[b][size=x-large]Brugi Winter Trophy 2009[/size][/b]
9-11 stycznia 2009, Hala Miziowa, Beskid Żywiecki

[img]/xoops/modules/wfsection/images/rakiety2009/0.jpg[/img]

Rakiety. Jak to to się nosi, a może należałoby zacząć od tego jak to się w ogóle zakłada. Trzeba dopasować do buta i to dobrze, żeby nie zsuwały się jak niesforne skarpetki podczas biegu. To na tym się w ogóle da biegać? Jak tu biegać w pozycji kowbojskiej z nogami rozstawionymi szeroko, w kopnym śniegu i jak dać susa przez powalone drzewo? Wiele nękało mnie pytań przed zawodami. Rakiety miałam na nogach wcześniej raz, żeby sprawdzić jak to jest. Cały czas przyklejał się do nich śnieg i chodziło się kiepsko. Tym razem warunki okazały się jednak bardziej łaskawe.

Gdy przyjechałam na zawody sądziłam, że po prostu przebiegniemy się rekreacyjnie z Krzyśkiem. Zawody miały się rozgrywać indywidualnie, ale nie zależało mi, żeby się ścigać. Kiedy przyjechaliśmy okazało się jednak, że dla dziewczynek jest inna trasa, no i klops, w związku z tym mam nawigować sama, albo lecieć na długą trasę za Adamem, Gawłem i Krzyśkiem. Chęć biegania razem ze mną od razu zgłosiła Dorota, której bieganie samej po lesie też się nie uśmiechało. Zaczęłyśmy więc razem z chłopakami, bo nasza trasa się pokrywała. Wystartowaliśmy przed ósmą, we mgle, od razu ostrym podejściem pod górę. To jednak nie stanowiło dla mnie problemu, w górę po prostu się idzie. Problemy zaczęły się kiedy zrobiło się płasko i w dół, bo okazało się, że trzeba biegać. Kilka pierwszych susów o mało nie przyprawiło mnie o skręconą kostkę. Udało mi się także z pełnym impetem przyładować sobie rakietą w nogę, tak, że pojawiły mi się przed oczami mroczki. A więc nogi trzeba jednak stawiać szerzej. Tylko jak to zrobić, kiedy człowiek jest przyzwyczajony do stawiania nóg normalnie? Później okazało się, że nie tylko ja miałam kłopot z rakietami. Michał Kiełbasiński zdarł sobie przez nie skórę z pięt do żywego i cały wieczór broczył krwią.

[img]/xoops/modules/wfsection/images/rakiety2009/1.JPG[/img]

Z początku trzymałam się daleko za chłopakami z trudem ich goniąc. Zdołałam złapać ich tempo dopiero przy trzecim punkcie. Do tego miejsca wielokrotnie się potykałam, przewracałam, mało nie złamałam kijka i skopałam się zdrowo po kostkach. Ale Dorota biegła dzielnie z przodu, nie mogłam się więc poddać. Powoli zaczynałam się rozkręcać i zaczynało mi się podobać. Idąc na piątkę rozdziewiczyliśmy wariant przytulając się do choinek. Chłopaki śmiali się, że z pewnością Adam (który nawigował) chciał skoczyć w krzaki a my nie dajemy mu spokoju. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak za szóstką. Na tym punkcie rozdzielała się nasza i chłopaków trasa. Krzysiek zdecydował się iść z nami. Z początku chciał nam towarzyszyć, bo dobry z niego chłopak i chciał zobaczyć jak sobie poradzę. Zaczął więc słabo jak na siebie i stwierdził, że teraz i tak już nie powalczy. Cieszyłyśmy się z Dorotą jak głupie. Ona od razu zapowiedziała, że stawia wieczorem piwo. Przy asfalcie, do którego dobiegliśmy łyknęliśmy dwie dziewczyny. Zdjęliśmy rakiety i biegiem w górę Sopotni Wielkiej. Oj nie było łatwo biec. Ślisko jakoś, podłoże nie pozwalało się dobrze odbić, powoli, jak muchy w smole, ale nieustającym truchcikiem posuwaliśmy się naprzód. „Musimy je zgubić, zmęczyć, nie możemy sobie teraz pozwolić na spacerek” – mówił Krzysiek. „Pamiętajcie, że one też się męczą”. Jeśli męczyły się jak ja to im współczuję. Tuż przed mostkiem pobiegliśmy dróżką w lewo. Tam spotkaliśmy zbiegających z góry w przeciwnym kierunku do naszej trasy Marcina i Damiana. Jednak nasz wariant (zaliczanie punktów o kolejnych numerach) był lepszy. Biegliśmy więc pod górę, my z Dorotą raz po raz kopiąc się po kostkach (każda siebie oczywiście!) po lodzie, pod którym radośnie szumiał strumyk. Gdzieniegdzie przez przebity lód było widać wodę. Z siódemki trzeba było lecieć na rympał ostro pod górę na Munczolik – ostatni punkt. To była dopiero przeprawa. Wprawdzie okazało się, że ktoś już założył ślad, którego wystarczyło się tylko trzymać po szybkim rozeznaniu z mapą i kompasem, ale wspinanie się nim nie było łatwe. Z początku było tylko ostro pod górę. Potem jednak było ostro, ślisko i rakiety osuwały się nie trzymając wcale stoku, a kije ginęły po rękojeść w miękkim puchu. W pewnym momencie, zdesperowana zaczęłam iść na czworakach wybijając sobie stopnie na ręce i nogi, w „ścianie”. Dorota też swoje wyklęła. Na tym podejściu miała wyraźnie dosyć. Krzysiek starał się jej coś doradzać ale na niewiele się to zdawało. Zmarzniętymi, gołymi łapkami ryła dziurki w śniegu, żeby się przytrzymać podczas wybijania stopni na nogi. Ja cały czas oglądałam się za siebie widząc oczyma wyobraźni jak dwie dziewczyny, które wyprzedziłyśmy na asfalcie biegiem, który tak wiele mnie kosztował łykają nas bez wysiłku. „One też się męczą” – myślałam. „Ale chyba nie aż tak!” Małymi krokami udało nam się dotrzeć na dziesiątkę. Na górze czekała nas już tylko łagodna trasa do schroniska. W rakietach biegło się bardzo ciężko. Grzebałyśmy się jak muchy. Dorota podjęła decyzję o zdjęciu rakiet. Zachęcał do tego widok wyratrakowanej powierzchni ścieżki. Szybko jednak okazało się, że to nie był dobry pomysł. Ale nie było już czasu na pieszczenie się. Trzeba było przeć. Szłam i myślałam, że się rozpłaczę, wkładałam w to tyle wysiłku a poruszałam się dramatycznie wolno. Krzysiek wskazał na postać kilkaset metrów przed nami – „Justyna” – powiedział. Uznałam to za żart. Jak dobiegłyśmy do schroniska ciesząc się jak dzieci, że to już koniec na dziś okazało się, że to rzeczywiście Justyna Frączek. Szła z Jasiem Gracjaszem. Dotarła 2 minuty przed nami. Co jeszcze bardziej nas zaskoczyło – poza Justyną nie było jeszcze żadnej dziewczyny. Co oznaczało, że byłyśmy drugie. Długo wychodziłam z szoku. Dzień był piękny. Dopiero to zobaczyłam. Wcześniej nie miałam czasu, żeby pomyśleć jak jest ciepło, przyjemnie i bezwietrznie. Krótka kąpiel i zasłużony obiad i piwo. Po 9 minutach przyszła Magda Łączak, która robiła wariant w przeciwnym kierunku do naszego. Na następny dzień zapowiedziała rewanż. Z jednej strony czułam się cudownie spełniona i z przyjemnością piłam wieczorem grzane wino ciesząc się z tego jak nam poszło. Ale myśl o następnym dniu była trochę niepokojąca. Jak utrzymać to miejsce? Trzeba dać z siebie wszystko, ale czy będzie mnie na to stać? Najwyżej Dorota będzie musiała podłączyć się do kogoś mocniejszego.

[img]/xoops/modules/wfsection/images/rakiety2009/2.JPG[/img]

Następnego dnia rano czułam się już podle. Nie wierzyłam w swoje siły. Miałam nadzieję, że uda nam się zostać na 3 miejscu, bo kolejne dziewczyny miały do nas 50 minut straty. Dzień przywitał nas przepięknie. Wiał lekki wiatr, ale na wschodzie niebo różowiło się od Słońca a na wprost przed nami tuż ponad górami wisiał wielki, bardzo jasny i piękny księżyc. Warto czasem wcześnie wstać, żeby podziwiać takie widoki. Zaczęło się bardzo ostro. Goniłyśmy Magdę Łączak. Kiedy zaczynałam iść Dorota mnie wyprzedzała i mówiła – „nie ma co marudzić, trzeba napierać”. Przerażona biegłam – co miałam robić. Przez jakiś czas trzymałyśmy Magdę, ale potem ku mojemu wielkiemu szczęściu ona poleciała górą na punkt 9 a my w dół na 7. Nadal trzeba było zasuwać, ale przynajmniej nie była to taka bezpośrednia walka. Tak można by się było łatwo zarżnąć. Wspięliśmy się z powrotem na zielony szlak i na skrzyżowaniu odbiliśmy w czarny na ósemkę. Stąd czekało nas rozdziewiczanie wariantu w dół. Dorota przewróciła się i boleśnie obiła nogę. Mnie co chwila łapały jakieś gałęzie i potykałam się, ale nauczyłam się już nie kopać po kostkach. Swoją drogą poprzedniego wieczoru zlokalizowałam na nich bolesne siniaki. Dotarliśmy do drogi i popełniliśmy nawigacyjny błąd. Ale na szczęście szybko się zorientowaliśmy. To znaczy Krzysiek się zorientował, tego dnia nie miałam czasu, żeby zastanawiać się nad mapą. W tym miejscu dopadł nas Adam i Gaweł, którym uciekliśmy wcześniej. Dalej poszliśmy razem. Drogą na szóstkę. Wracając z punktu spotkaliśmy Justynę Frączek. Byłam bardzo zaskoczona widząc ją w towarzystwie Kasi Polak i Patrycji Lejk, nic oczywiście nie ujmując dziewczynom, ale powinna być daleko przed nimi. Wiadomo było już, że Justyna wybrała tego dnia gorszy wariant, ma gorszą strategię albo… postanowiła spędzić czas rekreacyjnie. My pobiegłyśmy za chłopakami. Teoretycznie zostało już mniej niż zrobiłyśmy, za to duże podejście pod górę. Dobiegliśmy do asfaltu i znowu kawałek biegu bez rakiet. Oj jak bez nich lekko! Byłam już nieźle zmęczona. Byłam już w stanie tylko rozbawiać Gawła stękaniem i jęczeniem. „Już nie daleko, jeszcze tylko podejście” – myślałam, i starałam się nie dopuszczać do siebie ile tego podejścia jest. Dogoniliśmy Remika i Piotrka. Przy punkcie zawieszonym na chatce. Pod górę starałam się iść jak najbliżej nich. Miałam nadzieję, że to, że będą tuż przede mną pociągnie mnie pod górę. I rzeczywiście bardzo mi pomagało. Byłam już bardzo zmęczona. Dorota wspierała mnie, miała dzisiaj więcej siły niż ja. Poczęstowała mnie piciem. Nie wiedziałam tylko, czy wkrótce go nie zwrócę. Starałam się nie myśleć tylko przeć pod górę. Jeszcze chłopaki zbiegający z góry powiedzieli – „no, to czeka Was fajne podejście!” Szybko to wymazałam. Ostatni punkt, Remik poszedł w swoją stronę a my – grzbiecikiem do czerwonego szlaku. Oj tutaj to się dopiero rozjęczałam. Dorota biegła a ja już tylko na rzęsach. Wypadliśmy na stok. Już tylko 50 metrów w górę i do schroniska. Jęczałam, klęłam, krzyczałam, dodawało mi to siły. Ludzie stojący w kolejce do wyciągu patrzyli na mnie jak na dziwne zjawisko natury. Ale ostatnie podrygi martwej ostrygi i byłyśmy w schronisku. O 10.37. Następna po nas zjawiła się Justyna – po 15 minutach. A dopiero po niej Magda. Byłyśmy pierwsze. To przeszło wszelkie moje oczekiwania. I chociaż wiem, że dziewczyny są ode mnie dużo mocniejsze i wiem, że moje i Doroty zwycięstwo jest wynikiem ich błędów, to i tak cieszę się z wygranej. Takie okoliczności nie zdarzają się często. Jak widać, każdy ma swoje 5 minut.

[img align=right]/xoops/modules/wfsection/images/rakiety2009/3.jpg[/img]Zawody zostały zorganizowane z pompą, jak na swoją wielkość. Baza, mimo, że położona na wysokości powyżej 1200 m n.p.m i dosyć trudno dostępna (nie można podjechać samochodem pod drzwi, cały majdan trzeba wnieść na plecach, bo wyciągiem jest niestylowo:)) okazała się być rewelacyjnym miejscem. Można było pół dnia przesiedzieć w restauracji, pić piwo (chociaż grzane było strasznie wodniste), wino, jeść kolejne obiady i miło spędzać czas. Sobotni wieczór zamienił się w miłe spotkanie towarzyskie. Chłopaki z Compassu puszczali filmy z organizowanych przez siebie rajdów od 1999 roku, które wielu obecnym zawodnikom przypomniały nie tak odległe czasy, a młodym pokazały jak to się kiedyś napierało, z jakim sprzętem, w jakim stylu. Od godziny 18.30 rozpoczęła się licytacja różnych przedmiotów, z której pieniądze przeznaczone były na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – wszak w niedzielę był finał. Potem dowiedziałam się że w czasie imprezy zebrano 5500zł! Łał! W wesołej atmosferze zebrani napieracze i narciarze podbijali ceny koszulek z logo napieraj.pl, WOŚP, kalendarze z podpisami Jurka Owsiaka, książki, ubranka sportowe. Trudno było tego wieczoru odejść od stolika i położyć się spać.

Magda Ostrowska-Dołęgowska
Raidlight napieraj.pl


[b][url=http://www.compass.krakow.pl/rakiety/]Burgi Winter Trophy – strona zawodów[/url][/b]

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany