[size=x-large]Moja Krew [/size]

[b]Relacja z VI Przygodowego Rajdu Orła Bielika
Czerwiec 2006[/b]


Krew to przyjaciel napieracza. Krew chlupocze w butach, lejąc sie z popękanych pęcherzy. Krew spływa cienką strużką po nodze z rozdrapanego, jednego z tysięcy, ukąszenia komara. Smak krwi panoszy się w ustach od czasu uderzenia gałęzią odchyloną przez partnera podczas przedzierania się na azymut. Przez nieprzebrany gąszcz, pokrzywy wyższe od człowieka i przez podpięte do prądu zasieki. Na dwóch wyspach. Przez dziesiątki kanałów. Przez setki kilometrów. Witamy na Rajdzie Przygodowym Orła Bielika.

242km wg optymalnych wariantów. Pływanie w morzu, trekking, rowery, rolki, kajaki. Całość w maksymalnie 36h. Na wyspach Uznam i Wolin.
8:57. Plaża w Świnoujściu. Wiesiek – główny organizator mówi kilka słów na ‚do widzenia’. Super, ale jeszcze nie ma Sławka [‚Zgórmysyny AT’], mojego bielikowego partnera. Chwilę później widzę jak biegnie po plaży wciągając w pośpiechu pożyczoną 5min temu piankę pływacką. Czeka go kilometr pływania. Ja w tym czasie muszę pobiec 6km plażą.
9:oo. Z ogłuszającym hukiem leci w niebo czerwona raca sygnalizacyjna. Lecimy. 19 drużyn dzieli się na dwie grupy-pływacy biegną wprost do morza, biegacze ruszają brzegiem w stronę widocznej w oddali latarni morskiej. Zaczynam spokojnie. Nie ma co się ciśnieniować już na samym początku. Tym bardziej iż wiem, że Sławek szybciej niż w 30min nie przepłynie wyznaczonego dystansu. Truchtam sobie spokojnie z Grześkiem Łuczko, gadamy na luzie o czekających nas trudach trasy. Latarnia. Biegniemy do perforatora po skałach, o które rozbijają się spienione morskie fale. Jesteśmy jeszcze świeży, power w łydkach rozsadza każdego ściganta, gdy na szyi dynda wesoło karta startowa. Wracamy do miejsca gdzie na brzeg desantować się będą pływacy. Nie widać naszych partnerów. Jest wreszcie Sławek Morze dało mu trochę w kość. Podbijam PK i biegniemy do bazy gdzie czekają nasze rowery. Sławek ściąga piankę, zakłada spodenki i w dobrych humorach ruszamy w stronę granicy z Niemcami. Przelatujemy przez przejście graniczne bez zatrzymania i kawałek dalej wbijamy się w lewo w drogę, którą mamy zamiar dostać się na 4.PK. Droga kończy się w krzakach. Wrzucamy rowery na plecy i podchodzimy na azymut pod strome zbocze. Zjeżdżamy po drugiej stronie. Czeszemy górkę za górką, przecinkę za przecinką. Nic. W końcu natrafiamy na perforator. Ponad godzina czasu w… plecy. Zaj…..sty początek. Pocieszające jest tylko to, że niżej spaść nie możemy. Jesteśmy przedostatni, o czym informuje nas miła pani na PK rozpoczynającym odcinek specjalny-przejazd klifem. Techniczna wąska ścieżka wije się malowniczo tuż nad brzegiem urwiska. Pod nami kilkudziesięciometrowa przepaść. Na dole słychać szum roztrzaskujących się o skały fal. Zaliczamy PK i kawałek dalej zjeżdżamy w stronę przepaku. Mijamy teamy, będące już na etapie rolkowym.

[b]Wielki pościg[/b]

Gdy dojeżdżamy na przepak dowiaduję się od Wieśka, że dostajemy 30min kary czasowej za niewykonanie do końca OS-a. Grrrr…. No nic, trzeba napierać dalej. Nie mówię nic Sławkowi, po co ma się denerwować 😉 Grześki [team ‚Ostatnia Nadzieja Białych’-w skrócie ONB] już są etapie BnO. Jesteśmy trzeci od końca. Ale humory dopisują, więc ruszamy ochoczo zaliczyć trzy PK na rolkach. Kiedyś sporo jeździłem, ale od ładnych paru lat nie miałem rolek na nogach. Idzie nam całkiem sprawnie. Nadrabiamy 15min do WNB!
Szybki przepak i z drożdżówką w zębach biegnę za Sławkiem. Czeka nas 25km BnO. Przy pierwszym PK spotykamy Morskie Stwory i team naszych znajomych z pokoju-Ankę i Dzikiego [Wojskowa Akademia Medyczna-WAM]. Podbijamy karty i biegniemy razem z WAMami. Zaliczamy wspólnie następny punkt i dalej napieramy już sami, bo Sławek mnie pogania do szybszego napierania, a nie nawijania ze znajomymi 🙁 Stwory też zostają defintywnie w tyle. Przy zbiegu z nastepnego PK potykam się i robię w powietrzu efektowne salto a’la żółwie ninja. Fajna ścieżka dydaktyczna do nordic walking’u [swoją drogą ukłony dla marketingowca, który wymyślił ten sport 😀 ]. Zdejmujemy sprawnie punkt za punktem. Przed ostatnim podchodzimy do rozcignietego wokół pastwiska drutu. Łapię go spoconą ręką… i odrzuca mnie kopnięcie prądem! Sławek mi chyba nie wierzy i sam dostaje zaraz dawkę elektronów. Niemcy to jednak dziwny naród. Krowy też jakoś nie po naszemu na nas muczą.

Wreszcie przepak. Nadrobiliśmy do WNB następne 20min. Yes, yes, yes! Jesteśmy w pierwszej dziesiątce. Drożdżówka w kły i zaczynamy kręcić na rowerkach. Napieramy dalej jak złoto, zaliczamy punkt za punktem. 100m przed PK rozpoczynajacym scorelauf uświadamiamy sobie, że nie mamy poprzedniego punktu zaliczonego. Zawracamy, co zrobić… Doskwiera mi odwodnienie-końcówkę BnO robiłem już na oparach, wcześniej opijając do końca Sławka 😉 Tracimy z 15min, kurczę żal! Ale napierać trzeba dalej-„kto nie pedałuje ten ginie”, chociaz trochę głupio brzmi tak przerobiony slogan… 😕 😉 . Zaczynamy w końcu scorelauf. Jakoś leci do momentu kiedy spotykamy WNB i Alvikę jadących od PK z zadaniem specjalnym… Dowiadujemy sie, że kanał przepłynąć można tylko z ‚tamtej’ strony… Rzut oka na mapę-dookoła jeziora to pewnie będzie ze 20km. Sławek wpada w furię, uspokajam go trochę, dojeżdżamy do ZS brakujące 1000m. Za moją namową partner zagaduje Niemców krzątających się przy jachcie o możliwość przepłynięcia na drugą stronę ich łajbą. Nie jest to jednak konieczne, po chwili podpływa do nas łódką chłopak z obsługi i przeprawiamy się regulaminowo na przeciwległy brzeg 🙂 Jeden z kolejnych PK to stary, poniemiecki [w sumie trudno o inny w Niemczech… 😕 ], nieużywany już wiadukt w środku lasu. Wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Obracamy głowy. Za nami niesamowity widok. Gigantyczna, czarna jak noc chmura. Taki widok trzeba zobaczyc, poczuć w delikatnym podmuchu wiatru wielką moc drzemiącą w budzącym się żywiole. Podkręcamy tempo, musimy skończyć scorelauf przed burzą. Musimy zdążyć na końcowy PK tej pętli.. Tam zostawiłem kurtkę. Zdejmujemy ostatnie punkty i ciśniemy w pedały. Kiedy dosuwam zamek w kurtałce spadają pierwsze krople deszczu. Przez kilka naszych błędów starciliśmy trochę do WNB i jesteśmy prawie 1h za nimi. Ale w dziesiątce się dalej łapiemy. Mocujemy czołówki i ruszamy na etap rowerowy, kończący się na przepaku C.
Z zimna telepie mnie jak na Bergsonie (Bergson Winter Challenge – zimowy rajd w marcu. przyp. red.). W snopie światła widzę tylko ścianę wody, koronami drzew targa wiatr. Zrzucamy łańcuch dwa ząbki niżej i przyciskamy, żeby się rozgrzać. Doganiamy Alvikę. Wspólnie z sympatycznym MIXem przedzieramy się przez pole w strugach deszczu, w kompletnych ciemnościach. Tylko błyskawice uderzające co kilka sekund rozświetlają rzeczywistość. Po rajdzie dowiemy się, iż tej nocy wycofa się kilka zespołów, niektórzy ponoć byli na skraju hipotermii… A jeszcze kilka godzin wcześniej smażyliśmy się w upale i brakowało nam wody. Teraz wody miałem pod dostatkiem. PK w wiacie turystycznej. Szukamy razem z Alviką perforatora. Pewnie Szwaby ‚sztejlenowały’. Zapamiętujemy literę z kartki i gnamy dalej. Na przejściu pograniczniacy dowcipnie wkręcają nam kit, że przejechało już 10 teamów. Punkt po polskiej stronie to już formalność. Około 21.00 meldujemy sie na przepaku. I niespodzianka! Na tym króciutkim rowerku nadrobiliśmy kilka pozycji-jesteśmy na 6. miejscu i tracimy do ONB już tylko 40minut! Ole! Dojdziemy was Amigos! 😀 Mordy się nam same śmieją, jednak można tak jak Szczurek, Herci i ekipa na BWC poginać mocno mimo falstartu! 😉 Nawet nie przeszkadzają nam mokre jak szmaty rzeczy i pierwsze irytujące komary… Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co nas czeka… Dostajemy od dziewczyn po porcji gorącego spaghetti i ruszamy ochoczo z pieśnią na ustach w dalszą drogę!

[b]Noc z koszmaru…[/b]

Scorelauf BnO [teoretycznie 25km] zaczynamy mocno biegiem mimo, że za nami już ponad 12h rajdu. Mamy długi przelot prostym odcinkiem, trzeba ścigać WNB póki im tempo spadło. Jak ich dojdziemy to może złapią kryzys i wtedy ich łykniemy…? 😛 Hamuję trochę Sławka, bo on by najchętniej zasuwał 5min/km. Nagle przed nami z mgły wyłania się szlaban. Kurde, przecież jechaliśmy tędy rowerami, tam nie było żadnego szlabanu! Duch lasu chce nas zatrzymać…? Prawda jest bardziej prozaiczna, zwala jednak z nóg nie gorzej niż ewentualne spotkanie ze zjawą w ciemną, deszczową noc… W ferworze walki zaczęliśmy biec na południe zamiast na północ… Kilka kilometrów biegu poszło się je***! W tym momencie ze stanu hipereuforycznego stan mojej psychiki spadł do poziomu wody… w kiblu. Zawracamy i rycząc z wściekłości jak wariaci toczymy się z powrotem. Jest przepak. Wychodzi z niego Alvika. Prawie godzinna przewaga została utopiona w jednym głupim błędzie… Siada mi psycha, puszczamy Alvikę przodem. Przy punkcie jesteśmy już razem. Kolejny PK to jakiś ciek wodny. Czeszemy we czwórkę okoliczne chaszcze. Pokrzywy, ostrokrzewy, sterczące kikuty gałązek…to było nic. Zaatakowały nas hordy komarów. Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Komarów było tyle, że momentami niewiele widziałem. Gdy uderzało się ręką w jakąś część ciała to 20 spadało martwych na ziemię. Gdy otworzyło się ryj [który ja w sumie mało kiedy zamykam 😉 ] od razu w ustach czuło się uderzanie o podniebnienie malutkich skrzydełek… Kto tego nie przeżył, nie wie o czym mowa. Kto tam był na samo wspomnienie tego horroru aż się wzdryga. Ja do tej pory mam dreszcze jak słyszę bzyczenie komara… Po kilkudziesięciominutowym błądzeniu znajdujemy wreszcie PK. Napieramy dalej. Nagle nocną ciszę, zmąconą dotychczas tylko stukaniem deszczu o liście drzew przerywa dochodzący z oddali przeraźliwy ryk. Natychmiast nasuwa się skojarzenie z uwięzionym potworem, który nagle gdzieś w tym lesie zerwał się z łańcuchów… Chwilę później głosów przybywa. Znów ciężko opisać to co się tam gdzieś w głuszy działo słowami. To trzeba przeżyć. Doszliśmy do wniosku, że te odgłosy muszą dochodzić z jakiejś mieszczącej się nieopodal ubojni bydła. Jeśli to były zarzynane krowy to nikomu nie polecam takiego słuchowiska…
Zaczynam się robić przeraźliwie senny… Jak ja żałowałem, iż w moim plecaczku nie ma już rezerowego żelka, który poratował Drewniaka na Harpaganie…! Po którymś PK kładę się na ławce, żeby chociaż 5min się kimnąć. O zaśnięciu nie ma mowy, komary natychmiast obsiadają całą twarz. Wstaję więc i posłusznie wlokę się za Sławkiem. Kawałek dalej PK w ruinach starych fabryk. Industrialne klimaty w środku lasu straszą pustymi oknami. Opornie idzie nam ten BnO. Mamy pecha z wariantami, mnie już wprawdzie ustępuje kryzys, ale o biegu nie ma jeszcze mowy, Sławek jęczy zagryzany przez komary-ma zajęte ręce mapą i kompasem… Zaliczamy PK nad kanałem. Do dwóch następnych kilka kilometrów w pokrzywach wyższych momentami od człowieka, nonstop na azymut z miliardami bzyczących towarzyszy… Dobrze, że chociaż poranne słońce przygrzewa. Szybkim marszem docieramy na przepak… Spadliśmy oczywiście w klasyfikacji. WNB ma nad nami teraz ponad 3,5h przewagi… Koniec nadziei na powalczenie z Grześkiem. Pokazali nam gdzie nasze miejsce. Bez pośpiechu zmieniamy ekwipunek i wsiadamy do kajaka.

[b]Chillout[/b]

Już pierwsze pociągnięcia wiosłami świadczą, że coś jest nie tak. W ogóle nie możemy utrzymać kierunku. Samotny WOPRowiec, walczący poza klasyfikacją, nie może powstrzymać śmiechu widząc jak kręcimy kółka. Z brzegu beczą z nas wycofani z powodu przekroczenia limitów Anka i Dziki. Sławek wścieka się i tłucze wiosłami po wodzie jak małe dziecko. Bluzgamy na siebie tak, że nawet kaczki zabierają małe kaczątka, żeby tego nie musiały słuchać. Sławek ciągnie jak motorówka, buły ma za czterech. Tyle, że technikę jak przy mieszaniu łopatą cementu 😉 Ja też mistrzem nie jestem, ale jakoś w miarę sprawnie utrzymuję kierunek [dzięki Adaś za treningowy spływ i lekcję techniki! 🙂 ]. Dzielimy się więc zadaniami-ja steruję, on robi za silnik. Po wpłynięciu do kanału idzie sprawniej, do końca etapu jest jeszcze tylko kilka drobnych spięć. Okazuje się, że mimo tych kółeczek na początku mieliśmy najlepszy czas tego etapu! Nawet Speleo i Mapom dołożyliśmy 🙂 ! Czyli buły Sławka spełniają swoją rolę, moje to niewiele wnoszą do napędzania kajaka 😉 Szkoda tylko, że walczymy już o pietruszkę…

Odcinek Specjalny pieszo niebieskim szlakiem zaczynamy w przeciwnym kierunku [tak jak speleo, tyle, że my orientujemy się po kilku minutach 😉 ]. Żartujemy z naszego cietrzewienia się na siebie na kajaku, ale to musiało z boku wyglądać… 😀 Zaliczamy lotny PK i kawałek dalej koło dworca PKP w Międzyzdrojach schodzimy z OSu, znowu obcinając końcóweczkę 😛 . Przez miasto idziemy sobie spokojnie prężąc łydki pod publiczkę 😀 Tysiące zainteresowanych kuracjuszek ogląda się ciekawie co to za dziwne stworki zawitały do kurortu… 😉 Na końcówce po plaży podziwiamy… widoki 😀 Trzeba chwilę poczekać na zwolnienie stanowisk do zadań specjalych na słynnym molo-mostu linowego i drabinki alpinistycznej. Jak ja się w duchu modliłem, żeby było po jednym dla każdego zawodnika! Most linowy to nie to co tygryski lubią najbardziej, zwłaszcza po kajaku… Ledwo co raz się podciągam na drążku i to na golasa, bo w ubraniu już nie dam rady 😛 Na moje nieszczęście każdy robi oba zadania. Pierwszy atakuje Sławek, robi most linowy w 6 sekund czym wzbudza szmer podziwu wśród tłumu kibiców w bikini… Moja kolej… Pierwsza część spokojnie, ale druga… Podciągam się raz i odpoczywam minutę szczerząc kły do obiektywów aparatów i uśmiechniętych dziewczyn spomiędzy których Sławek głośno się ze mnie śmieje odgrywając się za moje docinki o jego zawodowym balansie ciałem na rolkach 😀 Jakoś kończę po kilku minutach zadanie i zmykamy czym prędzej z deptaku. W drodze do kajaków wstępujemy na colę, przecież AR to ma być przede wszystkim fun! Nie biegamy, obaj mamy drobne problemy z więzadłami kolanowymi-po co mielibyśmy niszczyć sobie zdrowie w szaleńczej walce o dalekie pozycje? Widzimy idących górą YORK SYSTEM AT. Mają koło 2h straty, zaczynają OS. Są kajaki, jest Boss. Opierniczam Wieśka za komary 😉
Wodujemy kajak i zaczynamy już od początku bardzo sprawnie. Jak Sławek słucha moich komend, którym wiosłem ma ciągnąć mocniej to prujemy jak motorówka! Kończy się jezioro, gdzieś powinno być wejście do kanału… Oszczędzę tu opisu dwugodzinnego czesania szuwarów w poszukiwaniu kanału. Generalnie nadpłynęli YORKi-2h w…plecy. Wspólnie od jakiegoś kolesia w motorówce dostajemy wskazówki jak wejść do kanału i propozycję: ‚płynę do Świnoujścia, mogę was pociągnąć, podczepcie się…’. Ach, jak było ciężko nie ulec pokusie…! 😉 Zamieniamy kilka słów z YORKami, po czym ponaglam przysypiającego Sławka do wrzucenia wyższego biegu i podkręcaMY 😛 tempo. Stara Świna to już poezja. Wzmagający się wiatr powoduje fale wyższe niż na Jeziorze Czorsztyńskim na The North Face Adventure Trophy [wg opinii Sławka]. Tniemy je ostro, z wiatrem we włosach i wodą spływającą raz po raz po skroniach… Jest przepak, szkoda tego błądzenia, bo mogliśmy wyrobić najlepszy czas etapów kajakowych.
Wsiadamy na rowery i toczymy się do bazy rajdu skąd czeka nas finiszowy BnO po Świnoujściu. Jest baza, przebieram buty i truchtamy na spokojnie odnaleźć 4 punkty kontrolne. Wiemy już, że nikogo nie dogonimy [zresztą już nam na tym nie zależy] oraz, że nie dogonią nas YORKi, które dostały łupnia na kajaku 😉 Ale nie wypada nie biec końcowego BnO 🙂 Punkt gdzieś przy kościele. Obchodzimy dookoła, nie ma nic. Sławek żartuje: ‚sprawdź w środku’. Miła pani informuje mnie, że punkt jest na szczycie wieży… Kurde no-Sławkowi zostało jeszcze więcej pary w łydkach…. Kilkaset schodów w górę, kilkaset w dół i już widzę jak cfaniak szczerzy zębiska i pociesza mnie ‚że przynajmniej się trochę rozgrzałem’ 😕 Dalej już idzie gładko, tym razem ja sam macham wiosłem na pontonie, którym przeprawiamy się na drugi brzeg. Sławek zalicza zadania linowe na Forcie Anioła, wspólnie przeprawiamy się w nocniku [poważnie to tak wygladalo, jak nocnik dla słonia 😉 ] przez kanał i już biegniemy na metę. Mordki nam się śmieją tak samo jak trzydzieści kilka godzin wcześniej… 😀

Gratulacje za pudło dla Grześka i Piotrka [‚Wielka Nadzieja Białych’] i nie mniejsze dla Wieśka za super rajd! Dzięki Cfaniaku za wspólny start! 😉

Maciej Surowiec ‚Suri’
pjsport.com adventure team

[b]Zobacz również


[url=/xoops/modules/news/article.php?storyid=534]Informacje z trasy VI Przygodowego Rajdu Orła Bielika[/url]

[url=/xoops/modules/wfsection/article.php?articleid=106]Rozmowa ze zwycięzcą V edycji[/url]

[url=/xoops/modules/mylinks/visit.php?cid=1&lid=1]Oficjalna strona rajdu[/url]
[/b]

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany