Tegoroczna Zamieć znów okazała się epicka. Śnieg, mróz dramatyczne historie na trasie. Zapraszamy do relacji Mateusza Hyskiego, który na Skrzyczne wdrapywał się wraz z Tomkiem Łąkiem. W 24 godziny nabiegali 94,5 kilometry zajmując 19. miejsce.

W tym roku, w pierwszym moim starcie treningowym postawiłem na partnerstwo. Zaproponowałem znajomemu start w Zamieci choć długo się zastanawiałem nad odpowiedzialnością z jaką to się liczy, ale postanowiłem zaufać nie zwracając uwagi na wynik. Zaproponowałem również to, co najcenniejsze czyli wiarę w siły.

Okazuje się, że tuż przed startem, kilka dni wcześniej, zimowe warunki atmosferyczne doprowadzają do sytuacji, że bieg będzie, może trochę cięższy niż rok temu. Dzieje się tak z uwagi na bardzo dużą ilość śniegu na trasie, którego z dnia na dzień przybywa.

Radość przed zawodami była. Godziny startów zbliżały się. Jeden z nas startuje w biegu “Zawierucha”, natomiast my, w “Zamieci”. Trzeba iść spać. Poganiam chłopaków do snu. Poranek wstaje i podczas śniadania odpowiedzialność zaczyna miażdżyć umysł, ale pojawia się dziwny spokój przed zimowym górskim sztormem. Buduje się we mnie duże opanowanie, którego bardzo dawno nie czułem. Ma ono potężną siłę, bo nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić ze spokoju. Staram się wymyślać plan wsparcia kiedy partnerzy będą tego potrzebować.

Przypominałem o wszystkich niezbędnych elementach regulaminu by niczego nie brakowało, ale również i sami przygotowywaliśmy się na sytuacje awaryjne, które może się pojawią. Jednym słowem to nie był strach, ale współodpowiedzialność, ufaliśmy sobie.

Gdy te wszystkie gadżety biegowe już mamy, stajemy na różnych startach zimowego festiwalu biegowego pod szyldem “Zamieć”. Jeden z nich to ultramaraton, bieg górski, w którym możesz pędzić jak gepard, “lecieć” z prędkością spadającego kamienia w otchłań, ale czy tym sposobem chcesz dobiec do mety, która nie ma liczby kilometrów?

Oczywiście możesz również iść, ale czy Twoje sumienie pozwoli na spacer gdy widzisz innych, którzy biegną z górki? Tutaj nic nie zrobisz, bo tu dyktatorem jest czas. Jeśli zabraknie Ci sił, czas daje chwilę by siły odnaleźć w sposób tylko Tobie wiadomy.

Pługi w nogach

Trasa Zamieci

Tak jak organizator zapewniał. Na tych zawodach nikt nie usuwał śniegu, powalonych choinek. Sami, nogami, rękami  “odgarniamy” śnieg podczas pierwszego okrążenia. Mamy może brzydko pisząc cztery saperki więc łopaty są zbyteczne.

Pierwsze okrążenie, choć może i nie byłem w pierwszej dziesiątce (bo też po co) to jest to po części ciągłe przedzieranie się. Jak tu biec, jak stopę stawiać kiedy z każdym krokiem stopa “zjeżdża” do środka – asekuracja kijami w celu stabilizacji postawy czasem pomaga a czasem zwyczajnie kije topią się w śniegu całkowicie.

Dwa bardzo strome podejścia ze śnieżnymi schodami, które występowały na podejściu pod Skrzyczne mam za sobą.

Po kilku kilometrach nogi kompletnie nie chcą biec, stawiają opór. Ślisko, ślisko, ślisko… Trzeba przełamać barierę i wierzę, że za chwile wszystko się odblokuje. Ciężko “wejść” w “Zamieć”.  Mamy, jak rok temu, dwa strome podejścia obok trasy narciarskiej, ale nie są one problematyczne, jak na razie. Okazują się łagodne, natomiast problemem staje się silny wiatr który ze wszystkich sił stara się mnie strącić ze stoku, kaptur na głowę.

Teraz tylko wbiec na “Skrzyczne”, ale wcześniej jeszcze mały odcinek na grani. Po obu stronach wszystko w śniegu, zmarznięte, otulone zmarzniętym śniegiem. Na szczycie trzeba chwileczkę poczekać dopóki nie dostaniesz sygnału – możesz wracać na dół – i wydawałoby się, że będzie lekko – bo z górki. Momentami szlak jest potężnie zasypany. Zmarznięte, zlodowaciałe, wypukłe elementy szlaku aż się proszą by po nich przeskakiwać w rakach, bo wskakiwanie w dołki tylko obciąża nogi – trzeba potem z nich wybiegiwać. Czasem to nie pomaga i trzeba mocnym skipem “A”  zbiegać lub zjeżdzać – butów i kolan chwilami nie widać, śniegu pełno i głęboko jest.

Wieczór nad Skrzyczne. Fot. Karolina Krawczyk. Zamieć 2019

Rowy śnieżne

Mateusz na trasie

Upadasz kilka razy, wstajesz i biegniesz. Jeszcze czeka Cię bardzo ostre zejście, które pamiętam z zeszłego roku. Jest !….to nie zejście! To można nazwać rowem śniegowym, który może ma koło 120cm głębokości a szerokiiii – tylko na 40cm na wysokości metra więc….

To już prawie wszystko z cięższych odcinków trasy. Pozostają jeszcze 4 kilometry do zmiany. Już w miarę prosty odcinek gdzie strasznie ciężko się biegnie na pierwszym okrążeniu, ale trzeba to pokonać.

Po pierwszym okrążeniu, partner w końcu doczekał się zmiany. Nie zdążyłem zmotywować, nie zdążyłem opisać warunków – Tomasz już na trasie.

Teraz wiem, co założyć, czego się napić. Po długim wyczekiwaniu widzę, że partner “poznał” pętlę. Nie ma co czekać. Już elektronika zarejestrowała moje wyruszenie. Kolejny raz zmierzam się z pętlą, ale tym razem te podbiegi są zdecydowanie lżejsze. Staram się zapamiętać kawałki trasy, które uwiecznię podczas następnego wejścia w pętle, ponieważ są one nietypowe, wyrzeźbione przez Nas. To okrążenie jakoś bardzo szybko mija i już jestem świadom ile mnie czeka. Jestem pewien swojej siły i coraz swobodniej poruszam się po terenie. Z każdym ciężką partią trasy jest prościej niż ciężej. Jest jeszcze dużo czasu więc można wiele.

Chrzest Mariusza

Po moim powrocie do amfiteatru partner jest już gotów. Widać że dziecina jest lekko wypoczęta. Mariusz startuje w „Zawierucha”, dopytuje o wszystko i rozmawiamy o trasie. Wiem, że będzie długie wyczekiwane. Nie mam ochoty na marudzenie na temat trasy, bo mamy ją taką jaka jest. Siedzę w skupieniu. Wypoczywam, choć chętnie pokonywałbym kolejne okrążenie. Dałem jednak słowo więc należy uszanować wolę drugiej osoby. W międzyczasie każdy suszy co trzeba. Wiem gdzie jest lekko ciężko w terenie, ale wiara w człowieka czyni cuda. Już mną szarpie, nogi już za długo czekają. Staram się uspokoić organizm i po pewnym czasie widzę Tomasza – wyczerpany fizycznie i psychiczne. Wiem, jak on się czuje, ale wiem, że jeśli chce więcej, te intensywne fale muszą przez niego przejść. Dla niego to istny chrzest. Motywuje go jak mogę słownie ze spokojem,poklepuje po plecach, i tym samym wychodzę dalej zdobywać kolejne okrążenie. Nie odpuszczę, nie umiem. Poczułem już ten stan na starcie i wiem z doświadczenia że ta kosmiczna siła, która daje moc ducha opuści mnie dopiero gdy będę widział na zegarze, że już naprawdę nie dam rady podejść do kolejnego okrążenia. Wzmacniam się mentalnie i psychicznie,eliminując wszystkie myśli negatywne, ale pozostawiam to dla siebie. Nigdy się nie zatrzymuje na żadnym podejściu. Z drugiej strony staram się motywować partnera mentalnie, który odpoczywa na dole. W międzyczasie “zgarniam” do pamięci kamery widoki, trudność trasy, wszystko to co zapamiętania jest warte. Podziwiam w międzyczasie widoki. Uczta dla oczu a dla ducha spokój natury. Pokrzepić się można silnym mroźnym wiatrem. Takim sposobem, nie myśląc o trudach, widać piękno, widać siłę gór, które już nie raz nauczyły mnie pokory – trzeba nauczyć się tego a dasz sobie radę w każdych warunkach górskich. Pozostaje jeszcze jedno a może dwa okrążenia. Apetyt rośnie ze smakiem.

Zamieć 2019

Zamieć 2019 w pełnej krasie 🙂 Fot. Karolina Krawczyk

Zagryzam śniegiem

Wielkie zdziwienie pozytywne mnie ogarnia na dole. Tomasz gotów na zmianę, choć wiedziałem, że zaraz będę kolejny raz pozostawiał kilometry górskie. Nie zamierzam przeciwstawiać się. ’Dasz sobie radę, ale proszę zrób to z głową’ – proszę. W międzyczasie mentalnie staram się w skupieniu wzmacniać partnera. Bóg jednak wie, że wysyłam dobre treści. Odpowiednie wsparcie zostanie przekazane. Powoli zamykają mi się oczy. Mózg oczekuje snu, jednak czuję, że partner niebawem wejdzie do szatni i trzeba będzie, jak zawsze, walczyć do końca, nie mogę się doczekać. Nogi kolejny raz trzeba spuścić z łańcuchów. To okrążenie będzie dla mnie testem, jak bardzo potrafię sobie poradzić w terenie. Mam mało picia i jedzenia ale wystarczy na tę pętlę. Ze świadomością to robię. Posilam się suchą bułką, którą zagryzam śniegiem. Tak ratuje częściowo płyny, choć posiadam jeszcze zapas w plecaku, ale delikatnie już mam dość izotoników. Przeznaczam to na zasilenie organizmu gdy będę parę kilometrów przed metą.

Słyszę wypowiedź: ’Noc żywych trupów’. Nie komentuje tego, ale bardziej pomyślałbym w kierunku: „śniegowy, mroźny sprawdzian”. Ostatnie okrążenie można porównać do powrotu na początek imprezy, ponieważ w nocy silny wiatr zasypał wszelakie ślady. Jest powtórka czyli dużo śniegu a na zabiegach sytuacja się powtarza, zaspy. Zaczyna mi się spieszyć, bo może jeszcze będzie apetyt na kolejne okrążenie. Będąc już na dole, nie odczuwam zmęczenia, ale czas, który pozostał do zegarowych 24 godzin jest już za krótki by podejmować kolejne okrążenie. Z uwagi na celowe przeznaczenie tego biegu jako trening oraz dobrą zabawę grupową, którą Tomasz na pewno odczuł, trzeba uspokoić i ponownie “uwiązać” psychicznie nogi.

Świetna zabawa biegowa, odkurzone poczucie pokory do gór, poczucie braku granic, to wszystko znajdziesz na ultramaratonie, który wymaga. Gdy czasem trzeba zwolnić i pozwolić organizmowi  poczuć wszystkie zewnętrzne bodźce, wtedy nie będzie trzeba psychicznie zmuszać się do kosmicznych, czasem swojego, nad stan, wysiłku.

Czy dałem z siebie maximum, nie wiem, ale czuje, że dobrze wszedłem w ten nowy rok, nie tylko od strony fizycznej.

Lepsze małe kroczki niż duży skok

Czemu to robimy skoro czasem jest to nadwymiar normalności? Robimy to nie dla medali, nie dla czasu, ale czasem z potrzeby serca. Czy po to by sobie coś udowadniać?. Wydaje mi się, że nie. Każdy sport hartuje naszego ducha. Uczy dyscypliny do siebie, uczy być lepszym człowiekiem. Uczy nie tracić wiary a dane słowo innej osobie jest bezcenne. Co więc gdy zawiedziesz, a co gdy jesteś oparciem dla partnera gdy się nim przejmujesz, co gdy dajesz wiarę i pomagasz przejść? Tak, wtedy “blaszki” na mecie są nic nie warte a Twoim medalem jest zwykłe słowo – dziękuje – które usłyszysz. Co poczujesz gdy Ty, naście miesięcy temu, czułeś to co teraz on czuje. Nie ważne ile razy czułeś niemoc na trasie, ile razy czasem mówiło się, to już koniec, to nie dla mnie. Dobrze rozłożone i wytrenowane siły pozwalają pokonać niejeden, nie tylko biegowy, ultramaraton w życiu. Rób zawsze o krok więcej w życiu choćby miał on wymagać czasem od Ciebie kilkakrotnego podejścia do przeciwnika. Lepsze małe kroczki niż duży skok. Czy więc start w teamie podczas “‘Zamieci” czegoś uczy? Tak, ale pozostawie to dla siebie, bo każdy wyciąga z tego coś co jest dla niego ważne.

Zamieć 2019. Wyniki.

    

 

O Autorze

Mateusz Hyski

Uwielbia biegać ultra. W zasadzie im dłużej, trudniej, tym lepiej. Autor bloga okrokwiecej.pl

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany