Na początku nie wiedziałem o co chodzi z tymi wyzwaniami na wyspach. Jest strona z jakąś listą. Są punkty do UTMB, ale kiedy start? Ile wpisowe? Trzeba było pogrzebać by zorientować się, że Trzy Wielkie Rundy to nie żadne zawody. Nie ma numerów startowych, bramy ani terminu. I że są trudniejsze niż wszystko co wcześniej znałem.

Zacząłem od Bob Graham Round w 2012 roku. A właściwie od fatalnej pomyłki. Zlekceważyłem trasę mającą 105 km i 9000 m w górę. Powiedziałem sobie. “Skoro umiałem zrobić UTMB w nieco ponad 28 h to powinienem dać radę trasie krótszej o 60 km w 24 h”. Wierzyłem w liczby. Do tego nie wierzyłem w angielską pogodę i w tamtejsze tereny.

Skończyło się źle. Wierzyłem, że jestem po prostu mocny i to wystarczy. Przeliczyłem się.

To co mnie pokonało zyskało u mnie szacunek. To co jest silniejsze, potężniejsze, budzi respekt i przyciąga. Od tamtej pory w brytyjskie góry wracałem co roku. Choćby na dwa dni przy okazji podróży służbowych. Dwa lata po fatalnej próbie udało mi się w końcu zamknąć Bob Graham Round w czasie poniżej 24 godzin. Zrobiliśmy to z żoną. I było to przeżycie mistyczne. Dwa lata później zobaczyłem wzgórza Szkocji – wyścig Glen Coe Skyline okazał się jeszcze trudniejszy od “Boba”. O połowę krótszy, ale zawierający elementy prawdziwej wspinaczki. Szkoci mają fantazję! A właściwie nie Szkoci tylko Shane Ohly – gość którego poznałem kiedyś w biurze inov-8. Rzucił pracę w dziale marketingu firmy i zajął się robieniem imprez na pełen etat.

Spotkałem go na parkingu pod górami i pogadaliśmy. Wskazał palcem na stoki górujące nad Kinlochleven – nadmorskim miasteczkiem. “ – Tu są Mamores” mówił. “To łatwiejsza część Charlie Ramsay Round”. Z poziomu morza jakoś nie umiałem przyłożyć do tych gigantów słowa “łatwiejsze”. To trochę tak jakby Ci nad Morskim Okiem ktoś machnął paluchem wokól i powiedział, że tamtędy się biega.

Tymi kilkoma zdaniami mnie kupił.

Trasa mnie wypluła

Przepiękny szkocki horyzont około północy. To na dole to oczywiście morze. Fot.: Karolina Krawczyk

Wiedziałem już jak wygląda wiatr i mróz w środku lata, więc na próbę zrobienia pętli Charlie Ramsay zarezerwowałem sobie tydzień. Żeby dobrze poznać trasę, żeby poćwiczyć w terenie. Żeby nie dać się łatwo zaskoczyć. Poświęciłem też sporo czasu na trening. Właściwie tylko w górę i w dół. Bez prób biegania po płaskim. Zero asfaltu. Zero interwałów czy bieżni. Choć wierzę w ich skuteczność. Ale jak tempo “na rekord” wynosi coś koło 10 min./km to zwykły trening biegowy mało się przekłada. Ułożyłem coś własnego. Sprawdziłem na 6x Babia – zawodach najbardziej podobnych do angielskich pętli. Udało się zrobić 108 km i 8500 przewyższenia w 16 godzin. Przy okazji zyskać sporo splendoru w polskim środowisku.

Nie wystarczyło.

Kilka tygodni po Babiej ruszyłem na Ramsay Round w dobrej formie. Ale trasa mnie wypluła. W dwóch trzecich długości. Właśnie kiedy zbliżałem się do tych “łatwych” Mamores. Zaczął wiać wiatr i padać poziomy desz. Na grani nie dało się wyprostować, a hipotermia właziła pod kurtkę. Tak zakończyłem swoje szkockie zmagania w 2017 roku.

W tym roku wyłożyłem na szalę wszystko co miałem. Cały sezon podporządkowałem Pętli. Żadnych długich zawodów – nic co by mnie miało wykoleić z rytmu przygotowań. Od zimy nabijałem kilometry w pionie. I godziny w terenie. Między styczniem a czerwcem zrobiłem 86 km pod górę.

Styczeń 6554 m
Luty 13705 m
Marzec 17489 m
Kwiecień 22095 m
Maj 26319 m

Wliczając to co zrobiłem w czerwcu – zanim ruszyłem na pętlę, w nogach miałem stówkę w pionie.

I to nie było tylko dreptanie. Starałem się różnicować intensywność. Czasem były to zwykłe wycieczki, a czasem powtórzenia na stromych stokach. Np. 4x 250m w pionie na stromym stoku. Te interwały trwały po 10 minut, ale robiłem też krótsze – w okolicach 7 czy 5 minut.

Kiedy trenowałem na płaskim – mierzyłem postępy powtarzając podobne treningi na tempo. Teraz starałem się co jakiś czas wracać na te same stoki i mierzyć czasy podbiegów.

Ale nie zostałem aptekarzem pełną gębą. Starałem się cały czas mieć zabawę z treningów. Kiedy nie miałem – czasem po prostu wracałem do domu w połowie biegu. Albo przechodziłem do marszu. To nowe wrażenie. Że przestałem równać pod linijkę i więcej opierać na samopoczuciu. Odkryłem, że za każdym razem jak robię przerwę na dwa dni, to pierwszy trening jest kiepski. A zwykle drugi z rzędu jest bardzo przyjemny. Moją zabawą było oglądanie swojego organizmu. I nie złoszczenie się jak coś wychodziło słabo.

Niepowodzenia i kryzysy stanowiły część planu.

Szczyt Ben Nevis i widok na głęboko wciętą morską zatokę. Fot.: Karolina Krawczyk

Zapisałem jako główny cel – lubić siebie. Nie zeby osiągnąć konkretny wynik, ale żeby starać się nie kopać ze sobą. Nie poganiać. Nie złościć na kontuzje. Nie czuć winy. Nie iść na trening, kiedy się nie chce.

I naprawdę miałem z tego zabawę. Chociaż czasem było ciężko się z tym wszystkim dogadać.

W końcu wsiadłem w samolot i wylądowałem w Glasgow. Stamtąd autobusem do Fort William – nadmorskiego miasteczka będącego stolicą sportów górskich w UK. To tam są nieliczne na wyspach wyciągi narciarskie. Schowane na północnych stokach masywu Ben Nevis.

Przez pierwsze dni padało niemal non-stop. Do tego wiało. Nie przymocowałem wystarczająco dobrze namiotu i drugiego poranka połamało mi maszty. Nie było mnie wówczas na miejscu i leżący namiot przemókł. Musiałem suszyć ciuchy i śpiwór. Pierwsze dni to była próba sił. Próba złośliwości i pokazania kto tu rządzi.

Oczywiście nie ja. Rządzi pogoda. Rządzi Ben Nevis schowany pod grubą warstwą chmur. 1300 metrów nad głową. Podejście startuje niemal z samego campingu. Codziennie widziałem stoki pierwszej góry z którą miałem się zmierzyć 1300 metrów na 5 kilometrach. 2000 metrów na pierwszej dyszce. Potem ciut łagodniej. Ale na 36 kilometrach jest w sumie 5000 metrów w górę. Może ciut mniej, ale niewiele.

Fajnie jest czasem nie odzywać się do nikogo przez wiele dni. Siedzieć w deszczu i pod płachtą namiotu wychodzić tylko na parę godzin. To fantastycznie wycisza. I do tego spacer do sklepu. Cztery kilometry po mleko do kawy. Potem samotne gotowanie. Piwo z widokiem na ścianę namiotu. Słuchając kropli walących o płachtę.

Wystrojony w samotność

Spisywanie międzyczasów. Fot.: Karolina Krawczyk

Na początku te 40 minut marszu mi się dłużyło. Niecierpliwiłem się – kiedy wreszcie dotrę do cholernego sklepu. Ale wystarczyło kilka dni pustelnictwa bym wstroił się w samotność.

Monotonne siedzienie w śpiworze i czytanie książek. Budziłem się o ósmej, ale wychodziłem dopiero o osiemnastej. Bardzo mało rozrywek. I super. Na co dzień byłem przemęczony ciągłymi mailami i telefonami. Załatwianiem miliona drobnych spraw.

Teraz głównie sprawdzałem prognozę pogody. Gdy przestawało padać starałem się podsuszyć rzeczy, a gdy deszcz wracał, szybko chowałem je znów pod płachtę.

Na graniach wiało. Jedną z pierwszych wycieczek zakończyłem przedwcześnie. Gdy tylko wyszedłem na szczyt góry – okazało się że bieg grzbietem nie wchodzi w rachubę. Wiatr rozpędzony podróżą przez cały atlantyk siekł w granie jak wściekły. Przemoczone dłonie zamarznały mimo rękawiczek. Twarz chowałem głęboko w kapturze, ale i tak musiałem szybko zwijać się na dół. I tak przez parę dni zanim wiatr zelżał i mogłem biegać “tylko” z deszczem jako towarzyszem.

Support z odsieczą

Ekipa w komplecie. Fot.: długoręki Rafał Bielawa

Potem skończyła się samotność. Przyjechał support – Rafał Bielawa i Karolina Krawczyk. Rafał chyba chciał się zrewanżować za pomoc w jego przygodzie na Głównym Szlaku Beskidzkim. Karolina już rok wcześniej towarzyszyła mi w Fort William i chyba zakochała się w tutejszych owcach. A może w tej zieleni traw i szarości chmur. Pewnie we wszystkim na raz. bo ja też byłem zakochany jak licealista. Uczyłem się nazw szczytów w niezrozumiałym dla 90% Szkotów języku gaelickim. Ciągle nie wiem jak je wymawiać, więc kaleczymy te nazwy. Ale i tak jest fajnie.

Wraz z ekipą przyjechało słońce i ciepło. Wreszcie ławki z campingu przestały służyć mi jako zabezpieczenie przed odlotem namiotu. Wreszcie po tygodniu wiszenia, skarpety wyschły. Wreszcie na niebie pojawił się kawałek błękitu. Skończył się czas siedzenia w bluzach z kapturem.

Miałem mieszane uczucia – z jednej strony przestałem być samotnym mnichem kontemplującym każdy dzień. Zdążyłem polubić tę pustkę.  Z drugiej wreszcie miałem z kim podzielić się swoim zachwytem. Zresztą niewiele musiałem tłumaczyć. Karolina z wytrzeszczonymi niebieskimi oczami chłonęła dosłownie wszystko i ciągle chciała robić zdjęcia. Rafał z natury powściągliwy też chwycił ten nastrój i wkrótce siedzieliśmy na kempingu jak trójka dzieciaków w Disneylandzie.

I tylko pogoda ciągle coś wymyślała. Oczywiście było słońce. Ale co jakiś czas wracały grube deszcze. Rafał się z nimi raz spróbował i chyba zrozumiał czemu rok wcześniej wycofałem się z próby pokonania pętli. Rozpedzone lodowe igły potrafią boleśnie kłuć nawet przez kurtkę. Jak tu pada to warto mieć nawet dwie warstwy spodni. Bo jak się podłączy huraganowy wiatr to wychładzanie działa ekspresowo. A gdy przemarzną stopy i zmienią się w kopyta, to nie sposób skakać po śliskich kamieniach. Czujesz się jakbyś próbował biegać na szczudłach. Zwłaszcza, że nogi choć niby bez czucia to jednak bolą gdy przywalą o głaz.

Jeden z cieplejszych dni, kiedy możba było zjeść śniadanie poza namiotem. I porządnie posmarować kromkę masłem. Fot.: Karolina Krawczyk

Jest termin!

Pierwsze 5 km to 1300 m podejścia stokami Ben Nevis. Fot.: Karolina Krawczyk

W końcu wybraliśmy dzień – sobota. Miało być bezchmurnie i niezbyt ciepło. Po wielu dniach mieszanej pogody przychodziła stabilizacja. Start: 4- rano. Tak by od początku poruszać się w świetle. Nawet jeśli trudne technicznie sekcje będą pod grubą warstwą chmur to będzie coś widać. A to kluczowe. Bo niektóre fragmenty są zdradliwe. Bez ścieżek na gołoborzach można się pogubić w mgnieniu oka. A skakanie na telewizorach w tę i nazad to niepotrzebna udręka. Naprawdę wystarczy to, że na pierwszych 36 km zbiera się całe przewyższenie Biegu Siedmiu Dolin czy 100 km Chudego Wawrzyńca. Wystarczy to, że wiele odcinków pokonuje się twarzą przy trawie, albo chwytając kamieni.

Od startu ruszyłem pod niebem przykrytym chmurami. Ale wkrótce okazało się, że to tylko kołderka wisząca na wys. 800-900 metrów. Nad nią już świeciło słońce. W morzu chmur widziałem tylko kolejne wierzchołki na które trzeba się wspiąć. Najpierw najwyższy – Ben Nevis (1344), potem Caer Mor Daerg zwany skrótowo CMD. Po nim czeka najstromsze zejście całego biegu – 400 m w dół na jednym kilometrze i tyle samo w górę na kolejnym. Ale to dopiero początek więc wciągnąłem te przewyższenia jakby były podbiegami na Monte Kazurze. No może trochę przesadzam, ale gęba mi się bardziej śmiała z widoków niż martwiła stromizną.

Po tym srogim początku pojawia się więcej traw i kilka szybkich wypoczynkowych odcinków. Aonach Mor i Aonach Beag choć mają powyżej 1200 metrów dają trochę wytchnienia. Świeci słońce, robi się ciepło i świat się do mnie śmieje.

Zanurkować w chmury


Potem pojawia się zjazd na tyłku do przełęczy przed pierwszym ze szczytów Grey Corries. To bardzo stromy skalisty żleb przykryty z góry przewieszką. Po skale płynie trochę wody i jest sporo kamieni, więc naprawdę przejeżdżam kilka udcinków tyłkiem po podłożu i spuszczam parę lawinek. W sąsiednich żlebach leży jeszcze zimowy śnieg. Ale to już resztki. Potem jest odcinek zwany “szybkim” czyli granie na których można tuptać po 8-9 min. / km. Cały czas twarzą na wschód.

Zbieg z Stob a’Chorie Mheadhoin do Loch Treig gdzie czekał support. Fot.: Karolina Krawczyk

Bardzo spodobało mi się wejście na jeden z mniejszych wierzchołków – Stob Ban. Nie mogłem go zlokalizować bo schował się pod powierzchnią chmur. Patrzyłem z sąsiedniego szczytu i wiedziałem, że muszę zanurkować w te chmury na azymut i liczyć, że znajdę wkrótce jeziorka na rozległej przełęczy. To było niesamowite – jakby szukać podwodnego skarbu. Nad jeziorem pasły się milczące owce i przyglądały mi jak wielkie podmorskie ślimaki. Wspiąlem się zakosami na ten Stob Ban i znów nie widząc doliny pod sobą zanurkowałem jeszcze głębiej 600 metrów w dół do głównej doliny. I nie po to by później biec wygodnym szlakiem. Szlak dotknąłem tylko na moment gdy go przecinałem. Moja droga prowadziła przez wrzosy i bagienka. W górę strumieni bez ścieżek. Na kolejny szczyt wiszący 700 metrów nad głową. To fajne przeżycie, kiedy jesteś na wielkiej jednolitej ścianie i po prostu idziesz w górę. Zupełnie dowolnie. Wszystko wygląda tak samo. Masa wrzosów poprzecinanych stromo spadającymi strumyczkami. Możesz wybierać czy tniesz ostro pod górę po krzakach, albo stromo pod górę po kostki w wodzie. A czasem jedno i drugie. W końcu po pół godzinie zaczyna majaczyć wierzchołek. A dziesięć minut później wreszcie widzisz szczytowy kopczyk. Klepiesz go i natychmiast znów spadasz w dół.

Na całej trasie nigdzie nie przecina się asfaltu. Nie ma jak podjechać by supportować biegacza. Jest jeden punkt położony około kilometra od najbliższego parkingu i tam standardowo lokuje się ekipa wsparcia. Generalnie w UK jest zwyczaj by biegać w grupach. Jeden zawodnik robi całą pętlę, a towarzyszy mu grupa przyjaciół którzy robią z nim jakieś wycinki pętli. Noszą mu plecak, jedzenie. Pomagają w nawigacji i zagrzewają do walki. Ja większość czasu leciałem sam.

Pierwszy kontakt z ekipą był po 36 km. 6 godzin i 45 minut od startu. Tak. Tyle mi zajęło pokonanie krótkiego w sumie odcinka. Nie wiem ile razy moczyłem nogi i ile razy kicałem po głazach. Leżałem pewnie z 5 razy. A choć dochodziła dopiero jedenasta, miałem za sobą już kilka chłodzących kąpieli w rzeczkach. Robiło się gorąco.

Error!

Devil’s Ridge. Fot.: Karolina Krawczyk

Na punkcie Rafał wymienił mi skarpety, nalał coli, dał jeść. I wszystko wydawało się dobrze. Jednak nie było. Już kilka minut po ruszeniu na kolejny etap czułem jak żołądek jedzie mi w górę a w głowie zaczyna się kręcić. Ponadto czekało mnie około 700 metrów podejścia – bez ścieżki. Słońce grzało stok sterczał dumnie jak jakiś symbol falliczny, a ja czułem że będzie ciężko. Że Ramsay Round dopiero się rozgrzewa. Musiałem przystanąć na parę minut (czego zwykle nie robię) i odetchnąć.

Już na pierwszym szczycie za punktem supportowym widziałem, że mój plan czasowy zaczyna się ślizgać. Zrobiło się gorące południe i tylko w najwyższych partiach biegało się przyjemnie. W dolinach powietrze stało i się grzało. Do tego jak zwykle teren był koszmarnie wolny. Dziwnie jest patrzeć na zegarek na zbiegu i widzieć że średnie tempo z ostatniego kilometra to 7 min/km. Myślałem, że coś jest nie tak ze mną.

Po dwóch godzinach kryzys zelżał i pojawił się jeden z nielicznych odcinków szutrowych. Tam mogłem sprawdzić jak to jest z moim organizmem.

Druga połowa

Mamores o zachodzie Słońca. Wejście na Devil’s Ridge. W tle Sgurr a’ Mhaim – 22 z 24 szczytów. Fot.: Karolina Krawczyk

Wyszło, że dobrze. Na łagodnym zbiegu robiłem momentami poniżej 5 min./km. Nieźle jak na trasę, którą szacowałem na 18-20 godzin. Oby tak dalej.

Ale druga połowa, choć łatwiejsza, wcale nie chciała łatwo sprzedać skóry. Tam nie ma zasięgu telefonicznego, a ja byłem umówiony z Rafałem na skrzyżowaniu dwóch dróg. I jak dotarłem to zobaczyłem tylko kupkę kamieni. Ani śladu pana Bielawy. Nie byłem pewien czy zgubił się czy spóźnia. Ale nie wróżyło to nic dobrego. W kieszonce miałem jednego batona, kończyły się baterie w Garminie i w telefonie. Rafał miał mnie nakarmić i zadbać o sprzęt.

Zrobiło się nie wesoło. Zszedłem nawet z trasy by poszukać go na innym podobnym rozwidleniu. Nawoływałem. Ale bezskutecznie.

W końcu musiałem pogodzić się z faktem, że może będę musiał lecieć dalej “na głodno”. Albo żebrać od nielicznych w tych górach turystów (wcześniej spotkałem tylko dwoje).

Nie zrażałem się. Wiedziałem, że za kilka godzin powinienem trafić na Karolinę. Wiedziałem, że wody nie zabraknie, bo strumieni jest tu sporo – nawet w pobiliżu grani.

W sumie to cieszyłem się na przygodę. Wiedziałem, że nie poddam się łatwo. Na głodno mogę przecież jakoś zrobić jeszcze te 7 czy 10 godzin. Nie padnę. Nawet jak Rafała nigdzie nie będzie. Najwyżej pocierpię.

Niestety ciągle było gorąco i na podejściu mocno kręciło mi się w głowie z przegrzania. Skurczony żołądek nie pozwalał też jeść nic więcej niż żele. Ale posuwałem się po kawałeczku do przodu. Do mety pozostawało jakieś 35 km i ze 2000 przewyższenia. Czyli naprawdę niewiele jak na tutejsze warunki. I nawigacyjnie miało być łatwiej. A! I miały być ścieżki!

Rafał znalazł się po półtorej godziny – nie zdążył na wcześniejsze miejsce spotkania i wybrał wariant rezerwowy. Zestresował się chłopak. Też sporo darł gębę nawołując mnie. Przytargał ze sobą piwo bezalkoholowe, drożdżówki. Rozsiedliśmy się pzy ścieżce i miałem trochę czasu na odpoczynek. Wolałem nie ruszać natychmiast by brzuch nie zwariował ponownie.

Zrobiło się przyjemne ciepłe przedpołudnie.

Mamores. W tle Stob Ban. Fot.: Karolina Krawczyk

Ściganie z czasem zmieniło się w wycieczkę. Tylko taką nieco mroczniejszą. Brzuch oczywiście nie puścił i zmienił się w jakiś węzeł. Z każdą godziną trudniej mi się przełykało, Wchodziły już tylko żelki i to w małych porcjach. Wody też mogłem lać niewiele, a ponadto na złość trafiliśmy w suchy region.

Przed zachodem słońca języki mieliśmy już jak drewniane kołki. Tuptaliśmy w górę i w dół po szczytach Mamores. Rzeczywiście nie były szczególnie trudne, ale bardzo upierdliwe. Dużo piargów, dużo kamieni, masa nierównego terenu w tatrzańskim stylu. Cały czas trzeba patrzeć pod nogi by nie zaliczyć gleby i nie skręcić kostki. Po 16 godzinach czułem już jak stopy zaczynają mieć dosyć ciągłego stabilizowania. Ciągłego wykręcania na prawo i lewo. Nie miałem problemu z obiciem poduszek pod spodem. Moje mudclawy 300 mimo, że są dość cienkie i mało amortyzowane, dają wystarczającą izolację. Nawet cieszyłem się, że nie mam pod stopą wiecej pianki. Bo to by oznaczało mniej stabilności i jeszcze więcej kręcenia na boki. W takich warunkach ważne dla mnie było by but stanowił przedłużenie stopy. Jak najmniej luzów. Dlatego starannie i mocno zaciągnąłem sznurówki w dolnej części. By po przemoczeniu stopa nie zaczynała jeździć na boki. O wilgoć się nie martwiłem – ostatnie 10 dni w Szkocji i lata treningów przyzwyczaiły mnie do ganiania w przemoczonych butach.

Ostatatnie kilometry szlaku. Zdjęcie robione w czasie rekonesansu. Fot.: Karolina Krawczyk

Ku mecie

Ważne, że humor dopisywał. Większość drogi nie sapałem jak na większości mocnych ultra, ale raczej gadałem z Rafałem. Zwłaszcza, że widoki zrobiły się upojne. Po zachodzie Słońca granie mieniły się wszystkimi kolorami – zieleni traw, pomarańczu i różu, chwilę potem w szarościach i granacie. Do tego wynurzył się księżyc. Nawet po 23 było jeszcze na tyle jasno by lecieć bez czołówek.

Klepnęliśmy ostatni z Mamores – Mullach nan Coirean i zaczęliśmy 900 metrową podróż w dół. Teren ciągle nie pozwalał puścić się szybko. Zresztą nie było ni siły ni motywacji. Piękna wyboista ścieżka i horyzont pełen gór – cóż więcej chcieć? Na rekord trasy nie było szans. Zmieszczenie się w limicie 24h – niezagrożone. Można było napawać się ostatnimi chwilami na szlaku.

Końcówka prowadzi przez las – ostatnie 3 km to szuter i asfalt z krótkimi leśnymi rympałami pomiędzy. Do tego trzeba przeskoczyć przez dwa płoty. Jak trenowałem tutaj to martwiłem się, że skok przez płot może skończyć się skurczami – ale nic z tych rzeczy – gadaliśmy dalej i śmialiśmy się do owiec pasących się przy drodze do schroniska Glen Nevis.

O godzinie 0:32 wreszcie dotarliśmy.

Symboliczna meta – tablica schroniska w Glen Nevis. Fot.: Karolina Krawczyk

Tam dopiero dopadło mnie zmęczenie. Bardzo szybko zrobiło się zimno, a nogi zesztywniały. Miałem jeszcze siłę na kąpiel, więc nie było tragicznie. Ale już wiedziałem, że w nocy nie pośpie. Cały organizm dostał porządny łomot. Ciągle nie mogłem jeść. W lustrze widziałem, że poniżej żeber mam spore wgłębienie – brzuch się zapadł i skurczył. Nie miałem pomysłu co z tym zrobić i postanowiłem wziąć go na przeczekanie.

Chwila refleksji na mecie. To bardzo wyjątkowe przeżycie, kiedy nie ma widzów, nie ma bramy czy medali. A satysfakcja i tak jest ogromna. Fot.: Karolina Krawczyk

 

Rano już było dobrze. I przyszedł kolejny gorący – wręcz gorętszy dzień.

Ale już nic nie musiałem robić.

Do niczego się spinać.

Zamknąłem wszystkie plany treningowe. Skończyłem sezon.

Przede mną rozpościerał się widok na wakacje.

Karolina i Rafał jeszcze byli w gazie. Jeszcze chcieli biegać po górach i robić fotki. A ja już tylko wygrzewałem się na słońcu.

Następnego dnia chciałem odespać, ale w namiocie nie dało się wysiedzieć. Fot.: Karolina Krawczyk

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany