[size=x-large]Styrkeprøven – 540 km w kraju wikingów[/size]


Norwegia na rowerze. W sumie 1115 kilometrów. Najpierw spokojna wyprawa, potem wyścig. Norwegia to kraj tak piękny, że wymaga porządnego ocenzurowania. Cenura tu jest dwojaka. Pogoda i ceny. Z pogodą podobno można mieć szczęście, ale prawda jest taka, że 15 stopni oznacza bardzo ciepły dzień. Z cenami już nie ma co liczyć na szczęście. Piwo 0,4 za 30 zł. Ale smakuje bardzo dobrze jeśli się wcześniej odpowiednio popedałuje

Szczęście

Dwa tygodnie przed „Styrkeprøven” miałem swój pierwszy triathlon w życiu. Na szczęście. Dzięki temu nie myślałem o kolejnym wymyśle Grzesia. Co to za wymysł? Wyścig z Trondheim do Oslo. Bagatela 540 kilometrów. Ten wyścig to tak naprawdę wymysł jakichś szalonych potomków wikingów. Grzesia wymysł polegał na tym aby do tych wikingów dołączyć.

Za jakie grzechy?

Mea culpa polega na tym, że kiedyś na piwno-wspomnieniowym spotkaniu 30-letnich licealistów na pytanie „podobno jeździsz trochę na rowerze?” odpowiedziałem „tak”. A potem Grześ, klasowy kolega zaczął wymyślać. Rok temu było 170 kilometrów po różnych Glandonach, Galibie i Alpduezach. Wyścig La Marmotte, czyli mini Tour de France. Teraz miało być jeszcze zabawniej. Problem z Grzesiem jest taki, że dla niego słowo zmęczenie oznacza to samo, co woda dla osoby czołgającej się po pustyni.


Oto ten poszukiwacz zmęczenia, czyli Grzegorz

Podróż

Pociąg do Poznania, samochód do Świnoujścia, prom do Ystad, samochód do Oslo, pociąg do Oppdal, rower do Molde. 60 godzin w ruchu. W Oppdal lądujemy o 5 rano. Czujemy się jakbyśmy wysiedli z kolei transsyberyjskiej. Cicho, pusto i ośnieżone szczyty gór. Maleńka stacja kolejowa jest otwarta choć nie ma w środku żywej duszy – to jednak nie Syberia, to Norwegia. Stacja w środku wygląda jak przytulny dom. Zastanawiamy się czy nie zostać tu na dłużej. Przydałby się jakiś sen. Ale ruszamy póki nie pada. Przed nami cztery dni rowerowej podróży przez fjordy. Następnie dzień odpoczynku. A potem 540 kilometrów na jeden kęs.


Stacja kolejowa w Oppdal

Siedem kilometrów

Tyle trwało nasze rowerowanie. Było przyjemnie. Widoki bardzo ładne. Ale nagle uderzyło, zawiało i zapadało. Schroniliśmy się pod jakimś daszkiem. Było zimno. Nawet bardzo zimno. Najpierw włożyliśmy na siebie wszystko co było do włożenia, potem weszliśmy w śpiwory, potem usnęliśmy na małej drewnianej ławeczce.

Średnia

Dwie godziny snu. Budzi nas cisza. Nie pada. Obliczam w głowie średnią naszej komunikacji rowerowej. Jak będziemy mięć taką na „Styrkeprøven” to wyścig zajmie nam 154 godziny. Słabo.

Wyspa Ciepłego Prysznica

Pierwszego dnia pokonujemy 157 kilometrów. Najpierw przez piękną górską dolinę Grøvudalen, a potem wzdłuż fjordów Tingvoll i Lang. Celem jest wyspa Bolsøya. Mamy tu dwa noclegi. Uzgodnione przy pomocy strony Warmshowers.org, czyli czegoś na kształt klubu rowerzystów-podróżników, którzy udzielają sobie nawzajem gościny. Najdroższy Hilton świata nie może równać się z tym czym jest Warmshowers. Tak jak najszerszy sztuczny uśmiech nie może się równać z najdelikatniejszym prawdziwym – ale ciiiii…. mało osób wie i korzysta z warmshowers.


Most na wyspę Bolsøya

Łosoś w dwóch smakach

Nasi gospodarze to Berry i Robert. Berry przyrządza nam na kolację łososia. Na deser są lody z jagodami. Zakochałem się w tych jagodach! Rozmowy w jadalni trwają do nocy. Aczkolwiek „noc” to raczej kwestia zaufania do zegarka niż wiedzy empirycznej. Zachowuję się niegrzecznie. Nie mogę skupić wzroku na moich rozmówcach. Cały czas patrzę w prawo. Kto to widział żeby w jadalni umieścić taki panoramiczny widok!


Panoramiczna jadalnia

Drabina dla Trolli

Drugi dzień miał taki plan, gospodarze idą do pracy, a my pojeździć na rowerach. Będzie nam łatwiej ponieważ zostawimy bagaże. Berry już przy powitaniu, na progu zapytała nas czy mamy plan na ten drugi dzień. Odpowiedziałem, że szczerze mówiąc to liczyłem na podpowiedź. Berry zatrzęsła się z radości i krzyknęła „Mam tyle pomysłów!”. Berry to Holenderka. Zakochana w Norwegii. Wybrała sobie taką edukację aby w Norwegii znaleźć pracę i zamieszkać. Opowiedziała nam dokładnie, co znajduje się w okolicy. Wniosek tylko jeden: jesteśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. W końcu decydujemy się spędzenie tego dnia w przełęczy Trollstigen.

2 godziny i 53 minuty

Rano gospodarze przewożą nas swoim autem przez tunel pod fiordem. Takie tunele są zakazane dla rowerzystów. Dwa dni spędzone u Berry i Roberta były fantastyczne. Ludzie to naprawdę miłe istoty. Nie mieliśmy nic zaplanowanego na nocleg między wyspą a Trondheim, dlatego Berry szperała dużo w necie aby znaleźć nam coś ciekawego, niedrogiego i zarazem w połowie drogi. W końcu wyszperała nam nocleg na farmie . Tak na marginesie dodam, że Berry to biegaczka. Z rekordem życiowym w maratonie 2:53. Serio! Ale dowiedziałem się, że moje 3:07 – dla amatora, który zupełnie nie dba o systematyczny i metodyczny trening to wynik wyśmienity. Załóżmy, że to nie kurtuazja.

Atlantic highway

Trzeci dzień jazdy to taniec radości z fiordami i oceanem. Jest tak pięknie, że aż ciężko człowiekowi oddychać. Jest też bardzo hopkowato. Na 148 kilometrach robimy ponad 2 tysiące metrów przewyższenia. Jakbyśmy jechali przez górskie przełęcze, a nie wzdłuż brzegu.

Farma

Docieramy do miejscowości z farmą. Właściciel pisze smsa, że na końcu jest 800 metrów stromo pod górę. Grześ uważa, że skoro Norweg mówi, że jest stromo to musi być pionowo. I ma rację. Ale widok z farmy wynagradza trud wpychania rowerów. Norwegia jest nieprzyzwoita.

Trondheim

Ostatni dzień wyprawy, 132 kilometry i docieramy do schroniska w Trondheim. Przez 4 dni zrobiliśmy 575 kilometrów. Mamy więc wyobrażenie jaki dystans czeka nas w sobotę, w jeden dzień. Na razie jednak myślimy o piątku. Czyli całym dniu spędzonym na nicnierobieniu. W piątek do Trondheim przylatuje Marcin. Jak my karmiliśmy fiordy z ręki, Marcin był w Polsce. Jednakże nie próżnował, tylko z drugim Marcinem (Krasuskim) wygrał rajd Adventure Orient 2011. Zwycięstwo obkupił chorobą. Ale chory, niechory „Testu siły”, czyli „Styrkeprøven” odpuszczać nie zamierza.


Z Marcinem na starcie w Trondheim

Kolejny bufet za 90 kilometrów

Start mamy o 7.56. W wyścigu Trondheim – Oslo startuje prawie 4 tysiące dziwaków. Starty odbywają się co kilka minut. Nasza grupa jedzie szybko. Od 60 kilometra zaczyna się stromy podjazd. Marcin i Grześ odpadają od grupy. Grześ daje radę wrócić ale przy kolejnym stromym podjeździe znowu odpada. Docieram na bufet na 110. kilometrze. Grupa niestety jedzie dalej. Prawie wszyscy mają tu wsparcie przyjaciół i rodzin – czyli własne bufety rozstawiane z samochodów obok drogi. W bufecie widzę tabliczkę z napisem, że kolejne jedzonko za 90 kilometrów. Nieźle. Trzeba się najeść. Po chwili wpada Grześ, a po drugiej Marcin. Marcin czuje się źle. Musi zaakceptować oczywisty fakt: chory nie zrobi dzisiaj tego, czego każdy normalny człowiek nie zrobiłby w pełnym zdrowiu.


Autoportret na 110 kilometrze

Jazda

Nie czekam na chłopaków tylko ruszam z bardzo silną grupą. Przed nami wspinaczka na najwyższy punkt trasy. Szybko pokonujemy stromy podjazd. Doskonała zabawa! Jak zwykle gorzej jest na zjeździe. Rok temu, we Francji na podjazdach wyprzedzałem hurtowo, a na zjazdach byłem hurtowo wyprzedzany. Teraz jednak nie odpuszczam mojej grupy. Pędzimy 70 km/h ciasno obok siebie. Niektórzy przy tej prędkości zdejmują nogi z pedałów i rozciągają mięśnie. Na dwusetnym kilometrze bufet.


Rekord

Przed „Styrkeprøven” mój rekord kilometrów pokonanych jednego dnia wynosił 240. Dzisiaj został pobity zanim dojechałem do połowy trasy. Na szczęście bufety są coraz gęściej. Zatrzymuję się na 270. kilometrze i 310. kilometrze. Moja taktyka jest taka: jadę bardzo szybko (średnia ponad 32 km/h) ale długo siestuję na bufetach. Taktyka ma oszczędzać moje pośladki, o które boję się najbardziej.


Autoportret na 310 kilometrze

I’ll be back

Lillehammer, 360. kilometr, kolejny bufet. Idę napełnić bidony i słyszę „Arek!”. Duch! Znaczy Grześ! Ale jak to możliwe? Rok temu we Francji ja zrobiłem 8,5 godziny, a Grześ 11 godzin. Przecież ja jestem prawie Contador, a Grześ to kolarz amator. Przecież widziałem jak się męczył na podjeździe, kiedy ja fruwałem z lekkością kolibra. Jak to możliwe, że sobie tak po prostu przyjechał minutę po mnie! Na dodatek z miną jakby dopiero zaczynał. Okazuje się, że Grześ sjestował krócej, a tempo też trzymał bardzo szybkie. I oto jest. Jako żywy stoi przede mną. Dalej ruszamy już znowu razem. Mamy fajną grupę. Przed nami już tylko 180 kilometrów.

Kochanie, obiad już dochodzi

Od Hamar jedziemy już tylko we dwójkę. Wszystko się porozjeżdżało czy też poginęło w nocnych szarościach. Tylko 120 kilometrów do mety. Tylko 119 kilometrów do mety. Robi się zimno. Ja się na to mocno przygotowałem. Za cenę mało profesjonalnego wyglądu, jechałem z torbą na kierownicy pełną różnego szpeju. Grzesiowi kostnieją ręce. Ale fakt, że jesteśmy razem bardzo pomaga. Robimy długie zmiany po pięć kilometrów. Bufet. 90 kilometrów do mety. 90 kilometrów to dużo? Nie! To tylko 1/6 trasy. 5/6 już za nami. Kolejny bufet. Do mety już tylko 35 kilometrów.

Oslo!

Do Oslo wjeżdżamy autostradą. Zamknięte dwa pasy ruchu, sporo policji. Mamy wrażenie, że jesteśmy bardzo ważni i że dzieje się coś ważnego. Najsłabszym ogniwem mojej maszyny okazały się dłonie i nadgarstki. Te pierwsze nie tylko nie chcą już niczego ściskać, ale nawet dotykać, te drugie nagle poddają się grawitacji i spadają z kierownicy. Ale i tak jest bardzo dobrze. Mięśnie działają, kondycja działa i świadomość też zachowuje się normalnie. O godzinie piątej rano przy pięknym słońcu wjeżdżamy na metę, równiutko koło w koło, równiutko uśmiech od ucha do ucha. Czas 21 godzin i 45 minut. Właśnie przejechałem 540 kilometrów na rowerze! Jestem pewien, że od tej pory na wszystkie odległości będę patrzył w inny sposób.


Arek na mecie


Grzegorz na mecie

Suma

Norwegia na rowerze. W sumie 1115 kilometrów. Najpierw spokojna wyprawa, potem wyścig. Norwegia to kraj tak piękny, że wymaga porządnego ocenzurowania. Cenura tu jest dwojaka. Pogoda i ceny. Z pogodą podobno można mieć szczęście, ale prawda jest taka, że 15 stopni oznacza bardzo ciepły dzień. Z cenami już nie ma co liczyć na szczęście. Piwo 0,4 za 30 zł. Ale smakuje bardzo dobrze jeśli się wcześniej odpowiednio popedałuje.

Film z wyprawy:

Cycyling expedition. Norge 2011. from arrec on Vimeo.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany