„Jeszcze przed chwilą zamartwiałam się, że jestem cienias, bo trochę zmokłam i zmarzłam i już biadam z miną „jak-ja-dam-radę-skończyć” i dużym znakiem zapytania nad głową, a teraz okazuje się, że z długiego rajdu ARS zamieni się w kolejne zawody poniżej 30 godzin. Trochę nam smutno, choć gdy patrzymy na siebie całych w drgawkach, szczękających zębami wiemy, że decyzja organizatorów jest mądra”. Relacja z ARS z 2009 roku.

Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach,
kropelka żalu, której winien jesteś ty,
nieprawda, że tak miało być,
że warto w byle pustkę iść,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Nosowska/Osiecka

Ach, co za noc! Prześpiewaliśmy ją!
Czarne jak kruk miałaś włosy!
Ach, co za noc! Po co nam inny dom,
Gdy niebo nad głową i deszcz?

Kazik (Piosenki Toma Waitsa)

Team RaidLight napieraj.pl - Od lewej: Gaweł Boguta, Krzysiek Dołęgowski, Magda Ostrowska-Dołęgowska, Maciek Tracz

Team RaidLight napieraj.pl – Od lewej: Gaweł Boguta, Krzysiek Dołęgowski, Magda Ostrowska-Dołęgowska, Maciek Tracz

Ile znacie piosenek z deszczem w tle? Mnie jako pierwsza przyszła do głowy: I’m singing in the rain… – to wówczas gdy pierwsze krople pokryły liście nad naszymi głowami. W kilka godzin później na usta cisnęły się już tylko Psy Deszczowe, Riders on the storm i Uciekaj moje serce, wyśpiewywane przez Kasię Nosowską. Po upalnym dniu, w którym łakomie czerpaliśmy każdy najmniejszy cień, deszcz był zbawieniem. Na krótko.

Zestaw map - teren od Lubljany do Velenje

Zestaw map – teren od Lubljany do Velenje

Niewiadomych przed Adventure Race Slovenia 2009 było zdecydowanie więcej niż pewników. Na krótko przed zawodami na stronie rajdu pojawiły się najnowsze dystanse, zmieniające objętość zawodów z 250 do 320 km, przy czym główna zmiana dotyczyła etapu pieszego. To zasiało w nas ziarno niepokoju – w szczególności, że limit 50 godzin pozostał. Tym jednak nie zamierzaliśmy się przejmować. Wiedzieliśmy, że w razie czego organizatorzy skrócą nam trasę tak, byśmy mogli ukończyć zawody. Do samochodu ledwie się zmieściliśmy wśród góry sprzętu – trzeba było mieć ze sobą prócz fury jedzenia i standardowego wyposażenia na rajd pieszo-rowerowo-kajakowy dodatkowo pianki, płetwy, dętki samochodowe i rolki.

 

Pierwsze spojrzenie na mapę i krótka rozmowa z Petrem – głównym jefe uzmysłowiła nam, że trzeba będzie solidnie popracować nad logistyką. Dostaliśmy bowiem do ręki puzzle z tysiąca drobnych kawałeczków. 8 map, tylko dwa przepaki z dostępem do skrzyń na całej trasie, etapy piesze i rowerowe gęsto poprzetykane konkurencjami na orientację, rolkami, kajakami, zadaniami specjalnymi i wodnymi nie dały się spamiętać od razu. Przez pewien czas oglądaliśmy mapy, czytaliśmy roadbooka i na kartce rysowaliśmy schematy. Później okazało się, że szczęśliwie na obu przepakach pojawiają się te same skrzynie nie trzeba więc wymyślać co włożyć do którego przepaku. Wystarczyło dobrze się skupić i opracować co kiedy trzeba ze sobą nosić a oczywiście trzeba było nosić dużo, bo od początku rajdu kask i dwie pary butów – rowerowe i biegowe, od pierwszego przepaku także uprzęże i sprzęt do zjazdów i wychodzenia, no i jasna sprawa – zaspas jedzenia i picia.

Jak się to robi w Słowenii?

Już od samego początku niezwykle zaimponowała nam organizacja zawodów. Petr i jego ekipa naprawdę wiedzą jak zrobić fajne zawody. Praktycznie na całej trasie nie trzeba było powielać wariantów – wchodzisz na górę? No to musisz zejść z drugiej strony – nie ma tu miejsca na oszukańców, którzy puszczają przodem jednego a reszta kitra się po krzakach na dole. Jesteś na etapie rowerowym? No to rura i jedziesz bracie! Asfalcikiem albo szuterkiem do samej góry, kto by tam słyszał w Słowenii o wprowadzaniu roweru na górę (i jeszcze może schodzeniu tą samą drogą). Dzięki pomocy słoweńskiego wojska, które bardzo się przejęło swoją rolą, rowery transportowane były między etapami w wielkich ciężarówkach.

Maciek podziwia słoweński miesięcznik ekstremalny.

Maciek podziwia słoweński miesięcznik ekstremalny.

Na dowóz kajaków też nie trzeba było długo czekać. Trasę poprowadzono tak, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała Słowenia jest śliczna. Już na pierwszym etapie pieszym weszliśmy na wysoką górę, z której roztaczał się przepiękny widok na Ljubljanę i ośnieżone szczyty gór, nie mówiąc już o pięknych dolinach. Petr zapytany przeze mnie o canyoning zdradził, że będzie na nim skok do wody z 6 metrów. Przyznam, że po raz pierwszy w życiu przed zawodami byłam spokojna – nie ważne co się będzie działo – będzie tak pięknie, że wcale się nie boję – myślałam. Krzysiek, który zwykle przed zawodami ma mały kryzysik i nie chce mu się startować też tym razem zrobił wyjątek. Przestartową wisienką na torcie był obiad dzień wcześniej, zdjęcia i film z poprzednich lat.

Szkocki team Extreme dining na pierwszym trekkingu

Szkocki team Extreme dining na pierwszym trekkingu

Słoweńskie Kabaty

W piątkowy poranek wojskowymi autobusami dotarliśmy na start do Ljubljany. Poprzyglądaliśmy się imponująco wyglądającym Francuzom, którzy mieli specjalne skarpety i „nogawki” utrzymujące łydkę w gotowości bojowej. Rudowłosa, trochę „zużyta” piękność bez ani jednego grama tłuszczyku na ciele budziła mój podziw. Myślałam, że ci to nam dopiero pokażą! Oczywiście tuż po starcie wszyscy pognali jak szaleni. Niewielkie kłopoty nawigacyjne pojawiły się na samym początku, zanim jeszcze chłopaki wstrzelili się w mapę. Pod osłoną drzew upał nie doskwierał za bardzo, było przyjemnie, ciepło i pięknie. I to tak blisko stolicy! Gdyby w Warszawie, na przykład w Kabatach były takie góry… Żebyśmy mogli bardziej dogłębnie zwiedzić teren na jednym z pierwszych punktów etapu był bieg na orientację po ukrytym w lesie bad landzie – czyli obszarze gęsto pokrytym lejami krasowymi. Dalej wejście na górujący nad okolicą szczyt, który zrekompensował nam straszliwy upał na podejściu przepięknymi widokami. Stąd można było zobaczyć całą stolicę i wysokie, majestatyczne góry o zaśnieżonych zboczach. Tutaj nie było perforatora, aby zaliczyć ten punkt trzeba było wstemplować sobie pieczątkę schowaną w metalowym pudełku, na osobną karteczkę. W dół sprowadziły nas wapienne skały – pewnie w Tartach w takich miejscach byłyby już łańcuchy… Szybki, autorski wariant na „skuśkę” do drogi wykonaliśmy częściowo na własnych nogach, częściowo zjeżdżając na tyłkach. Etap kończył się w malowniczym miasteczku skrytym za murami. Tutaj w fontannie schłodziliśmy się i porządnie napiliśmy.

Petr Bloudek na holu (team AlpinePro/Nutrend/Merida z Czech)

Petr Bloudek na holu (team AlpinePro/Nutrend/Merida z Czech)

Od cienia do cienia

W dalszą drogę ruszyliśmy na rowerach. Po krótkim bujaniu po w miarę płaskim asfalcie zaczęły się solidne podjazdy i zjazdy – asfaltami i szutrem. Od cienia do cienia, od drzewa do drzewa. Podjeżdżaliśmy do malutkich miasteczek i wiosek położonych na grzbietach, żeby potem szybko znaleźć się z powrotem w dolinach. 500 metrów w górę i tyle w dół. Potem 700, później znów 500. Pot lał się z czoła, strumyki spływające nieopodal drażniły nam uszy a woda w bukłaku szybko się kończyła. Szczęśliwie kilka razy pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa pod drzewem albo w strumieniu. Chłopaki mówili, że już wolą, żeby padał deszcz…

Zielone wody Savy

W jednej w większych miejscowości w regionie – o wdzięcznej nazwie Kranj mieliśmy zostawić nasze rowery, by wskoczyć na kajaki – sit on topy. Woda rzeki Savy ku naszemu smutkowi nie była zbyt bystra, nie niosła ze sobą dodatkowych przygód. Za to etap kajakowy nacieszył nasze oczy niezwykłymi widokami – wyrastającymi prosto z wody skałami, zielenią drzew i małymi jaskinkami na brzegach. Dotarliśmy do etapu biegu na orientację z GPS (pobiegli na niego chłopaki – Gaweł z Maćkiem), zostawiliśmy kajaki i ruszyliśmy z Krzyśkiem na spacer. Powolutku zmierzaliśmy do następnych kajaków dzieląc się wrażeniami. Mieliśmy sporo czasu. Zdążyliśmy zwiedzić miasteczko, poznać sympatycznego słoweńskiego psa, zjeść, schodać się prawie całemu do nieprzemakalnych worków i poleżeć w spokoju.

Błękitne wody Savy

Zielone wody Savy

Niebo nad głową i deszcz

Chłopaki pojawili się z powrotem już po zmroku. Dopłynęliśmy kajakami do pierwszego przepaku a z niego ruszyliśmy na nocny pieszy. Wkrótce o liście zadzwoniły pierwsze krople deszczu. Ku naszemu zaskoczeniu, gdy dotarliśmy do zadania linowego okazało się, że zjazdu nie będzie. Stwierdzili, że w deszczu nie będziemy go robić. Pomyśleliśmy wtedy – e tam, parę kropel deszczu a oni już zwiają zadanie? Ale gdy na chwilę wyściubiliśmy nos z lasu przekonaliśmy się, że te parę kropel deszczu ma całkiem pokaźne rozmiary i bardzo szybko przemokliśmy do suchej nitki. Dopóki szliśmy było w porządku, chociaż trochę denerwowała woda spływająca po głowie, plecach, rękach… Nieprzyjemnie zrobiło się dopiero jak już byliśmy przy rowerach. Trzeba było wprawdzie tylko zmienić buty i założyć kurtkę, ale rozpadało się wtedy na dobre, zrobiło się zimno i naszymi ciałami wstrząsnęły pierwsze porządne dreszcze. No ale nic to – w końcu jest podjazd na dzień dobry, więc damy radę. Po podjeździe zaczęły się zjazdy i nikt nie musiał nas długo zapraszać do pierwszego spotkanego baru, w którym było ciepło i przyjemnie. Na stół przywędrowały kubki z herbatą, mokre kurtki wylądowały w kącie a my wśród lokalesów (co oni u licha robią o 6 rano w barze?) siedliśmy na wiklinowych fotelach i jak śpiewa Łona „strzeliliśmy sobie relaks”. Chłopaki pocieszają mnie trochę, że mnóstwo ekip się przez tą pogodę wycofa, a naszą rolą jest tylko iść dalej. Ponowne wyjście na dwór było bolesne. Wszystko na nas było już od dawna mokre a temperatura wcale a wcale nie chciała przypominać tej wczorajszej. Żeby było nam cieplej i weselej głośno „drzemy japę” starając się jak najwierniej naśladować Korę Jackowską:

Jestem taka, jestem taka zmęczona
Bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa
Tyle dzisiaj, tyle się dzisiaj stało
Boli mnie serce, boli mnie całe ciało

Paranoja jest goła

Dzień się skończył
Na księżyc patrzę jak pies
Stopień po stopniu, na metalową wieżę wspinam się
Rosa pokrywa, rosa pokrywa ciało
Tyle się dzisiaj, tyle się dzisiaj stało

Nie jesteśmy wprawdzie aż tak zmęczeni, tylko zziębnięci a zamiast rosy nasze ciała pokrywają strumyki deszczówki, ale do tej pory rzeczywiście dużo się stało. Dlatego kolejny długi podjazd witamy z wielką radością. Na górze czeka na nas etap pieszy – na nim się rozgrzejemy – myślimy. Gdy nasze rowery wylądowały już w trawie na przełęczy, punkt został podbity, w zaparkowanym tam samochodzie otwiera się szyba – It’s possible that the whole race will be cancelled because of the weather – słyszymy. Dopytujemy jeszcze kilka razy, czy dobrze się zrozumieliśmy. Okazuje się, że nie będzie odwołany, ale bardzo skrócony. Podobno w wysokich górach pada śnieg, są tylko 4 stopnie a padać może do jutra do wieczora. Kolejna herbata. Mamy jechać stąd w dół, dłuuugim zjazdem do Luce i dalej wzdłuż rzeki Savinji, którą mieliśmy spływać na dętkach do przepaku i dalej na metę do Velenje.

NRC

Trudno nam uwierzyć. Jeszcze przed chwilą zamartwiałam się, że jestem cienias, bo trochę zmokłam i zmarzłam i już biadam z miną „jak-ja-dam-radę-skończyć” i dużym znakiem zapytania nad głową, a teraz okazuje się, że z długiego rajdu ARS zamieni się w kolejne zawody poniżej 30 godzin. Trochę nam smutno, choć gdy patrzymy na siebie całych w drgawkach, szczękających zębami wiemy, że decyzja organizatorów jest mądra. I tak czeka nas jeszcze z 70, może 80 km na rowerze. Tuż przed wyjściem z restauracji na przełęczy Gaweł wpada na doskonały pomysł – FOLIE NRC! Robimy sobie z nich poncha, a na nie zakładamy dopiero kurtki. No i wychodzimy z baru – Krzysiek w kurteczce z modnym, złotym kołnierzem, który owija jego szyję niczym drogie norki, Gaweł z eleganckiej spódnisi, filuternie zakrywającej tyłeczek, a my z Maćkiem w trochę skrzętniej schowanych foliach pod kurtkami. Dzięki nim na zjeździe – wyjątkowo podle długim jest nam cieplej. Do przepaku jedziemy doliną tuż nad Savinją.

Rzeka w dolinie, na ulicy i w rękawach

Jeżozwierzu jakżeż ta rzeka groźnie na nas szumi! Tak wzburzoną kawę z mlekiem widziałam tylko w blenderze, gdy przygotowywałam sobie koktajl w domu! Potężne fale rozbijają się z hukiem o kamienie, uderzają z pełnym impetem o brzegi, niosą porwane kłody, a na ich grzbietach bieleje wściekła piana. Co chwilę mijamy potężny wodospad albo dopływ, który ledwie mieści się jeszcze w swoim korycie. Wszystko wzburzone, wściekłe i głośne. Ulicą płynie osobna rzeczka, jest parszywie mokro i zimno a moje myśli aż boją się być tak zuchwałe by pomyśleć o złapaniu gumy w takich warunkach. No i oczywiście ledwie o tym pomyślę słyszę – GUMA – Maciek złapał gumę! Krzysiek zgrabiałymi rękami pomaga Maćkowi doprowadzić rower do użyteczności a my z Gawłem kuląc się i tuląc do siebie jak łasice (na co uzyskałam pozwolenie męża) dyskutujemy o pogodzie:

brbrbrbrbrbrbrbr…eeeeeee… dydydydydydy…..
dydydydydydydy….wrrrrr…brrrrr…..

Gdy któreś z nas się pochyla z karku leci strumień wody, kapie też z rękawiczek, nogawek a przejeżdżające obok samochody z pełnym impetem polewają nas spod kół niczym wiejskie kobiety wodą z wiadra psa Burka albo kury, które nie zdążyły czmychnąć w porę. Docieramy w końcu na przepak. Spotykamy Navigatorów, którym nie spieszno do wyjścia. Mówią, że na pieszym było zimno, że ich wytelepało, że zaliczyli jeden punkt i tam dowiedzieli się, że zabawa będzie skrócona. Mimo, że wiem, że nie potrwa 2 minut jak znowu będę mokra przebieram się prawie cała – zmieniam spodnie, zakładam kilka koszulek i bluz, zmieniam nawet skarpetki.

Tomas Vanek (OpavaNet/Tilak/Merida - Czechy) zmarznięty dociera do mety

Tomas Vanek (OpavaNet/Tilak/Merida – Czechy) zmarznięty dociera do mety

Kask ledwie wchodzi na dwa kaptury, ale kiedy gnamy już do mety jest nam cieplej. Nie ważne samochody, nie ważna rzeka na ulicy i wodospad z nieba – „teraz to już tylko taka wykończeniówka” – jak powiada Wściekły Wąż. Zanim jeszcze docieramy do mety pogoda się poprawia. Przestaje padać, a woda atakuje nas tylko spod kół rowerów. Można zdjąć kaptury. Już na mecie, z szampanem w ręku mamy ochotę wyciągnąć pięść i pogrozić Słońcu – teraz to sobie tam siedź za chmurami!

 

Pozostał nam duży niedosyt. Najbardziej żałujemy, że nie było nam dane doznać nawet połowy tego, co Petr dla nas przygotował. Pogoda skutecznie pokrzyżowała nam szyki, ale każda chwila zawodów była warta długich tygodni przygotowań. A zdobyte na własnej skórze doświadczenie – jest bezcenne. W przyszłym roku chyba wrócimy żeby się odegrać, bo jak mówi stare rumuńskie przysłowie: „gdy ktoś przerwie ci bój to go skaratuj”… czy jakoś tak?

Zobacz również:


www.adventurerace.si

 

O Autorze

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Dziennikarz sportowy, przez lata redaktor naczelna magazynbieganie.pl, biegaczka, zawodniczka rajdów przygodowych. Ultramaratonka, która ma na swoim koncie udział w prestiżowych imprezach, m. in. Marathon des Sables, Transalpine Run, CCC, Transgrancanaria czy Marathon 7500. Jedyna Polka, która ukończyła słynną angielską rundę Bob Graham Round. Promotorka biegania ultra w Polsce i współautorka książki "Szczęśliwi biegają ULTRA".

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany