Trasa Rowerowa IX edycji Imprezy na Orientację Spiros miała zostać sparaliżowana przez pogodę. Organizatorzy mieli duże problemy by rozmieścić lampiony w śniegu po kolana. Jednak zgodnie z regulaminem Spiros odbył się w dniach 23-24 marca „niezależnie od warunków pogodowych”. Las dla roweru był nieprzejezdny, co oznaczało konieczność ustalenia specjalnej taktyki. Jak poradziła sobie z tym grupa Cyklo Team? Dowiecie się tego z relacji jej lidera Adama Świecy.

 

 

Spiros to rajd odbywający się dwa razy do roku w Gdyni równolegle do zawodów biatlonowych. Do dyspozycji 3 trasy piesze i 2 rowerowe, z których dłuższa to TR50. Zasady to klasyczny scorelauf i lampiony o wadze 1, 2 lub 3. Punkty położone najbliżej bazy mają najniższą wagę. Im dalej tym jest ona większa. Dopuszczalne starty od 1 do 3 osób w ekipie. Naszą trójkę reprezentowałem ja jako kapitan i nawigator, Piotr, który był już ze mną kilka razy na RJnO i debiutujący Michał.

Już dwa tygodnie przed imprezą wiadomo było, że warunki będą ciężkie. Regularne opady śniegu i temperatura stale poniżej zera męczyły cały kraj. Przeniesiono na kwiecień bydgoskie zawody rowerowe Kujawia XC. Do ostatniego dnia nie było pewności czy Spirosowa TR50 nie zostanie odwołana. Cztery z ośmiu ekip przeniosło się na trasy piesze. My jednak jesteśmy grupą kolarską i interesuje nas wyłącznie jazda na rowerze.

Ostatecznie wystartowały wszystkie dystanse z nieco zwiększonymi limitami czasowymi. Niestety uczestników było tylko lub aż ponad stu. Na dystansie TR50 cztery ekipy i dziewięciu zawodników.

Zrezygnowano ze startu interwałowego na rzecz wspólnego. Kolejne ekipy podążałyby po śladach poprzednich. Prognoza pogody bawiła już tylko kolejnymi opadami śniegu. Sytuacja w lesie nie mogła być już gorsza.

 

 

Nasz start zaplanowano na ósmą niedzielnego poranka. Stawiliśmy się w bazie jako pierwsi i ze strachem obserwowaliśmy kolejno wchodzących. Rafał Adametz z Navigatori, organizator AnO Hanza. Jego kolega na prototypowym rowerze z bardzo dobrym osprzętem, zipy na oponach. Wszyscy rywale wyglądali bardzo poważnie. Wcześniej coś przebąkiwaliśmy o możliwym zwycięstwie, z uwagi na pogodę. Przed startem już w to nie wierzyliśmy.

Przed startem podjęliśmy decyzję o tym by wyjątkowo buty SPD zostawić w domu. Przemokłyby w ciągu godziny, a potem zamarzłyby uniemożliwiając wpinanie w pedał. Ubraliśmy buty śniegowe/zimowe jak na wędrówkę pieszą. Tym czasem rywale w SPDach.

Przed startem większy posiłek i porządne nawodnienie. Przez osiem godzin na mrozie trzeba mieć co trawić, więc każdy zabrał po kilka kanapek i bananów. Na dwie minuty przed startem dostaliśmy po mapie. Kiedy oderwałem od niej wzrok okazało się, że stoimy w miejscu jako ostatni. Pomyślałem to już tylko zabawa, nie mamy z nimi szans.

Baza rajdu znajduje się w dolinie, w dzielnicy Pustki Cisowskie. Wzdłuż całego Trójmiasta ciągną się wzgórza morenowe. Czoła tych wzgórz są bardzo poszarpane i przez to wymagają dużo wysiłku przy ich pokonywaniu. Dalej na wysokości około 170 m.n.p.m i około 5km od bazy powierzchnia jest już płaska i łatwa do pokonania. Startujemy właśnie na styku moreny z płaskim obszarem, płynnie schodzącym do morza.

Plan był taki by jak najwięcej drogi pokonywać rowerem po trasach asfaltowych, nadkładając nawet całe kilometry. Po lesie nie da się poruszać inaczej niż pchając rower lub biorąc go na barana. Dobrze też zbierać te lampiony – a było ich aż 35 – które mają najwyższą wagę – 3.

Pognaliśmy ulicą Marszewską w kierunku Rogulewa. Tam czekały cztery lampiony o najwyższej wadze. Po drodze oczywiście zgarnęliśmy dwa lampiony mniej warte by nie robić pustych przejazdów. Niestety obawy się potwierdziły. Na leśnych duktach oznaczonych nawet linią ciągłą znajdował się słabo wydeptany śnieg. Jechaliśmy dopóki się dało. Następnie dwie osoby rozpoczynały poszukiwania od pokonania dystansu do lampionu biegiem.

Zawodnik pilnujący rowerów mógł się posilić zapasami. W Spirosie lampiony zawsze stoją koło ścieżki, więc poszukiwania nie są trudne. Szczególnie teraz gdy czerwona część kartki jest doskonale widoczna w tle śniegu. Trudności wynikały z zagrożenia przemoknięciem, przemarznięciem, poślizgiem i oporem śniegu. Trenowaliśmy całą zimę do sezonu rowerowego więc musieliśmy sobie poradzić.

 

 

Dwa pierwsze punkty położone były zbyt głęboko w lesie. Byliśmy zmuszeni też do przeprawienia się przez rzekę z powodu nieuprzejmości właściciela posesji przez którą przebiegała droga. Po godzinie mieliśmy dwa lampiony i zaledwie trzy punkty wagowe.

Teraz jednak przed nami kilka minut szybkiej podróży szosą i trójka sto metrów od szosy. Kolejna trójka zaraz obok, ale podróż biegiem to ponad kilometr w jedną stronę. Poszło raz dwa! Choć następny lampion o wadzę 3 znajdował się ledwie kilometr pieszo lasem postanowiliśmy nadłożyć rowerami ze cztery kilometry by dotrzeć do niego od północy. Są tam zabudowania, wiec nawierzchnia może nadawać się do jazdy rowerem.

Zgodnie z mapą dojazd wschodni do lampionu 31 powinien przebiegać po lepszej nawierzchni. Jednak skusił nas skrót od zachodu. Zobaczyliśmy jak samochód wyjeżdża z okolic lasu. Jeżeli jeżdżą tędy samochody to śnieg musi być ubity i nadawać się do jazdy.

Tak też było. Oczywiście nawet gdy piszę, że nawierzchnia nadawała się do jazdy to nie znaczy, że było normalnie. Obniżone ciśnienie w oponach nie usunęło małych poślizgów. Grząski śnieg pochłaniał opony i nawet mała dekoncentracja kończyła się wjazdem w zaspę.

 

 

Ryzyko się opłaciło. Przy lampionie zorientowaliśmy się, że droga wschodnia jest zasypana. Szczęście to element, który miał znaczenie w tej edycji Spirosa. Mapa nie może nam powiedzieć o grubości warstwy śniegu na danej drodze. Możemy się tylko domyślać, że ruch jest większy na traktach oznaczonych linią ciągłą.

Przed nami dwa lampiony 16 i 17 za dwa punkty wagowe. Już sprawdzona metoda dojazdu rowerami tyle ile się da działała bez zarzutu. Biegaliśmy możliwie szybko. Niestety dzień wcześniej startowały grupy piesze. Z jednej strony drogę można było poznać tylko po ustawieniu drzew. Z drugiej udeptany śnieg prowadził nas za rączki do lampionów.

Ostatnie szybkie kilometry na płaskowyżu w okolicach dzielnicy Chwarzno i zapuściliśmy się w las na dobre. Debiutujący Michał miał coraz więcej do powiedzenia w dziedzinie nawigacji. Poprowadził nas jak po sznurku i sam podbił perforatorem kolejny lampion za trzy. Zapuszczaliśmy się z powrotem we wspomniane czoło morenowe, a Michał pokazał znany mu przejazd pod obwodnicą. Jeżeli trafimy na nieprzejezdną ścieżkę to stracimy dziesiątki minut.

Lampion 28 zebraliśmy bez problemu. Podyskutowaliśmy chwilę z Michałem na temat dojazdu do kolejnego punktu kontrolnego za trzy. Przekonałem go do wybrania dłuższej drogi, która jednak mogłaby być bardziej uczęszczana. Po drodze minęliśmy kilku narciarzy na biegówkach. Ostatnie trzysta metrów do lampionu oczywiście piechotą.

Choć nasze szanse wzrastały z minutę na minutę to dalej pozwalaliśmy sobie na robienie zdjęć. Działaliśmy wg strategii by jak najwięcej drogi pokonywać po asfalcie. Różnica wysokości względem rezerwatu Kacze Łęgi do dzielnicy Witomino to blisko 40 m. na dystansie 500 m.

Ja musiałem pchać rower. Piotr i Michał to zdecydowanie szybsi zawodnicy. Jednym z elementów taktyki jest odciążać mnie choćby dając koło, bym zachował siły do końca. To nie znaczy oczywiście, że nie dobiegłem do lampionu nr. 25. Moją wartością jest orientacja w terenie.

Następnym ruchem jest dotarcie piorunem w okolice lampionu 26. Oczywiście ulicą. Trudny teren zostawiłem Michałowi i Piotrowi. Już wiedziałem, że umiejętności nawigacyjne Michała nie odbiegają od moich, choć mam już roczne doświadczenie i jedno podium indywidualne. Przy okazji dopadliśmy też lampion za dwa punkty obok. Na naszym śladzie GPS dziwnie wygląda jak dwa razy pokonujemy ten sam odcinek ulicy w drodze do lampionu 24.

Tutaj ulica Kielecka schodzi stromo w dół do gdyńskiego śródmieścia. Nie możemy sobie pozwolić na spadek wysokości, bo stracimy mnóstwo energii wdrapując się z powrotem. Niestety chłopaki zapuścili się przede mnie i zjechali niepotrzebnie kilka m.n.p.m. Oznaczało to piesze wdrapywanie się stromo pod górę na grzbiet gdzie znajdował się kolejny cel.

Nadszedł najtrudniejszy moment. Miałem jego świadomość od początku. Trzy lampiony za 3 punkty położone w sercu poszarpanych wzgórz. By zdobyć pierwszy, konieczny jest stromy zjazd obok murów cmentarza. Jedna noga na pedale, druga asekuruje od upadku. Ciągły poślizg i palce na hamulcu. Jak to dobrze, że nie mamy SPDów. Jakoś objechaliśmy cmentarz i pół kilometra biegiem do odpowiedniego drzewa.

 

 

Uznałem, że powinniśmy udać się do kolejnego lampionu na przełaj. Był to najpoważniejszy błąd w  naszym działaniu. Pchaliśmy bajki nawet przez całkowicie świeży śnieg, o głębokości niemal do tarczy hamulca. Potem jedyny raz musieliśmy odnaleźć się na mapie. Na koniec wszystkiego perforator był zerwany.

Nie było wątpliwości – dojazd do kolejnego lampionu tylko drogą asfaltową przez miasto. Wdrapując się na strome wzgórze morenowe sugerowaliśmy się śladami na śniegu. A one prowadziły wyżej i wyżej. Na szczycie najpotężniejszego wzniesienia zrozumieliśmy, że po prostu miejscowi się tutaj wspinali by podziwiać Gdynię z wyższej perspektywy. Straciliśmy niepotrzebnie dziesięć minut, lecz zaliczyliśmy ostatni z planowanych lampionów za 3 punkty. Mamy jeszcze dwie godziny do końca. Możemy zaliczyć pobliskie cele za 2 i 1 punkt wagowy, powoli zbliżając się do bazy. Jest dobrze!

By dotrzeć do najbliższego punktu kontrolnego trzeba pokonać około 2 km lasem lub dookoła drogami i szerokimi leśnymi duktami 9 km. Rzecz to jasna wybraliśmy drugą opcję. Po drodze zebraliśmy trzy lampiony za 1 punkt wagowy. Przez moment znaleźliśmy się też bardzo blisko bazy co normalnie byłoby bardzo niewłaściwe. Do tego na godzinę przed limitem jechaliśmy dokładnie w przeciwnym kierunku, zaliczając kolejne lampiony wzdłuż czerwonego szlaku rowerowego. Wtedy też jedyny raz spotkaliśmy inną ekipę – gdy jechali w stonę bazy.

Doszło do tego, że drżały mi nogi z przemęczenia. To czas na napój energetyczny. By zdobyć lampion nr. 19 trzeba było biec półtora kilometra w jedna stronę. Michał zgodził się zrobić to sam, choć miał przemarznięte stopy. Ja i Piotr nie mieliśmy problemu z chłodem. Ustaliliśmy, że teraz będąc kilka kilometrów od bazy wycofujemy się niezależnie od sytuacji o godzinie 15:40, by bezpiecznie zaliczyć jeden lampion w pobliżu bazy. Za każdą minutę przekroczenia limitu czasu odejmowany jest jeden punkt wagowy od wyniku.

Bohater Michał powrócił o 15:10 co dało nam otwartą drogę do zdobycia kolejnego lampionu za 2 punkty. Dojazd rowerami zgodnie z prognozą szybki, choć wymagający koncentracji. Utrzymanie się w koleinie jest bardzo ważne. Delikatne otarcie o białą ścianę i koło zapada się w nieubitym śniegu.

Biegnąc do lampionu niemal leciałem. Poszukiwane skrzyżowanie znajdowało się kilka metrów w dół. Droga powrotna zajęła znacznie więcej czasu. Jest 15:30. Zdobyliśmy wszystko co było można na wschód od obwodnicy. Mamy 45 minut do dead line. Chłopaki! Rura w dół, jeszcze dwa lampiony zgarniemy! – krzyczałem. Może jeszcze ze dwa lampiony w okolicach bazy?

Do dzielnicy Demptowo gnaliśmy z prędkością w okolicach 30 km/h. Piotr i Michał zaatakowali biegiem wysoką przełęcz, na której znajdował się lampion nr. 2. Ja w tym czasie przygotowywałem się do samotnego, sprinterskiego natarcia na podnóże góry z lampionem, nr. 1. Niestety minuty mijały i mijały. Skończyły się szanse na kolejny lampion. Dotarcie na metę na czas było zagrożone. Gdzie oni są? Ruszam w ich kierunku, nawołuję. Rowery leżą bezpośrednio przy ogrodzeniu bazowej szkoły. Mielibyśmy przegrać w takim momencie? – myślałem.

Wracają z perforowaną kartą kontrolną na 10 minut przed karnym czasem. Krzyczę by biegli i nie przejmowali się niczym. Teraz liczy się tylko by we trzech dotrzeć do mety i złożyć u sędziego efekt naszej ośmiogodzinnej pracy.

 

 

Udało się zmieścić w limicie czasu. Wyruszyliśmy jako ostatni i powróciliśmy jako ostatni. Wszystko działo się bardzo szybko. Wiedziałem, że nasz wynik jest dobry. Z podniecenia rozlewałem żurek na mapę omawiając trasę. Rywal z Navigatori pokazał mi swój ślad zrobiony czerwonym pisakiem na mapie. Że też miał na to czas? Ich ślad był doskonały. Jednak nie brał pod uwagę faktu, że lampiony miały swoje wagi oraz, że las jest niemal nieprzejezdny. Zdobyli 20 lampionów przy naszych 23. Nasze miały też większą wartość wagową. Głównie dzięki Michałowi zdobyliśmy o 6 punktów wagowych więcej niż w poprzednim Spirosie, który był rozgrywany w listopadzie w normalnych warunkach.

Gdy sędzia wyczytywał Rafała i Olgierda jako drugich myślałem albo nas zdyskwalifikowano, albo wygraliśmy. Zwyciężyliśmy w ekstremalnych warunkach w pierwszej RJnO jako Cyklo Team. Nie mogliśmy wyobrazić sobie lepszego rozpoczęcia sezonu niż od otwarcia worka z pucharami i medalami.

 

 

Wyniki TR50

M-ce

Nazwa zespołu

Skład zespołu

PK

Czas

1

Cyklo Team

Adam Świeca

Michał Dąbrowski

Piotr Habaj

53

473

2

Navigatoria / Non-stop Traczer

Rafał Adametz

Olgierd Tracz

43

446

3

Kobylnica

Bartłomiej Bober

39

367

4

Perła Team

Michał Gruba

Marcin Doppke

Marcin Trzepałka

33

472

 

Pełne wyniki na stornie:

http://www.biathlon.gd-net.pl/index.php/spiros-2013/wyniki

 

ślad GPS grupy Cyklo Team (wyłącznie zapis z roweru)

http://www.navime.pl/trasa/80031/Spirios+Wiosenny+2013

 

Galeria:

http://team.cyklo.pl/pl,galeria,20130324_spiros_gdynia,14.html

 

Relacja pochodzi ze storny Cyklo Teamu

O Autorze

Adam Foland

Nawigator napieraj.pl. Startował w pierwszym rajdzie zorganizowanym na polskiej ziemi. Poza AR trenuje głównie orientację: w biegach, na rowerze i na nartach. Pasjonuje się wspinaczką w skałach i górach, chodzeniem po jaskiniach, startuje również w maratonach rowerowych i rogainingach.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany