[size=x-large]Bergson Winter Chalenge 2006 – trasa Speed[/size]

Relacja zespołu pjsport.com Adventure Team startującego w składzie: Grzegorz Łuczko ‚qwerty’, Maciej Surowiec ‚suri’

[img]/xoops/modules/wfsection/images/article/bwcspeed06suri01.jpg [/img]

Start w tym rajdzie to marzenie wielu napieraczy z całego świata. Dla większości z nich już samo ukończenie tego morderczego dystansu jest ogromnym sukcesem. Na tym wyścigu rywalizują zespoły czterosobowe z przynajmniej jedną kobietą w składzie (na trasie MASTERS) oraz dwosobowe (na trasie SPEED). Teamy walczą w zimowej scenerii najwyższych partii Sudetów, mekki wspinaczy-Rudaw Janowickich oraz innych mniej lub bardziej dostępnych okolicach Karkonoszy.
Zdecydowaliśmy z Grześkiem Łuczko, że powalczymy na trasie SPEED. Dni, tygodnie, miesiące ciężkich, systematycznych treningów. Ambitne plany. Wiele wyrzeczeń. Ogrom spraw do załatwienia przed wyjazdem do Karpacza. Dziesiątki mniejszych bądź większych części ekwipunku do skompletowania. Każda równie ważna. Każda mogąca przesądzić o naszym zwycięstwie lub… porażce. Podzieliliśmy się logistyką. Kilka dni aklimatyzacji na miejscu, kilka wspólnych treningów. Wiele godzin ustalania taktyki. Zdajemy sobie sprawę, że strategia pokonania poszczególnych odcinków może mieć kluczowe znaczenie, równie ważne jak aktualna forma. Chcę się ścigać. Grzesiek również, ale stara się ostudzić nieco mój zapał. Nie przemawiają do mnie argumenty, że to będzie walka o przetrwanie, że na grani wieje wiatr dochodzący do 120km/h, że będzie długo, ciężko, ciemno i zimno. Bardzo zimno…

2. marca o 22.00 stajemy na starcie.

Nad głową banner startowy, obok jedna z dwóch baz rajdu-hotel ‚Mieszko’. Na kurtkach koszulki z numerem 70. Jesteśmy najmłodszym teamem zawodów, ja dodatkowo najmłodszym uczestnikiem. Grzesiek trzyma w ręku mapę. Prezentacja zespołów, ostatnie nerwowe rozmowy o pierdołach i ruszamy. Pierwszy etap to bieg na orientację (BnO) w terenie miejskim. Ciśniemy z buta bardzo szybko. Tak jakby to było godzinne ściganie, a nie dwie doby walki z własną psychiką, warunkami na trasie, ze zdeterimnowanymi przeciwnikami, z sennością… Na zaporze jesteśmy jednymi z pierwszych. Zależało nam na tym-aby nie czekać w kolejce. Dzięki temu podbijam od razu punkt A perforatorem i biegniemy dalej. Grzesiek wybiera autorski wariant podbiegu na górę Karpatka. Ogarniają mnie wątpliości, ale mu ufam. Dzięki jego intuicji zaliczamy punkt kontrolny (PK) na czele i wyprzedzamy kilka ekip. Dalej stosujemy opracowaną taktykę-od zapory na BnO nie biegamy pod górę, tylko po płaskim i z górki. Chwilę później wyprzedzają nas ‚Bergsony’ (team ‚Mapy Ścienne Beata Piętka’) -główni faworyci rajdu. Wariant Grześka był naprawdę świetny. Następne PK również idą sprawnie. Ostatni to szczyt toru saneczkowego, zbiegamy na przełaj, w stronę położonego w dole ‚Mieszka’. Na śniegu lodowa skorupa. Na wyeksponowanym do słońca stoku po dziennym przytopieniu na noc zrobiła się na puchu twarda powłoka. Piszczele bolą niesamowicie od łamania lodu. Dobiegamy w końcu do pozostawionych w boksach startowych plecaków i wyruszamy na drugi etap-trekking w góry.

Do PK nr 2 w górnym Karpaczu docieramy w na 7 pozycji. Informuje nas o tym fotograf napieraj.pl-Kshysiek. Super. Plan działa. Moc jest, jestśmy w pierwszej dziesiątce tak jak chcieliśmy. Teraz czeka nas podejście do schroniska ‚Samotnia’. Wyprzedzają nas ‚Drewniaki’ (team ‚napieraj.pl’). Wiemy, że są mocni i celują wysoko, więc staramy się ich trzymać. Czuję, że idziemy jednak troszkę za szybko i może mi to się odbić za kilkanaście godzin. Hamuję mojego partnera, który ma w nogach taki power, że najlepiej to pobiegłby dalej zostawiając ‚Drewniaków’ za sobą 🙂 Do ‚Samotni’ dochodzimy złym wariantem. Nasza wina – nie pilnowaliśmy kiedy odbijała właściwa ścieżka. Spadamy na 9. pozycję. Podbijamy 3.PK i idziemy dalej. Do góry. Na grań. Wiatr wieje z siłą huraganu. Drobny śnieżek wdziera się wszędzie. Zamarza mi niby zaizolowana pianką rurka bukłaka. Ustnik to już dawno kostka lodu, gdyż zgubiłem piankowy korek. U Grześka jest ok, więc biorę łyka od niego. Zakładamy rakiety. Kilka zespołów decyduje się na napieranie dalej bez rakiet. Idziemy w kierunku ‚Domu Śląskiego’ na Przełęczy pod Śnieżką. Widoczność spada do kilkunastu metrów. Snop światła rzucanego przez czołówkę wyznacza kraniec świata w którym się w tym momencie znajdujemy. Dookoła szalejące żywioły. Jest przełęcz. Teraz dalsze podejście. Grzesiek zatrzymuje się poprawić rakiety, idziemy w kilkuosobowym tramwanju, więc tuż pod Śnieżką Grzesiek wysuwa się na prowadzenie, żeby złapać dalszy szlak. Majestatyczne obserwatorium na szczycie w środku nocy ma jakiąś tajemniczą siłę. Przy 4.PK jakieś spory, kilka teamów rusza do przodu. Dalej trzymamy się w czołowej dziesiątce. Grześ chce wyprzedzać, ja uważam, że i tak jest super, więc po co mam się żyłować. Stopuję partnera, będącego w lepszej formie i napieramy dalej utrzymując miejsce. 1,5m śniegu, dookoła bezkresny ocean białego puchu. Podbiegamy. Obok nas milczące ‚Trezety’ (team ‚Davis Trezeta Carinthia’), za nami bodajże jeden z brytyjskich teamów. Monotonne przedzieranie się przez las. Nareszcie jest Przełęcz Okraj, na której zlokalizowany jest 5.PK. Do perforatora prowadzące zespoły docierają razem. Dalej zbiegamy razem z ‚Drewniakami’, w stronę sztolni. Obraliśmy ich wariant. Potem się okaże, że nasz, planowany w bazie przed startem, był szybszy-tamtędy poleciały ‚Bergsony’ i w sztolniach byli pierwsi. Zdejmujemy wreszcie po kilku godzinach rakiety śnieżne i podbiegamy do wejścia do podziemi. Najszybciej ze wszystkich startujących na naszej trasie zespołów zaliczamy oba zlokalizowane w tunelach PK (‚6a’ i ‚6b’) i zaczynamy kilkukilometrowy, spokojny (moim tempem) zbieg do bazy w Kowarach. Tuż przed bazą doganiają nas ‚Radki’ (team ‚BORY’) oraz ‚Trezety’.

[img]/xoops/modules/wfsection/images/article/bwcspeed06suri02.jpg [/img]

Na strefie zmian (7.PK) meldujemy się na drugim miejscu z kilkuminutową stratą do prowadzących ‚Bergsonów’! Grzesiek powtarza mi, żeby się nie ‚podpalać’. Ale jak tu sie nie podpalać, skoro wyprzedzamy jeden z najlepszych dwójkowych teamów Europy, późniejszych zwycięzców-czeski team ‚SPORT2000 OUTDOOR TEAM UHK’, za nami są ‚Drewniaki’, ‚Adventura’… Czujemy się super, ja jestem tylko lekko zmęczony, dla Grześka to była raptem rozgrzewka.
Mój partner szybko sie przepakowuje, ja również się staram, ale niczego nie mogę znaleźć. Gdzie te cholerne ogrzewacze?! Są. Wsuwam ‚Danie w 5min’. Idziemy. Kurde, jeszcze kask! Biorę rower do ręki. Ja pie#!%#$! Mapnik! Grześka pewnie słusznie trafia szlag, mimo, że tego nie okazuje, nawet mu powieka nie drgnie 😉 W końcu opuszczamy pomieszczenie z wymownym napisem nad drzwiami ‚TRANSITION AREA’. Wychodzimy około 10. miejsca. Inne czołowe zespoły spędziły na przepaku po 10-20min. My (ja…)-40min…
Teraz nawigacja na mojej głowie. Grzesiek na trekkingu w Karkonoszach nie miał za dużo pracy z mapą, niemniej jednak na BnO sprawdził się super jako nawigator. Teraz będzie jednak jeszcze ciężej. Wybór wariantu na etapie rowerowym w górach, w zimie to trudna sprawa. Problemy z tym mają nawet najlepsi orientaliści, a co dopiero ja. Ale zaczynamy w miarę dobrze. Tylko Grześka łapie drobny kryzysik oraz zamarznięte przerzutki nie chcą mu zmieniać przełożeń. Na szczęście radzę sobie z nimi w 15 sekund. Podciągam na prowadzeniu przez kilkanaście km. Już zaczyna świtać. Zamarznięty świat budzi się do życia. Zaliczamy 8.PK, przy 9.PK trochę błądzimy. Grześ narzeka na ocierający klocek hamulcowy. Puszczają mi trochę nerwy, chociaż bardziej niż na niego jestem wściekły na siebie. To ja powinienem był skontrolować rower partnera, gdyż Grzesiek to rasowy biegacz, ale jeśli chodzi o rower to ma niewielkie doświadczenie w grzebaniu. Wyprzedza nas kilka teamów. Podregulowuję mu hamulec i ruszamy. Punkt nr 9 to szczyt góry, na który prowadzi jakieś 300 schodków. Każdy oblodzony. Pokonanie wszystkich w obie strony z rowerem na plecach, w butach SPD to męka. Powinno być rozpisane, że 9.PK to zadanie specjalne to wziąłbym raki i czekan. Przy podejściu zaliczam jedną, a przy zejściu dwie gleby. Obijam sobie konkretnie odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Oprócz tego wypompowuję się przy podejściu jak nigdy i robię je bardzo wolno. Wychodzi mała ilość podbiegów na treningach i ogólnie zero treningu siłowego. Na podjeździe łapie mnie kryzysik. Wynik spadku o kilka miejsc w stawce wyścigu, wynik piętrzących się problemów i (głównie moich-przepak…) błędów. Grzesiek przejmuje prowadzenie. Na trasie do 10.PK popełniam błąd nawigacyjny i w okolice kaplicy w lesie docieramy z opóźnieniem. Na podjeździe mam już solidny kryzys, ale na finalnym podejściu nie mogę przepchać roweru nawet przez kilka metrów. Grzesiek proponuje, że weźmie oba rowery, ale kategorycznie odmawiam. Pojechał mi po ambicji 🙂 Jakoś bardzo powolutku doczołguję się do Kościółka św. Anny. Podbijamy punkt i ruszamy dalej.

Nagle czuję, że nie mogę napędzać roweru. Łańcuch się zsunął? Niemożliwe. Wszystko gra z łańcuchem. Nagle przechodzi mnie dreszcz po karku. Już wiem co się stało. Krzycze na Grześka, żeby się zatrzymał. Nie wiem jak mu to powiedzieć. Zawiodłem na całej linii. Rower przygotowałem, jak mi się wydawało, perfekcyjnie. Ale tego jednego nie przewidziałem. Puścił bębenek w tylnej piaście. Od jakiegoś czasu wydawał z siebie na treningach czasami dziwne pomruki i zdarzał mu się kawałek jałowego obrotu, ale ostatnio było wszystko ok i zapomniałem o sprawie. A teraz mam rower bez napędu-hulajnogę. Łzy wściekłości, bezsilności napływają mi do oczu. Mówiąc partnerowi, że dla nas ściganie się kończy jestem nieobecny, mówię to beznamiętnie, nie potrafię tego ogarnąć… Próbuję spiąć kasetę z kołem na sztywno, czyli zrobić tzw. ‚ostre koło’. Linka pęka. Biegnę truchtem na przemian z marszem kilka km w kierunku przełęczy, z której do następnego PK-hotelu ‚Mieszko’ jest juz w dół. Wyprzedzają nas kolejne zespoły. Nie rozmawiamy o tym co się stało, zresztą nie ma o czym. Natomiast jednym spojrzeniem, bez słów decydujemy się na kontynuowanie rajdu. Choćby nie wiem co. To jest dla nas oczywiste. Zjeżdżamy do ‚Mieszka’. Próbujemy pożyczyć tylne koło, ale niestety-mimo szczerych chęci wszyscy mają kasety dziewięciorzędowe, a ja potrzebuję z ósemką. Tymczasem pieski w bębenku się lekko zazębiają. Z przerwami toczymy się do leśniczówki-na 12.PK. Tam dziewczyny ‚punktowe’ zagrzewają nas do boju. Docieramy na przepak w Kowarach.

Pytanie-co robić? Wiesiek proponuje pożyczyć mi swój rower-on już wycofał się z wyścigu. Wcześniej telefon do szefa rajdu-Pawła Fąferka z ‚Mieszka’ upewnił nas, że takowa pomoc jest dozwolona. Zresztą już i tak ‚Drewniaki’ czy ‚Radki’ są daleko, nie mamy szans na dobre miejsce. Koniec ścigania. Postanawiamy po prostu skończyć ten cholerny rajd, JUST 4 FUN. Bierzemy rzeczy i ruszamy do schroniska ‚Szwajcarka’. Pierwsza wtopa nawigacyjna Grześka-przekombinował z wariantem 🙂 Wypchany plecak z rakietami i rzeczami na przepak powoduje palący ból w stłuczonych lędźwiach. Dodatkowo nieznany rower z inną geometrią i pedały platformowe oraz dużo słabiej (niż moje, pożyczone od znajomego na BWC) spisujące się opony z rzadko rozstawionymi kolcami nie pomagają w jeździe. Jakoś ciągnę za Grzesiem, ale spowalniam nasz zespół. Do ‚Szwajcarki’ pchamy się szlakiem zamiast szutrówką dookoła-nasz kolejny drobny błędzik… W schronisku spędzamy trochę czasu gawędząc z Czechami z MASTERS RACE. Nie spieszymy się. ‚Bergsony’ wracają właśnie z scorelauf’u-etapu trekkingowego w Rudawach Janowickich. Gadamy chwilę z Irkiem i Darkiem. Mają 20 minut przewagi nad Czechami ze ‚SPORT2000’. Mówią, że muszą uważać aby gdzieś nie wtopić… (potem mylą się i jadą na anulowany PK.17 na skałach ‚Konie Apokalipsy’i przegrywają przez to zwycięstwo…takie życie).

Idziemy na scorelauf. Dobra nawigacja Grześka pozwala nam na sprawne zaliczanie punktów. Spotykamy znajomych holendrów, jeden z nich już dwa razy robił trasę MATERS na Winter Challenge. Niestety, w naszym teamie wychodzi dysproporcja w sile na podejściach. Na płaskim czy na zbiegach trzymam jego tempo raczej bez problemów, natomiast jak tylko zaczynamy pochodzić wywalam jęzor na zewnątrz i moje dupsko robi się strasznie ciężkie… Zaliczamy fajny punkt w ruinach zamku, który w trupiobladym świetle czołówki wygląda niemal jak za czasów swojej świetności. Zadania specjalne są miłym przerywnikiem, odskocznią od monotonnego, wielogodzinnego napierania. Szybko robimy zjazdy i wracamy w okolice ‚Szwajcarki’ zrobić trzy ostatnie PK na tym scorelauf’ie. Zapada zmierzch. Zaczyna sypać śnieg, na skałach dodatkowo piździ jak na Uralu. Wreszcie lądujemy z powrotem w schronisku. Ostatni trekking zaliczony. Zostaje nam już tylko ostatni, najdłuższy etap rowerowy.

W schronisku znowu prowadzimy miłe pogawędki z innymi uczestnikami. Sielanka, jakże inna atmosfera od napięcia panującego pośród najlepszych teamów. Oczy mi się kleją mimo, że to dopiero pierwsze 24godziny się kończą… Zwijamy się, Grzesiek juz też przysypia na wpół leżąc. Partner prosi mnie abym to ja nawigował, zgadzam się niechętnie, wiedząc, że jest w tym jednak lepszy ode mnie. Mój błąd i robimy niewielkie (ale jednak), moje pierwsze w zyciu…kółeczko 😛 Mijamy zaspane o pierwszej w nocy Kowary. Chce mi się tak potwornie spać, że mam problem z utrzymaniem równowagi, mimo iż podjazd idzie mi sprawnie. Zatrzymuję się, rozkładam NRC przy drodze i kładę się, prosząc Grześka, aby mnie zbudzil za 5min. Czułem się jakbym spał sekundę, a minęło prawie 10min. Taki reset jednak znacznie mnie orzeźwił. Wrzucam NRC do kieszonki i napieramy dalej. Jakiś kościółek, obok ścieżka w mrok… Czesi z trasy MASTERS wbijają się na nią, wcześniej dwa teamy ze SPEEDa też się tam wpakowały, nikt nie wrocił z podbitymi punktami ’18a’ i ’18b’. Grzesiek mówi, że idzie tylko kawałeczek rozglądnąć się tam za PK. Ja jestem do owej ścieżki nastawiony sceptycznie – zostaję. Teraz wiem, że to był największy błąd całego rajdu. Głupota. Mówię, że jak coś to niech mnie woła, a ja tu czekam. Po 10min owijam się folią NRC. Strasznie wieje i spada temperatura…
Po jakichś 40 minutach bezskutecznych nawoływań (telefony i paszporty miał w plecaczku Grzesiek-kolejna nasza głupota…) postanawiam, że nie mogę już dłużej czekać, bo zamarzam. Co robić? Zjeżdżać do bazy, czy pchać się dalej na Przełęcz Okraj (do następnego PK)? Baza oznacza dyskwalifikację, która zresztą i tak już nam się należy za rozdzielenie się członków zespołu. Baza jest w dole, wystarczy puścić klamki i za kilka minut będę w ciepłym śpiworku… Ale co jeśli Grzesiek pojechał na Okraj? Nie mogę go już bardziej zawieść. Nie patrząc za siebie ruszam na Okraj. Sypiący śnieg spowodował, że droga na przełęcz była nieprzejezdna. Czekało mnie ponad dwie godziny samotnego marszu pod górę, w śnieżnej zamieci, przez las… Już po kilkuset metrach byłem pewien, że ostatnio nikt tędy nie jechał, nie szedł. Byłem prawie pewien, że to dobra droga, więc oznaczało to, że Grzesiek nie może być na Okraju. Ale wmawiałem sobie, że może pojechał z Czechami inną drogą. Ale innej nie było. Ogarniała mnie przerażająca senność. Bałem się, żeby nie glebnąć i nie zasnąć. Zaczęły się halucynacje. Mijały mnie jakieś samochody, ale tak naprawdę to te samochody pojawiały się i znikały. Zwidy znikały jak zapalałem rowerowy halogen. Przede mną nienaruszony świeży puszek, żaden samochód nie jechał. Co jakiś czas zapalałem ów halogen, aby ogarnąć sytuację i gasiłem po kilku sekundach, aby nie zużyć bateri. Tym bardziej, że czołówka już migała na czerwono – kończyły się baterie, dogorywała…

Halucynacje były coraz silniejsze, znajomy tłumaczył mi warianty dojazdów, rozmawiałem z innymi zawodnikami-w czerwonych koszulkach startowych (MASTERSi mieli żółte, a SPEEDy niebieskie trykoty-dlaczego moja podświadomość wygenerowała czerwone znaczniki nie mam pojęcia). Faceci w czerowonych koszulkach nie istnieli oczywiście w rzeczywistosci, byli jedynie wytworem mojego źle funkcjonującego mózgu. Na kilka sekund odganiał ich halogen, wszystko znikało, przede mną był tylko las i zasypana droga pnąca się na przełęcz. Ale jak tylko ogarniała mnie ciemność powracały zjawy. Najgorsze było to, iż miałem jeszcze na tyle trzeźwy umysł, że wiedziałem, że w każdej sekundzie mam możliwość odwrócenia się i w ciągu kilku-kilkunastu minut zjechania do bazy-do gorącej herbatki, mięciutkiego śpiwora… Cały czas wiedziałem, że niemal pstryknięciem palców mogę uwolnić się z tego koszmaru… Nareszcie, po jakichś 2h podejścia pojawiła się łuna nad lasem, a za kolejne 20min zobaczyłem zasypaną po dachy osadę na Okraju. Kumple w czerwonych numerach zostali w lesie, nie wiem czemu nie dotoczyli się ze mną na punkt… 😉

Wchodzę do GOPRówki, w której był znany mi już z pierwszego, karkonoskiego treku PK. Zaglądam do środka. Nie ma Grześka. Dziewczyny ‚punktowe’ śpią. Delikatnie budzę jedną z nich. Wyklarowuję sytuację. Słucha, gapiąc się na mnie tak jak ja przed chwilą na moich leśnych kolegów… Dzwonimy do bazy w Kowarach. Jest Grzesiek. Co robimy stary? Liczymy-w tych warunkach czeka go jakies 4-5h podejścia na przełęcz. Oficjalnie już nas nie ma na liście.

Dyskwalifikacja jest w tym momencie pewna:
1-rozdzieliliśmy się,
2-ja nie byłem fizycznie w tunelu na PK nr 18, który zaliczył tylko Grzesiek,
3-on jest w bazie, gdzie nie wolno się pojawiać poza przepakami,
4-ja, czekając na niego, spędzę na Okraju więcej niż dozwolone 3h.
Grzesiek mówi, że zostaje. Żal mi potwornie partnera, który nie mogąc odnaleźć kościółka, przy którym zostałem, po zaliczeniu położonego dużo dalej 18.PK zjechał do bazy. Nie dziwię mu się. Ma koło siebie ciepły śpiwór, podają mu gorącą herbatkę, zdjął z siebie noszone 1,5 doby przemoczone rzeczy, dookoła mnóstwo wycofanych z trasy teamów chrapie… No nic. W takiej sytuacji nie mogę znaleźć odpowiednich słów, które miałbym powiedzieć partnerowi. Mówię mu tylko, że ja jestem zdecydowany kontynuować i ukończę ten rajd nawet samotnie. Grzesiek życzy mi powodzenia, rzucamy sobie wzajemne ‚sorry’ i oddaję słuchawkę panience z obsługi PK, a Grzesiek kierownikowi bazy. Siadam i gapię sie w mokre buty, na smutno dyndający lampion w oknie i na uspokajającą się za oknem zamieć. To koniec…

Nagle siedząca koło mnie na łóżku dziewczyna mówi: ‚twój partner chce ci jeszcze coś powiedzieć’ i daje mi słuchawkę. Słyszę tylko Grześka: ‚czekaj na mnie, za kilka godzin jestem na przełęczy!’. Koniec rozmowy. Początek heroicznej walki Grzesia. Ten jego bohaterski wyczyn, jakim było ruszenie się z bazy tylko po to, żeby sobie coś udowodnić jest nie do opisania słowami. To trzeba poczuć. Grzesiek w tym momencie udowodnił, że ma psychę ze stali. Brak mi słów (…).
Gadam z dziewczynami z punktu, znają z opowiadań nasz najmłodszy team 🙂 Kładę się po jakichś 3h spać. Budzi mnie Grzesiek. Dobra stary-jesteś twardziel, ale skończmy co zaczęliśmy! JUST 4 FUN!
Zbiegamy po śladach skutera śnieżnego, gubimy żółty szlak i wybiegamy na stoku narciarskim powyżej Kowar. Jakaś impreza trwa w najlepsze-zawody narciarskie i wyścigi psich zaprzęgów bodajże. Ludzie przestają słuchać wodzireja i gapią się na nas jak na duchy. W końcu i sam speaker opowiada przez głośniki kim jesteśmy i co tu robimy. Pośród tłumu rozlega się szmer podziwu(?). Podjeżdżamy do sztolni i podbijamy przedostatni PK. Na ostatni punkt docieramy z drobnymi problemami, szybko pokonujemy zadanie specjalne na mostach linowych i zmierzamy na metę. Kończymy rajd razem z jedną z ekip holenderskich-naszymi znajomymi chociażby ze skał. Stajemy pod bannerem startowym i przybijamy sobie solidną, męską piątkę. Spoglądamy bez słów na pokonane góry, na swoje blade jak papier twarze z pustymi oczodołami. Zrobiliśmy to.

Maciej Surowiec (Suri)
pjsport.com adventure team

[b]Zobacz również

[url=/xoops/modules/xcgal/thumbnails.php?album=42]Galeria zdjęć z trasy Speed[/url]

[url=/xoops/modules/xcgal/thumbnails.php?album=40]Galeria zdjęć z trasy Masters[/url]

[url=/xoops/modules/wfsection/article.php?articleid=140]Relacja zespołu napieraj.pl z trasy Speed[/url]

[/b]

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany