kryzys i musisz się tak zachowywać aby dawać po sobie poznać, że wszystko jest możliwe.

Może zapytasz co się czuje na mecie. Nie umiem tego ubrać w słowa tym bardziej, że miałem ciężki balast złego doświadczenia z zeszłego roku. W roku 2017 bieg fizycznie przebiegał chyba łatwiej, bo w tym roku moja walka obfitowała w bóle, o których wspominałem. Co zrobisz kiedy usiądziesz i jest dobrze a gdy wstajesz i nogi mówią “nie”. Usłyszałem tylko jeszcze jedno zdanie od kolegi, z którym biegliśmy – Maćka – to jest twardziel, bo pomimo takiego dystansu, biegnie od połowy z bólami w kostkach. Moje jedynie podsumowanie to jeszcze kilkoma słowami – przyjechałem aby ukończyć i jeśli dla Ciebie słowo „ukończyć” ma wartość , to nie ma żadnej na świecie siły, która to pokona.

Bieg 7 Szczytów. Prawdziwy sprawdzian

Tutaj jest niestety potrzebna kondycja fizyczna i psychiczna, a gdy przychodzą kryzysy to musisz czasem o nich zapomnieć, jeśli nie potrafisz ich zwalczyć, zaradzić im. Zdecydowanie Bieg 7 Szczytów uznaję teraz za najtrudniejszy z racji psychiki i czasu, bo teren jakoś po czasie chyba łagodnieje.

Mam chęci na kolejne tego poziomu zabawy, ale teraz już wiem, że na bardzo bardzo wiele mnie stać i nie poddam się, ale trzeba wypocząć. To jest bardzo piękny dystans i będzie naprawdę świetnie gdy uczestniczy w nim niewielu zawodników. Zatem jeśli chcesz podjąć rękawicę i zmierzyć się, nie z trasą, nie z warunkami, ale z samym sobą, bo to Ty będziesz musiał/musiała z tymi warunkami walczyć, to wszystko przed Tobą. Masz na to aż 52 godziny – czy wytrzymasz tyle a może dobiegniesz szybciej?

Wyniki. BIEG 7 SZCZYTÓW – 240 KM,

Mężczyźni
1. Rafał Kot (GÓRAL Z MAZUR/ KB JURUND SZCZYTNO) 30:22:43.90 (7:30 min/km)
2. Rafał Bielawa (INOV-8 TEAM) 31:47:41 (7:56 min/km)
3. Jarek Gonczarenko 34:25:26 (8:36 min/km)
4. Marek Rutka (MUAY RUNNING TEAM) 34:32:47 (8:38 min/km)
5. Maciej Więcek (INOV-8 TEAM) 35:25:10 (8:51 min/km)
59. Mateusz Hyski 50:03:19 (12:30 min/km)
Kobiety
1. Anna Witkowska (KLUB KRÓLIKA STEFANA) 38:37:38 (9:39 min/km)
2. Anna Piasecka-Wszoła (SG SQUAD) 40:02:28 (10:00 min/km)
3. Joanna Lorenc 41:45:01 (10:26 min/km)
4. Joanna Grabowska (WKS WAWEL KRAKÓW) 42:59:41 (10:44 min/km)
5. Dorota Trzeja-Zdanowska (IMPERIUM SPORTU TEAM) 43:41:29 (10:55 min/km)

 

O Autorze

Mateusz Hyski

Uwielbia biegać ultra. W zasadzie im dłużej, trudniej, tym lepiej. Autor bloga okrokwiecej.pl

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany