[size=x-large]Relacja z LIRO Unreal Challenge ’06[/size]

Maciej ‚suri’ Surowiec


Staję obok ceglanego kościółka na puckiej starówce, patrzę na spokojne, oddalone ode mnie o kilkadziesiąt kroków, lekko tylko pomarszczone morze. Będzie ono milczącym świadkiem niecodziennego wydarzenia. Na jednym z pomostów, wdzierających się w Królestwo Posejdona, zgromadzi się niedługo grupka największych zapaleńców w długodystansowej jeździe rowerowej na orientację. Nastąpi tam start LIRO Unreal Challenge–najdłuższego wyścigu nonstop MTBO [terenowa jazda na orientację] w Polsce.

Po raz ostatni nabieram w płuca haust rześkiego, morskiego powietrza, po czym podjeżdżam 50m do Harcerskiego Ośrodka Morskiego, bazy zawodów. Witam się po kolei ze wszystkimi znajomymi. Czy to Bergson Winter Challenge, czy lokalna impreza, czy LUC-wszędzie te same twarze. Ludzi z podobnymi dewiacjami nie ma w końcu tak wielu w naszym kaczym kraju… 😉 Jest Wigor, pewnie znowu wygra, nie ma mu raczej kto zagrozić. Zjawia się też Andrzej Chorab, wpadł, mimo iż tydzień temu na Manerwach SKPT nie planował startu w LUCu. Czyli jednak Daniel będzie musiał się pilnować. Bartek Bober, tym razem w roli organizatora, zagadkowo się uśmiecha. On wymyślał koncepcję umiejscowienia punktów kontrolnych. Z tego co go znam, domyślam się, że wybrał najrudniejsze lokalizacje PK jakie były możliwe w tych okolicach…
Podchodzi do mnie Radek z pytaniem: ‚jak TO założyć, jak się tego wogóle używa?’. Patrzę co on trzyma w ręce… RAKI! Normalne alpinistyczne RAKI! Niepewnie spoglądam na niego czy to nie są jakieś jaja, ale nie-Radek spokojnie obraca nimi zastanawiając się
głośno ‚jak ja w tym będę pedałował…?’ Rozglądam się za jakąś ukrytą kamerą, nie ma… Ryczę ze śmiechu, po prostu nie mogę się opanować! Buhahahahahaha…! Drużyna go wkręciła, ‚żeby koniecznie wziął raki, tylko żęby nie zapomniał…!’ Ale się dał zrobić na
prima aprilis! 😀
Trzeba się przygotować do startu, otwieram plecak, wyjmuję buty rowerowe. Postanowilem, że skoro się ociepliło to czas wziąć letnie, startowe SiDi. Biorę buta do ręki, patrzę…nie mam wkładki! W drugim też nie…! Tylko twarda jak skała podeszwa ze śrubkami od bloków. Kurde, zapomniałem, że przed zimą wyjmowałem letnie wkładki, aby spróbować założyc zimowe: aluminiowo-wełniane, ale nie pasowały więc je wyjąłem… A całą zimę jeździłem w starych turystycznych SPDach, na bergsonie też je miałem. A SiDi wyjąłem dopiero przed LUCem i wrzuciłem do plecaka nie patrząc… Kto nie ma w głowie,
będzie miał w stopach… Mapnik…rano przekręciłem głowkę, schowanej w obudowie śruby spiesząc się na pociąg, więc będę miał mapnik ‚na luzie’… Co zrobić.
Rejestruję się w organizowanym właśnie przez Diabla biurze zawodów. Jestem pierwszy z formalnościami, więc liczyłem na nr startowy 1, ale z jakiegos powodu należy mi się ‚3’ 😛 Biorę też jeden żelek z kofeiną, niech leży w plecaczku i czeka na kryzys… 😀 Czołówka wędruje na kask, numer startowy na kierę, buty […] na nogi…
Zwijam się niespiesznie i totalnie bez stresu [aż się sam sobie dziwię-przedstartowa gorączka to moja specjalność 😉 ] idę jako jeden z ostatnich na pomost, na którym rozdawane są mapy. Hmmm…
Trasa bez wyraźnego jednego wariantu, można pokombinować… Wszyscy zawodnicy zebrani na deskach małego molo, o 16:30 słychać okrzyk ‚START’ i ludziska po kolei zjeżdżają pod banerem na ląd. Zaczęło się. Poszli…!
A ja flegmatycznie umiejscawiam mapę w mapniku, odstawiam rower Daniela, który chyba jakąś kupkę nerwówkę jeszcze zalicza, biorę swojego rumaka i kilka minut po reszcie zaczynam moje całodobowe zmagania z trasą.
Na początek gubię się już w Pucku i na czuja przedzieram się przez nowowybudowane osiedle domków jednorodzinnych, które jeszcze [ubolewam nad tym…] nie doczekało się utwardzonych dróg… Fajnie. Już na po 1km mam rower cały w błocie. Kilka km asfaltu i doganiam nowo uformowany, zgrywający się przed ‚adventure trophy’ czwórkowy zespół ‚BORY team’ w składzie: Radek Literski, Adam Kędziora, Kasia Polak no i wszem i wobec znany Kazig czyli Adam Kaiser. Kazig z uśmiechem od ucha do ucha zerka na mój ubłocony bike i rzuca: ‚co, widzę że jakiś autorski wariancik był…?’ 😀 Dowcipniś, cwaniakuje bo to Radek w ich zespole nawiguje 😉 Ja się automatycznie przełączam na nawigację Radka i jadę z nimi. Za chwilę zawracamy – to nie ta droga. Wracam do samodzielnej orientacji. Kilkaset metrów dalej górka przy kamieniołomach. Jest punkt nr 1 na szczycie. Zbiegam do roweru i ruszam za ‚borami’. Asfalt, podjazd. Zostawiam ich wraz z dalej szczerzącym zęby Kazikiem i ciągnę podjazd swoim tempem. We wiosce odbijam w lewo, na wiatr. Kicha tak samemu ciągnąć z ‚wmordęwindem’, ale ‚borów’ jeszcze nie widać więc kręcę sam. Przecinam główną drogę, dalej wioseczka i ładuję się do lasu. Błoto po osie. Jakoś intuicyjnie trafiam w labiryncie dróg i scieżek w okolice 3.PK, mijam Andrzeja i Daniela [już skubany nadrobił czas kupki!] i podbijam punkt przy drewnianym mostku. Prikraśnie świeci słoneczko, na razie pogoda bajeczka. Dalej kilka km lasem, trzymam się wyraźnych śladów zostawionych przez liderów. Na świeżym ‚błotku’ widoczne tak samo wyraźnie jak na pojawiającym się co chwilę śniegu.Kolejna wiocha. Trochę błądzę szukając odpowiedniej drogi. Jest. Piasek, błoto, duuuużo błota… Przecinka. Asfalt. Dalej też – nówka-unijny.
Z głównej drogi odbijam w boczną, prowadzącą w kierunku 9.PK. Mijam wracającego z PK Daniela. Pytam gdzie Andrzej, ale obaj jedziemy za szybko i słyszę tylko ‚chyha huedaawdeee…’. No nic. Opis punktu:’w lesie co tragedii kiedyś świadkiem był…’ Która przecinka? Pakuję się w pierwszą. Za chwilę wracam. Nie ta. Jadę dalej. Widzę jakieś ślady w bok, to ta. Jadę i jadę, a tam nic. Śladów już też dawno nie ma. Czyli nie ta. Wracam. Są jakieś groby, to musi być tam! Zaczyna się ściemniać. Odbijam w lewo. Jadę, jadę, kluczę
między drzewami. Kałuża. Na oko widać, żę głęboka, ale ja muszę Wigora ścigać, więc ładuję się w nią nie hamując…gleba. Pod wodą był lód. W butach chlupocze woda, rękawice zaciskam w pięści-ciurkiem plynie z nich woda, gratis cały prawy bok też mokry – kurtka, spodnie… #$#$%!@!!! Nie ma to jak sie wykąpać przed nocą. Wracam. Robie pewny wariant, nadkładając drogi [całe kilkaset metrów…], jest 9.PK. Są ‚bory’. Ze 30-40min starciłem wśród tych grobów… Przekombinowałem.
Na kolejny PK zmierzam znowu samotnie, stuprocentowym wariantem, choć ładnych kilka km dłuższym. Jest ‚diabelski kamień’, jest 4.PK. Wcinam batona. Muszę się pilnować z regularnym żarciem i piciem.
Zapada już noc. Ochładza się, zimno mi w mokre ręce i nogi…Karlikowice, pytam lokalesów spod monopola o drogę. Byli naprawdę mili, a ich stuningowane kaszlaki i 20letnie audice na gaz, z włączonym na całą okolicę ‚umcy,umcy…’, mogłyby świadczyć, że będą kozaczyć. Dalej na przystanku jakieś dziewczyny przerywają fascynującą zapewne rozmowę o ‚na wspólnej’ i gapią się na mnie wielkimi oczyma. Jak odjeżdżam słyszę za sobą charakterystyczne gwizdy ‚obcinających’ mnie lasek. Świat stoi na głowie. Z gwiżdżącego stałem się ‚gwizdanym’… A przecież ja nie noszę różowych legginsów… 😉 Dalej cudowny zjazd w kierunku Jeziora Żarnowieckiego. Odbijam na północ. Wpatruję się w mapę na tyle uważnie, że…zjeżdżam z drogi i fikam koziołka nad barierką, rower zostaje po drugiej stronie. Wygramalam się z krzaków i ruszam dalej. Jakieś światła czołówki i lampki rowerowej. Jakiś gość robi północny [ja zacząłem od południa] wariant i zajechał też na 6.PK. Kurde, może ja powinienem ten 6.PK zostawić na potem? Ładujemy się w las, gościu pyta się mnie czy ja przypadkiem nie jestm ‚Suri’.Potwierdzam, przedstawiamy się sobie. Okazuje się, że to Wojtek Piwakowski. Ja biorę jeden ‚cypel’ wzniesienia, Wojtek drugi. Na moim nie ma punktu, nie ma opisanego ‚spróchniałego drzewa’. Krzyczę do Wojtka, że to musi być u niego. Spotykamy się na szczycie.Twierdzi, że u niego nie ma PK. Idzie dalej. Ja wracam na ‚jego cypel’ i od razu spostrzegam owe spróchniałe drzewo. Wołam kolegę i podbijamy. Żegnam się i zbiegam do roweru, po czym ruszam dalej na 7.PK.
Objeżdżam jezioro. Super widoki, halogeny oświetlające umiejscowione dookoła firmy odbijają się w tafli wody jak w gigantycznym lustrze. To tu w latach 70. planowana była elektrownia atomowa. Pewnie gdzieś pośród wzgórz otaczających zbiornik wodny zagubione są, straszące okolice, zniszczone silosy elektrowni… Jadę do sztucznego jeziora innej ‚ekologicznej’ elektrowni szczytowo-pompowej. Monotonny podjazd przez las. Przynajmniej się rozgrzewam. Z daleka widoczne migające na czerwono wiatraki. Podjeżdżam szutrówką w do grupy wiatraków. Mgła powoduję, iż widzę te wiatraki tylko jak zapalają się czerwone światełka na szyczytach. Gdy gasną, słychać tylko huczenie potężnych śmigieł. Efekt jest niesamowity. Szukam’dębu pomiędzy wiatrakami nr 11 i 12′. Po kolei sprawdzam wszystkie wiatraki. Nr 4, 9, 7… Nie po kolei są ponumerowane. Nareszcie jest 11! Światła czołówek. Dwóch facetów cieszy się, że przypadkowo od razu wyjechali na PK. Farciarze. Podbijam i zmierzam na 11.PK.
Długi przelot asfaltem. Nie mija mnie żaden samochód, jest w końcu środek nocy. Zaczyna padać śnieg. Tzn. zaczyna się regularna śnieżna zadymka. W kwietniu. A wy tymczasem mogliście przeczytać na www LUCa, że ‚jest za dobra pogoda jak na LUC’. Temu, kto to napisał, to ja bym nogi powyrywał z… Kręcę dalej przy widoczności na 5m do przodu. Ciekawe jak sobie radzą ‚bory’. Oni przynajmniej jadę we czwórkę, jest do kogo ryj otworzyć. To mnie właśnie najbardziej denerwuje: że nie mam z kim pogadać! 😀 Na PK docieram baaardzo asekuracyjnym wariantem, ale chyba dobrze zrobiłem-w tej mgle i śnieżycy i tak bym nie znalazł żadnego ‚autorskiego wariantu’. Jest szutrówka dolinką pnącą się do góry. Rozdziela się. Próbuję w prawo. Na mapie nie ma tych dróg. W końcu to ‚setka’. Postanawiam zostawić rower i na azymut wspiąć się na szczyt wzniesienia. Płot. Jakoś go przechodzę. Dalej następny. Widać też kolejny… Tu są szkółki leśne i wszędzie jest pogrodzone. Wracam do roweru. Zjeżdżam na dół i atakuję w lewo. Po chwili odbijam w prawo i długim podjazdem przez las pnę się błotnistą [a jakże!] szutrówką na górę. Na szczycie drewniana wieżyczka widokowa. Opis: ‚w leśnej głuszy’ dobrze oddawał klimat tego miejsca. Śnieg przestaje padać. Punkt na górze. Wchodzę w butach SPD po mokrych drewnianych pałąkach do góry. Normalnie ADVENTURE! 😀 Z platformy ładny widoczek, aż sobie batonika skubnąłem z radości i odpocząłem całe 20 sekund!

Zajebisty zjazd. Warto było podjeżdżać. Wracam do szosy. Po kilku km błotka jestem na asfalcie. Kilkanaście km do 14.PK pokonuję w mlecznej toni dookoła. Idzie mi całkiem dobrze. Mam zaliczone 7/20 punktów w 7h. Forma ok, nie jestem zmęczony mimo, iż pokonałem już ponad 1/3 trasy. Start ten traktuję czysto terningowo, nawet przed tym dwudziestoczterogodzinnym napieraniem nic nie odpoczywałem, wziąłem to z marszu jako ‚długi wybieg’ w moim planie treningowym 🙂 .Odbijam we wiosce w bok. Opis: ‚wspomnienie po ludziach i młynie…’. Są ruiny młyna-samotna wieżyczka na środku pola. Punkt powinien być ’50m od wieży młyna głaz, za nim małe drzewo’. Mgła zmniejsza widoczność do kilku metrów. Z mapy wynika, że punkt jest na zachodzie, a może na północy… Cholera wie. Opis tego nie precyzuje. Jest jeden duży kamień na północy. Za nim w pewnej odległości kilka sztuk czegoś, co przypomina drzewka. Nie ma pieczątki. Szukam dobre kilkanaście minut metr za metrem przeszukując zarośla, ale nic nie ma. Wracam do młyna. Jeszcze raz. Jest inny kamień, duży, wielkości telewizora. Na północnym zachodzie. To musi być ten głaz. Kilka metrów za nim samotne chude drzewko. Jest…? Ni ma! Zonk! Sprawdzam kilka sąsiednich drzewek. Tyż ni ma. Wracam raz jeszcze na pole, do ruin. Znajduję jeszcze jeden kamień, ale za nim nie ma drzewek. Sprawdzam po raz n-ty okolice tamtych dwóch kamieni. Każde drzewko po 10 razy. Nic. Zerkam na zegarek. Szukam już tego punktu 1,5h! Dzwonię do Diabla-organizatora. Mówi, że po systemie śledzenia SMS-owego widać, że kilka osób znalazło już ten PK [oczywiście większość zalicza punkty wybiórczo, nie jadą ‚na komplet’] i nikt nie zgłaszał pretensji, z czasów wynika, że znajdowali szybko. Informuję go, iż piszę BPK, gdyż punkt musi być oznaczony JEDNOZNACZNIE. To nie może być punkt typu ‚jedno z drzew w lesie’, bo to nie ma sensu. Jest JEDEN głaz? To ok-opis jest dobry. Jest więcej [a jest]? To należy podać kierunek. W miejscu, które pasuje do mapy i do opisu nie ma PK. Diablo coś tam się zaczyna tłumaczyć. Nie przyjmuję tego do wiadomości. Dzwonię do Daniela, on już ma ten PK. Mówi, że duży głaz, blisko drogi. Kurde nie ma! Wpisuje BPK i jadę dalej [słusznie] wk…..wiony na cały świat. Nie wiem co robić. Sraciłem tam dobre 2h. Na razie postanawiam zaliczyć kolejny PK-nr 13. Kolejny kilkunastokilometrowy przelot asfaltem. Nudy. Nawet nie mam z czym walczyć-senny nie jestem, kryzysów ani śladu, halunów brak. Jadę szybko, żyłować się bardziej nie ma co. Jest Gęś. Wioseczka taka. Za nią droga przypominająca w każdym detalu… budyń. I jeszcze mży. Rzeźnia. Szukam przepustu drogi nad niezaznaczoną na mapie drogą. Jest. ‚W kępie drzew na ZACHÓD od przepustu’. Nic. Kilka minut szukania i postanawiam jechać dalej. Jest następny przepust. Charakterystyczna kępa drzew. Musi być ten. Szukam, szukam. Dobre kilkanaście minut. Nie ma. Jadę więc dalej. Kolejny przepust. Szukam na zachodzie w kępie drzew. Nic. No ja cię pie…! Czy ja już oślepłem na starość [pełnoletność 😉 ]?! Jadę dalej.
Kanał. Czyli to musi być TEN przepust. Szukam dookoła. Jest! Na…południu. Znów się Diablo z opisem nie popisał. Tu też można było BPK wpisać. Ale ja podbijam kartę i wracam po tej drodze-kisielu z powrotem do Gęsi…

Za dużo czasu straciłem na tej ’14’ i ’13’. Na ’13’ trochę ze swojej winy-przepust był jednoznacznie ten. Tyle, że kępa drzew nie tam, gdzie trzeba. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nie zrobię całości. Nie rozpaczam. Przecież to tylko trening. Ale szkoda, bo dwa punkty które opuszczam-17 i 18 są łatwe nawigacyjnie [chyba], tyle że daleko. A więc czasochłonne. No nic. To do Łeby. Megaśnie długi przelot, od PK do PK ze 25km. 25km nudy. Zaczynają się ludzie kręcić. To już 5 rano. […] Jest Łeba. Zanim zajadę na punkt w bazie ‚zachodniej’ muszę zaliczyć 19.PK. Jadę za daleko. Zawracam. Wraz z innym LUCowcem zmierzam w kierunku punktu. Zagadaliśmy się. Tak to jest jak człowiek od kilkunastu godzin milczy i się inna istota mówiąca pojawi. Zawracamy, ze 4km nadłożyliśmy. Odjeżdżam koledze, jest…plaża. Słoneczko zaraz wzejdzie, ale bym sie glebnął z zimną colą na czyściutkiej plaży! Cofam się kawałek i wzdłuż płotu ośrodka, potem jednostki wojskowej dojeżdżamy już razem w okolicę PK. Opis: ‚w cieniu radarów i historii o V2’. Czyli druga wojna światowa widziana z drugiej strony. Pierwsza strona medalu była ‚w
lesie co tragedii kiedyś świadkiem był’… […] 19.PK przy płn.-zach. rogu zasieków, przy pomoście do obserwacji prób rakietowych.
Teraz już prosto na 20.PK czyli na ‚zachodnią’ bazę w stadninie koni. Wiem gdzie jest stadnina [byłem tam niedaleko na obozie integracyjnym 2 lata temu na początku liceum… to były czasy…!], Więc podkręcam tempo i znowu odjeżdżam koledze. Nie chciałem mu psuć zabawy w nawigatora 😉 Ze stadniny wychodzą ‚bory’. Zadowoleni, ‚teambuilding’ chyba przebiega ok.
W stadninie myślę co dalej. Do końca mam kupę czasu, ale w tym trzy PK bardzo trudne nawigacyjnie. I kondycyjnie. Może inaczej: sprawdzające determinację-błotko… Postanawiam dwa z nich opuścić. Trening po takim błotku jest niefajny, mało daje [ino hart ducha…] no i niszczy sprzęt… A tak naprawdę to mi się nie chce. Już i tak nie zrobię całości, a po co mam sobie psuć miłe wspomnienia z treningu? Jeden tylko z nich zaliczę-’16’. Ma fajny opis: ‚labirynt’… Intrygujące…

Wychodzi słonko, pełna sielanka. Chwilę temu kolega ‚od 19.PK’ wyjechał na 16.PK, ja też tam zmierzam, więc po kilkunastu minutach go doganiam. Warto było zaryzykować wariant kiepską wg mapydrogą-Unia tam też rozciągnęła nowiutki asfaltowy dywanik… 🙂 Ale kolega marudzi nad mapą, więc go zostawiam. Odbijam w las. Nie ta droga, kompas pokazuje zły kierunek. Teraz powrót po tym błotku… Jest właściwa droga. Jadę do punktu. Labirynt przecinek… Nie mam pojęcia jak namierzyć ten PK. Jadę dalej tak bez celu. Opis: ‚drzewo 3m na wschód od drogi’ niewiele pomaga, bo ten PK jest w lesie…Postanawiam skoczyć chociaż w krzaczki strzelić sobie kupkę 😀 Zostawiam rower na drodzę, odchodzę w bok, kucam… a tam przede mną PK! 😀 No comment. Normalnie to w życiu bym go nie znalazł. 🙂

Dalej mylę drogę i robię o kilka km więcej niż powinienem. Który to już raz?… W drodze na 12.PK przebijam sobie z tyłu oponę o kawałek szkła. W samym centrum miasteczka. Wiedza ludzi o rowerach jest powalająca: ‚jechał pan za szybko i żeś zepsuł pan dlatego rowera!’,albo ‚panie, oponę pan rozwalił całą!’ [zsunąła mi się zwijana opona z obręczy jak zmieniałem dętkę i zwinęła się w ‚ósemkę’]. Szybko pompuję tyle na ile mi pozwala mała pompeczka i jadę dalej. Na 12.PK gość, który 1/2 LUCa przespał w bazie ‚zachodniej’, pokazuje mi właściwe drzewo. Za chwilę wraca. ‚Po co tu wracasz?!’-krzyczę do niego. A to niespodzianka-taka podobna kurtałka to Andrzej Chorab! Czekam na niego na szosie aż podbije PK i ruszamy razem na 8.PK. Andrzej potwierdza moje przypuszczenia o trudności opuszczonych ’10’ i ’15’. Wiosenne słoneczko dalej przyświeca, piknikowa wręcz atmosfera. I wreszcie mam z kim pogadać 😀 Niestety kilkanaście kilometrów dalej zauważam, że znowu mi z tyłu schodzi powietrze. Zatrzymuję się to sprawdzić. Małą dziurkę zlokalizowałem wkładając dętkę do rowu z wodą. Musiałem wżiąć przebitą dętkę, albo jakiś cierń czy pinezka udupiły mnie na nowo. Łatam dziurkę, czekając aż klej wyschnie wyprężm się do, wspomnianego przez mnie wielokrotnie, długo oczekiwanego SŁONECZKA… Wiosna… [pozdrawiam Daniela z alergią… 😀 ]

Odbijam na Dębki. Się było małym brzdącem to się tam jeździło wielokrotnie. Ale kilka lat tam już nie zaglądałem. Pozmieniało się, kostkę na ‚deptaku’ położyli… Dojeżdżam do PK, Andzrej wcina bananka. Przegryzam też ‚pierrota’, patrzę na widoczne z punktu morze spłukujące kawałek plaży coraz to nową falą…
Z 8.PK wracam znowu samotnie na południe w kierunku kolejnego ‚diabelskiego kamienia’. Lokalny biker bardzo chce mnie do niego zaprowadzić, więc pozwalam chłopcu, aby prowadził skrótem. Mijam znowu ‚bory’ wracające z tego PK. Podbijam kartę i zjeżdżam z przewodnikiem do drogi. Zrywa łańcuch. No nic, trzeba pomóc. 2min poźniej ma świeżo skuty łańcuch w swoim ‚wigry’ i nie może się nadziwić, że takie małe ‚urządzonko’ jak klucz wielofonkcyjny może takie cuda zdziałać… 😉 Bardziej go to interesuje nawet od LUCa,
o którym mu podczas skuwania opowiadam…
Dalej na 2.PK już łatwo, podciągam na kole chwilę dwóch szosowców 😀 Mnie na ich miejscu byłoby wstyd-ja po 20h na rowerze ciągnę ich za sobą mimo, że kręcą pewnie ze dwie godziny… I jeszcze oni na szosówkach, a ja na grubych, terenowych oponach… Wstyd panowie! Uciążliwy bruk aż po horyzont… Pierwszy ‚kryzysik’, który mija po minucie, jak zjeżdżam na ścieżkę wzdłuż bruku 🙂 Ostatni 2.PK w efektownym wąwozie o odpowiedniej nazwie ‚przeznaczenie’…
Teraz już na metę. Od Władka tempo spada, bo kilka kilometrów jadę pod wiatr. Dojeżdżam do Pucka. Ponownie przystaję przy kościółku na starówce. Ponownie spogłądam na morze. Pozostaje tak samo niewzruszone, jakie było 24h temu… META.

P.S. Żelek ‚na kryzys’ nie został wykorzystany, fajnie byłoby jakby leżał u mnie w plecaczku aż się przeterminuje… 😀

epilog:
16/20 PK zaliczonych [w tym ’14’], ponad 300km przejechanych [powinno być góra 250]-wychodzi moja ‚super’ nawigacja. Zero kryzysów. Impreza super, zorganizowana super [dzięki za pizzę dla wszystkich na mecie!], tylko znowu niedociągnięcia z lokalizacją/opisem punktów kontrolnych. I jeszcze nie wiem dlaczego, ale ta impreza nie ma dla mnie charakteru wyścigu tylko bardziej klimat wycieczki, treningu 🙂 Tak traktowałem ją rok temu, tak samo
traktowałem ją teraz… Gorąco polecam wszystkim niedocenianego przez napieraczy LUCa.

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany