[size=x-large]Zawisza się w grobie przewraca…[/size]

Relacja z rajdu ZHP NONSTOP ADVENTURE: ‚Wędrownicze Wyzwanie 2006’


Gdy natrafiłem na informację o ‚Wędrowniczym Wyzwaniu’ (WW) bardzo się uradowałem. Byłem świeżo po super-hiper-fajnym GRINGO, bardzo pozytywnie nastawiony do krótkich treningowych rajdów-a takim właśnie miało być WW. Dodatkowym atutem była bardzo mała odległość od mojego nowego, studenckiego miejsca zamieszkania-Krakowa oraz fakt iż nowy rajdujący kumpel z uczelni (Krzysiek Gajdziński vel ‚crow’-współczujmy mu-zaczyna prawo.. 😕 ) był kiedyś harcerzem-a, więc mieliśmy mieć możliwość powalczyć o atrakcyjne nagrody.
Wybraliśmy się na tydzień przed rajdem w Tatry celem sprawdzenia swoich wzajemnych możliwości, zrobiliśmy koło 5000m podejść i pełni entuzjazmu czekaliśmy na nasz pierwszy wspólny start. W piątek trochę mniej entuzjastycznie (całą noc balowaliśmy na inauguracyjnej imprezie, pojąc się obficie wysokoenergetycznymi napojami 😉 ) wtoczyliśmy się do pociągu i ruszyliśmy walczyć na WW… Plan minimum zakładał pokonanie wszystkich harcerskich zespołów (a nazbierało się zielonych beretów koło 80 czyli 40 „patroli” 😀 ). W 100% zadowoliłoby nas miejsce na podium-czyli zaraz za Davis Trezeta AT oraz za Adventurą.
Z dworca PKP w Katowicach dojeżdżamy rowerami do bazy w ca. 45min.(może leszcze jesteśmy, bo na stronie była informacja iż nie zajmie to więcej niż 15-20min…) W katolickim LO wita nas sympatyczny oboźny (jak nam się wydawało szef przybytku, ale nie uprzedzajmy faktów). Instalujemy się w kąciku w ostatniej klasie, obok półharcerskiego, za to w pełni kobiecego (a ponoć brakuje kobiet w AR… 😉 ) zespołu i idziemy na rynek coś wszamać. Pikraśny, chorzowski rynek powala nas na kolana (warto potrenować klęczki jakbyśmy jakieś sprawy mieli, bo sekretariat rajdu znajduje się w klasie z tabliczką ‚religia’ 😉 ), wsuwamy więc świetne (bez cienia ironii!) naleśniczki, robimy zakupy i wracamy do zapełniającej się harcerzami bazy. Dopełniamy formalności i odbieramy karty startowe z wymownym napisem UNIWERSYTET JAGIELOŃSKI AT. Widocznie osoba przygotowująca karty nie ma jeszcze w książeczce harcerskiej sprawności ‚ortografika’. Niestety przekręt, ażeby startować w kategorii harcerskiej nie przechodzi (Krzysiek był harcerzem 6 lat temu) i wystartujemy wspólnie z kilkunastoma ekipami w kategorii OPEN. Zagadujemy oboźnego o jakieś maty, karrimaty, materace, cokolwiek na czym moglibyśmy się położyć. Nasza wina-nie przeprowadziliśmy jeszcze do Krakowa całego sprzętu (obaj pochodzimy z Pomorza). Niestety niczego takiego nie ma w szkole ;-? . Trudno. Zagadamy potem w Kauflandzie o jakieś kartony. Czeka nas za to bardzo niemiła wiadomość: Odprawa zostaje przesunięta o godzinę. Najpierw będzie projekcja filmu z AT i zdjęć z innych rajdów, aby zielonokrwiści dowiedzieli się czegoś o AR. To się chwali, żeby edukować ludzi w tej kwestii, ale dlaczego normalny człowiek na normalnym kacyku musi czekać do 21.15 na odprawę? 🙁 Zagaduję Marka (szefa rajdu, poznaliśmy się na BWC), aby powiedział nam pokrótce najważniejsze kwestie, to sobie walniemy w kimę. Niestety to niemożliwe. Ważnych informacji jest zbyt dużo. Słucham więc przez 1,5h o tym jak się perforuje kartę startową, jak się zapina klamrę w kamizelce na canoe, dowiaduję się czy należy wziąć menażkę na przepak… Obok siedzą Trezety i Zawór i równie radośnie wysłuchują tych arcyważnych informacji. Po odprawie dostajemy mapy. Nie ma co dumać nad kartką papieru, gdy człowiek nie spał od 40 godzin, więc wskakujemy do śpiworów. Podobnie myśli kilka innych (pewnie nieharcerskich) teamów i wbijają się w pielesze. Ostatecznie dochodzi północ. Wtem pod drzwiami słychać dźwięki gitar i radosne piosneczki naszych kochanych skautów. Krzysiek bardzo kulturalnie wstaje i prosi ich o ciszę. Potulnie idą nam na rękę. Ja równie kulturalnie proszę towarzyszy niedoli dzielących z nami klasę o zapalenie czołówek i zgaszenie oczojebnych jarzeniówek na suficie, bo nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych. Tego już za wiele! Dostaję solidne lanie słowne, co kończy się naszą równie konkretną frustracją, ale że nie mamy już sił bierzemy śpiwory pod pachę i idziemy na zimną i śmierdzącą salę gimnastyczną, przez którą prowadzi trakt pod prysznice. Przynajmniej jest cicho i ciemno. Znajdujemy pod ścianą kawałki wełny mineralnej z których klecimy coś na kształt maty i radośnie zamykamy oczy… Nagle wpada na salę oboźny i zaczyna nas przekonywać do powrotu do klasy. Co to to nie! Zgadza się w końcu niechętnie na nasz nocleg na sali. Nareszcie można iść spać… Wtem o 1.30 w nocy brutalnie budzi nas jakiś śmieszny harcerz w patrzałkach i każe się wynosić! Na nic tłumaczenia, prośby i groźby… BHP zabrania spania na sali i kropka. A poza tym informuje nas, że on jest ‚nadoboźnym’ i on tu rządzi. To cud, że nie doszło wówczas do rękoczynów. Klnąc pod nosem pełzniemy w gaciach przez szkołę do naszych harcerzy. Oczywiście wełny wziąć nie możemy! Kładziemy się więc na naszym uświnionym butami kartonie i zasypiamy koło drugiej. Start dopiero o 8 tak więc kilka godzin pośpimy…

[b]Harcerze nie dają za wygraną…[/b]

Drrrrr…!!! Jeszcze przed 6 rano odzywają się budziki. Grrr… Nic to, wyłączą je to się jeszcze ze 45min prześpimy. Nie ma tak dobrze! Harcerze w ramach dowcipu chodzą po klasie drąc się zawzięcie ‚POBUDKA, POBUDKA, POBUDKA…!!!’ Aha-i zapalają oczywiście natychmiast (śmiejąc się głośno) jarzeniówki. Byłem na wielu imprezach-czy to rowerowych, biegowych, na orientację i bez, na rajdach AR większych i mniejszych… I nigdzie czegoś takiego nie widziałem. Gotowi do startu udajemy się do przystani gdzie zostawiamy rowery. Przewidując nasze szybkie ukończenie pierwszego, parkowego BnO chcemy zostawić rowery przy wyjściu, oparte o ławkę. Nie można. Trudno, wciskamy je w gąszcz innych rumaków. Wychodząc z ‚parku maszyn’ słyszymy tylko jak orgi zapraszają jakiś zespół do oparcia rowerów o ławkę… Na starcie dostajemy mapy do scorelauf’u BnO i czekamy na odliczanie. 10, 9,…3, 2, 1… GO!

[b]Nie ma druha Boruha[/b]

Ciśniemy wspólnie z Adventurą na pierwszy PK. Nie jest tak oczywisty, więc czeszemy z 5min. zanim namierzamy lampion. Nie chcę się sugerować innymi, więc obieram autorski wariant i zaliczamy kolejne punkty w innej kolejności niż wszyscy. Daję kilka razy ciała z mapą i na stacji płaskiej kolejki krzesełkowej obsługujący jegomość informuje nas o naszej TRZYDZIESTEJ pozycji… Obaj robimy karpia, faktycznie spierdzieliłem nawigację… KOLEJKĄ (tak tak!) przemieszczamy się na stadion, wypatrując na ziemi kartek z literkami. Dzięki Agusiu i Olusiu (Davis Trezeta/KS Kandahar) 🙂 Przybiegamy do przystani i robimy rundkę na kajaku zaliczając dwa PK. Na rowery wychodzimy na 20. miejscu… 😕

Ciśniemy wśród skautów. Na każdym kolejnym PK przesuwamy się w stawce do przodu. Niwelujemy również stratę do najlepszych także mamy prawdopodobnie najmocniejsze tempo ze wszystkich ekip 😀 Przed 5. ‚dużym’ PK przyhamowuje gwałtownie i jadący mi na kole Krzysiek zalicza paskudną glebę. Sorry stary, dawno na szosie nie trenowałem i nawyki zatraciłem… Przed przepakiem nr 1 robię kretyński błąd nawigacyjny i tracimy kilkanaście minut… Na przepaku meldujemy się więc znowu daleko, bo na 14. miejscu… Zostawiamy rowery i z niesmakiem obserwujemy pozostawione przez innych przy rowerach plecaki z obowiązkowym wyposażeniem… (w regulaminie było wyraźnie napisane, iż obowiązkowego wyposażenia można nie mieć tylko na PIERWSZYM BnO). Nasza interwencja u orgów spotyka się z totalną zlewką.
Teraz czeka nas ciężka nawigacja w lasach ‚sportowej doliny’. Na drugim PK tego BnO dowiadujemy się iż jesteśmy 8. Fajnie, harcerze się pogubili. Wówczas nie zauważyłem, iż ten PK stał za wcześnie… Ale boleśnie przekonałem się o tym, szukając kolejnego, bo ni w ząb mi się mapa nie zgadzała… 😕 Znowu spadamy na 14. pozycję. Zaliczamy dalej następne PK, przebiegamy 2m obok jednego, podbijamy jednak inny, który mamy zaliczyć wcześniej, wracamy do tamtego… a tam guzik! Nie ma już lampionu! 😮 To nie są żarty! Nie słyszałem jeszcze o lotnych (dosłownie!) punktach kontrolnych… Zakręciło nas trochę, ale zaliczamy kolejne punkty (m.in bardzo fajny w kanionie, do którego dostajemy się po poręczówce) i idziemy zaliczyć ostatnie dwa PK (ze źle podpisanym zadaniem specjalnym… 😕 ). Robimy zjazd z dziwnie przewleczoną przez ósemkę liną (pewnie została tak ‚zahaczona’ o karabinek, aby wolniej-bezpieczniej zjeżdżać), Krzysiek dostaje pechowo odłamkiem skały w piszczel. Bardzo niefajnie to wygląda, ale chyba złamania nie ma. Mnie strasznie kręci w żołądku, boję się żeby nie skończyć jak Jasiek na nawigatorze 😉 Zabieramy rowery i ponownie spotykamy się u orgów z ignorancją w sprawie obowiązkowego wyposażenia…
Siódmy ‚duży’ PK zaliczamy wspólnie z dwoma ‚patrolami’ ( 😀 ) harcerskimi. Na naszą prośbę ‚puśćcie lewą’…zajeżdżają nam drogę utrudniając wyprzedzanie. Skurczybyki. Zrzucamy dwa ząbki niżej i urywamy się pasożytom. Czuwaj! Kolejny PK na kopcu. Koleś z obsługi krzyczy z góry, że rowery zostawiamy na dole. Ok. Biegniemy obaj na kopiec (bardzo niesympatycznie biegło mi się w SPD-ach po nierównym bruku…) podbić punkt. Wracając krzyczymy do biegnących na górę harcerzy, iż mają biec RAZEM, ale nas tylko jadą krótko i figa. Interwencja u szefa rajdu nadjeżdżającego na rowerze również niczego nie zmienia… 🙁 Dalej łatwe PK, więc ciągniemy na bułach ile się da. Wreszcie przepak nr 2. Mała zmiana planów. Na canoe jedziemy na bikach. Ok. Wskakujemy na kanadyjki około 10. miejsca. Zaliczamy szybko oba PK i wracamy na przepak. Przebieram buty i lecimy na przedostatni etap-BnO. Jesteśmy 8.

[b]Finisz[/b]

Pierwszy PK tego etapu zaliczamy wspólnie z Zaworem i jego kolegą po czym zostawiamy ich i jeszcze jeden team z tyłu. Przy kolejnym punkcie łykamy następny zbułowany „patrol” :hammer: Ciśniemy dalej sami. Przez kilka km BnO odrabiamy stratę do czwartego zespołu z 15 do 6min o czym informuje nas skitrany w krzakach na mokradłach ‚punktowy harcerz’ . Ostatni przelot asfaltem i meldujemy się z powrotem na przepaku. Soczek w łapę i spadamy.
Teraz 30km rowerku i jesteśmy w domu. Ale pasowałoby wziąć ten czwarty team. Ostatnich harcerzy przed nami. Adventura i Trezeta są poza zasięgiem, ten trzeci zespół (MONGOOSE) niestety również. Wprawdzie odrobiliśmy sporo (jakieś 20min), ale bądźmy realistami-nadal mamy 40min straty (na mecie będzie raptem 20 😉 ). Zaraz na początku etapu robię debilny błąd nawigacyjny i kręcimy dziesięciominutowe kółeczko… 🙁 Ale chłopaki chyba też dali ciała, bo już dwa PK dalej łapiemy czwarty zespół („Woda, Góry, Las”-niezłe ogrzewacze chemiczne sprzedają, korzystałem z nich na BWC 😉 ) i dalej ciśniemy razem. Jak tylko wspólnie zaliczamy 17. PK obieram okrężny wariant na buły i na 18.PK meldujemy się już przed nimi. Zadanie specjalne polega na przeprawieniu się przez rzekę z rowerami. Olewamy jakieś dętki i deski i pakujemy się do krystalicznie czystej górnośląskiej rzeki 😕 z rowerami nad głowami. Dalej znowu na bułach (znaczy się bezpieczną opcją 😀 ) udajemy się na kolejny punkt. Kurde, chłopaki chyba niezły wariant wylukali, bo punkt podbijamy razem… 😕 Na przedostatnim PK i jednocześnie ostatnim ZS znowu jesteśmy we czwórkę. Wspinaczka na bułach (rąk…) na szyb kopalniany to nie to co tygryski uwielbiają… Krzysiek szybko się podciąga, ale ja gramolę się po wysokiej jak wieża Eiffla stalowej konstrukcji…wolniej. Znowu w dwa teamy opuszczamy PK. Urywamy chłopaków, ale na ostatnim PK meldujemy się niemalże jednocześnie… Gdzie tam cwaniaki wylukały lepszy wariant?! 😡 Na szczęście dla nas droga na metę to już oczywistość z jednym podjazdem, więc odstawiamy ich łydkami skoro głową się nie dało… 😉 Na mecie meldujemy się po 8h i 54 minutach na 4. pozycji w generalce (tzn. licząc harcerzy i normalnych ludzi razem) i jednocześnie na 4. miejscu klasyfikacji OPEN. Dzięki Aussie za wspólny start 😀

[b]Epilog[/b]

To była relacja z rajdu ZHP NONSTOP ADVENTURE „Wędrownicze Wyzwanie 2006”. Teraz kilka słów prywatnej, subiektywnej dygresji. Nie podobał mi się ten rajd. Mało ciekawa trasa, wiele niedoróbek organizacyjnych i ogólna atmosfera spowodowały, iż wieczorem po ukończeniu zmagań PIERWSZY RAZ chciałem się jak najszybciej ulotnić z bazy. Ci co mnie znają wiedzą, iż uwielbiam długie gawędzenie na rajdach i praktycznie zawsze spędzam ochoczo na rajdzie cały weekend od piątku do niedzieli (tak jak ostatnio na GRINGO). Ale tym razem wsiedliśmy w pociąg i w nocy byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się jeszcze czy warto pomęczyć się z harcerzami jeszcze jedną noc, i rano odebrać nagrody, ale chyba bym tego nie wytrzymał nerwowo. Nagrody mamy ponoć jak coś dostać pocztą, ale pewnie organizatorzy się obrażą i nic nie dostaniemy 😛 Marek i Rudy to naprawdę sympatyczni goście jako kumple, ale nie podpasował mi Wasz rajd. Niestety. Tak więc niestety nigdy więcej nie zawitam na harcerską imprezę.

Maciej Surowiec „Suri”
Uniwersytet Jagielloński Adventure Team

[i][size=x-small]zdjęcia pochodzą z galerii organizatorów – fot. Filip Springer, Marek Woźniczka.[/size][/i]

[b]Zobacz również


[url=http://nonstop.podgore.pl/rajdy_ww2006_livenews.php]Oficjalna strona rajdu[/url]

[/b]

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany