[size=x-large]Eksperymentalny skład[/size]

Relacja z trasy Classic na rajdzie Adventure Trophy – Arłamów 2010


Na starcie trasy Classic pojawiliśmy się w eksperymentalnym składzie:
– Basia Muzyka vel Melody’ja – utytułowana biegaczka ultra. 100km poniżej 10h, Rzeźnik hardcore itp. Nie startowała dotąd w rajdach przygodowych.- Bartek Jachymek – truchtacz, rowerzysta. Sporo startów na krótszych rajdach. Z reguły na mecie w okolicach połowy stawki.
Przyjechaliśmy do Arłamowa już w środę. Żeby wyspać się, pokibicować przy starcie Mastersów, przygotować na spokojnie przepaki i pokręcić się po okolicy. W drodze usłyszałem w radiu piosenkę, która w refrenie miała „a rowery jak cielęta leżą nad brzegami rzek”. Przez cały rajd te rowery jak cielęta plątały mi się po głowie.

http://forum.funiaste.net/download/file.php?id=4878&sid=c1bdcd8d2a7aa782c8e935ab49accbd4

Ciekawiło mnie, jak w wykonaniu zespołów 4 osobowych będzie wyglądał 1 etap, czyli BnO na którym zespół może dowolnie rozdzielić między sobą punkty kontrolne. Dziewczyny zaliczyły najbliższe PK i wróciły do strefy zmian sporo przed pozostałymi członkami zespołów. Zrobiło się piknikowo.Zielona trawka, słońce. Tylko rozmowy przez komórki, kto już co znalazł i kogo gdzie trzeba wysłać, zdradzały że w okolicznych krzakach trwa walka na najdłuższej trasie AT, a ten piknik, to centrum dowodzenia rozproszonymi zespołami.

[b]E1 – rozproszone BnO[/b]

Dzień później przyszła kolej na nas. Duże mapy dostaliśmy 2h przed startem i na spokojnie wyrysowaliśmy na nich planowaną trasę. Mapy do 1 etapu rozdano na 10 min przed startem. Do zaliczenia 8 punktów. Ustaliliśmy podział: Basia bierze 4 punkty bliżej startu (2,7,4,3), ja 3 punkty dalej (8,6,1). Kto skończy swoje, ten dzwoni i ustalamy kto weźmie pk5. Po starcie ruszyłem z gromadką innych zawodników którzy przyjęli taką samą kolejność zaliczania punktów. Dwa pierwsze PK poszły łatwo, przy trzecim chwilę starciłem bo zacząłem go szukać za blisko drogi. W końcu znalazłem. Basia szukała jeszcze ostatniego ze swoich, więc PK5 został dla mnie. Znalazłem go, wydostałem się na skuśkę do asfaltu i pobiegłem do bazy. Basia już tam czekała.

[b]E2 – Rolki & Rower[/b]

Po BnO wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy 15km na start etapu rolkowego. Wg pierwotnych planów, mieliśmy ruszyć asfaltem spod bramy ośrodka. Jednak podpatrując inne zespoły postanowiliśmy zjechać po stoku dla narciarzy i na dole wydostać się na drogę przez krzaki. Wyszło średnio bo zjechaliśmy za nisko i trzeba było kawałek podejść. Reszta dojazdu do rolek poszła gładko.

Na rolkach 4 razy tam i z powrotem. Tam pod górę, z powrotem z góry. Na początku po drodze jeździło sporo zespołów. Z biegiem czasu kolejne zespoły wsiadały na rowery i odjeżdżały. Na trasie robiło się coraz luźniej. Pomyślałem, że to będzie strasznie demotywujące, jak okaże się, że kończąc rolki zabierzemy 2 ostanie rowery. Ale nie, jaszcze jakieś leżały a nawet jeden zespół dopiero przyjechał gdy my kończyliśmy.

Po rolkach dosyć długi przelot asfaltem do PK4. Raz pod górę raz z góry. Większość trasy rowerowej na tym rajdzie przejechaliśmy asfaltem. Poza nielicznymi szutrówkami, w okolicy były 2 rodzaje dróg: asfaltowe oraz nieprzejezdne rowerem. Stąd taki wybór wariantów. Prosta nawigacja tylko dużo podjazdów. Zjazdów oczywiście też dużo. Podjazdy idą nam wolno. Takie zresztą było przedstartowe założenie – Basia jest biegaczką więc mamy dać czadu na trekkingach. Etapy rowerowe jeździmy spokojnie. Tak więc póki co, podziwiam widoki, trochę żałuję, że nie wzięliśmy holu i z lekkim niepokojem myślę o następnym etapie. Tam się dopiero zacznie… Łykamy PK4, PK5 i trochę przed g. 20 docieramy na przepak nad Sanem. Zostawiamy rowery
(a rowery jak cielęta) i ruszamy na trekking.

[b]E3 – Trekking[/b]

Zaczyna się sciemniać. Zaczyna się nawigacja po bezdrożach. Basia zaczyna biegać. Krótko mówiąc – koniec rekreacji. Najpierw niebieskim szlakiem pod górę. Gdzie stromo, tam idziemy, gdzie bardziej płasko, tam biegniemy. Wyprzedzamy kilka zespołów. Szlak doprowadza nas do asfaltu, tam kawałek szosą na południe i zaraz skręcamy w zielony szlak na S-E. PK7 ustawiony
jest na małej górce usytuowanej obok sporo wyższego od niej grzbietu. Można albo zejść w odpowiednim miejscu z zielonego szlaku i wbijać się na przełaj na grzbiet, tak żeby trafić tam w okolicach PK7 albo pójść kawałek dalej zielonym, wejść nim na grzbiet i cofnąć się grzbietem do PK7. Gęsta ściana krzaków w którą musielibyśmy się wbić i pokręcona rzeźba terenu spowodowały że wybrałem wariant dookoła. Zwłaszcza, że PK7 nie łapał się jeszcze na dokładne mapy w skali 1:15k, które obejmowały resztę trekkingu. W okolicach PK7 kręciło się kilka zespołów, szukających punktu. Dołączyliśmy do poszukiwań. Co jakiś czas któryś zespół decydował się przyjąć 4h kary i iść dalej bez zaliczenia 7. Cały myk z PK7 polegał na tym, że trzeba było wybrać właściwe miejsce na grzbiecie i zacząć schodzić z niego na SW. Przedzierać się w dół przez krzaki i nie tracić wiary, że wybrało się dobre miejsce. Jeśli wybrało się dobre, to po jakimś czasie teren przestawał opadać, zaczynał się wznosić i trafiało się na małą górkę z PK7 na szczycie. Jeśli wybrało się źle, to można było schodzić i schodzić aż do szosy na Sanok. Najpierw szukaliśmy trochę za daleko, potem sporo za daleko, potem tam gdzie trzeba i znaleźliśmy. Już przed PK7 zaczął dopadać mnie kryzys. Głównie spowodowany szybkim tempem podejścia. Kłopoty ze
znalezieniam punktu (to dopiero pierwszy nocny punkt i od razu problem, zostało jeszcze 8 punktów na tym trekkingu i jak będzie nam szło tak jak z tym, to kaszana) też pewnie trochę się dołożyły. Zeszliśmy na przełaj na zachód do asfaltu i ruszyliśmy w stronę PK8. Robiło się ze mną coraz gorzej aż w końcu przstałem kojarzyć, co się dzieje dookoła. Basia przejęła nawigację i doprowadziła nas na PK8. Dalej ruszyliśmy w grupie 3 albo 4 zespołów. Ja w charakterze zombie drepczącego grzecznie, gdzie prowadzą. Szliśmy, szliśmy i po pewnym czasie okazało się że wyszliśmy w maliny. Za bardzo na zachód. Zespoły przyjęły różne strategie wybrnięcia z opresji i
grupa się rozdzieliła. My zostaliśmy z zespołem Hades Sklep Podróżnika czyli Bartkiem i Konradem – organizatorami niedawnych Wertepów-Telepów. Konrad walczył ze sleep monsterem, a Bartek nawigował i wyprowadził naszą czwórkę na PK9 a potem PK10, gdzie była przeprawa przez San na tratwie z dętek.
Przyszliśmy w 2 zespoły razem, więc obsługa przeprawy zarządziła, że na przeprawę mamy wymieszać zespoły. Najpierw popłynęła Basia z jednym z Hadesów. 15-20 min odpoczynku w czasie czekania na swoją kolej wystarczyło, żebym wrócił do rzeczywistości. Po drugiej stronie Sanu raźnie ruszyliśmy w kierunku PK11 i znaleźliśmy go bez problemów. W połowie drogi do PK12 zaczęło świtać. Bartek i Konrad zostali gdzieś z tyłu. Kolejne punkty wchodziły gładko. Przez przełęcz, w dół wzdłuż strumienia, przeskoczyć strumień i na szczyt po drugiej stronie wąwozu (PK13), w dół, przeskoczyć strumień i w górę na szczyt po drugiej stronie (PK14), grzbietem nad brzeg Sanu (PK15 – tyrolka). Między PK13 a PK14 spotkaliśmy weteranów z Compass-Mareto 2 i wspólnie przemieszczaliśmy się prawie do samej tyrolki. Tuż przed tyrolką panowie zastosowali strategiczny wariant na skróty przez krzaczory, który dał im pierszeństwo w kolejce do przeprawy przez San. Na przeprawę czekały już 4 inne zespoły więc mieliśmy przymusowy odpoczynek. Gdy nadeszła nasza kolej, pojawili się Marcin i Olek z Sherpas/Niezła Korba. Myślałem, że są gdzieś daleko przed nami a tu niespodzianka. Zjazd tyrolką bardzo malowniczy. Po drugiej stronie czuliśmy już bliskość przepaku i zapowiadanego ciepłego posiłku. Ruszyliśmy biegiem wzdłuż brzegu. Na początku wydawało się, że to tylko chwila i będziemy na miejscu. Potem teren zrobił się trudniejszy i musieliśmy sforsować kilka upierdliwych wąwozów. W końcu dotarliśmy na kemping, gdzie rowery jak cielęta. Na przepaku dostaliśmy mięso z ryżem i gorącą herbatę. Basia powiedziała, że idzie się wykąpać i gdzieś zniknęła. Potem wróciła i mimo to była wcześniej gotowa do dalszej drogi niż ja. Czary jakieś.

[b]E4 Rower[/b]

Trasa z przepaku na PK17 to najpierw długi przejazd asfaltem a potem podejście pod górę ścieżką. Na asfalcie jechaliśmy powoli. Basi odnowił się jakiś problem ze stopą który nie przeszkadza w chodzeniu i bieganiu ale przeszkadza w pedałowaniu. Dojechaliśmy do wsi Paszowa i skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą na szczyt góry. Nad górą krążyły 2 szybowce. Ścieżka to nie byle jaka. Na potrzeby zawodów została specjalnie dorysowana do mapy i na odprawie podkreślano, że ona tam jest. Była. Na początku przejezdna rowerem, potem robiło się coraz stromiej, a drogę zagradzało coraz więcej zwalonych drzew. Na szczycie był PK17, wyrzutnia dla szybowców i coś jakby hotel. Szkoda, że nie mieliśmy czasu zostać dłużej i obejrzeć wyrzutnię w akcji. W hotelowym barze kupiłem Colę i zjechaliśmy asfaltową drogą do wsi Bezmiechowa. Dane ze zjazdu: Vmax 67km/h i 53km/h przy ograniczeniu do 15km/h 🙂 Potem na zachód do torów, kawałek polną drogą wzdłuż torów i PK18 w tunelu pod torami jest nasz. Do Kamienia Leskiego gdzie czekają na nas zadania linowe został rzut beretem. Skałę widać było już z drogi i prezentowała się bardzo malowniczo. Wg opisu zadań specjalnych, mieliśmy pokonać dwie z trzech dróg wspinaczkowych o trudności III – IV UIIA. Na miejscu okazało się, że jest tylko 1 droga. Trzeba wejść i zjechać. Nie znam się na oznaczeniach trudności, ale trudno nie było. Do wykonania przez kogoś, kto nie ma pojęcia o wspinaczce, jest zmęczony i na nogach ma SPD. Na podobne fragmenty można trafić w Tatrach na szlakach turystycznych. Tylko na szlaku byłby w tym miejscu łańcuch, a tu nie było. Po zaliczeniu skałki, pojechaliśmy przez Zwierzyń do PK20. Trasa wiodła bardzo malowniczymi drogami wzdłuż Sanu a potem jeziora Myczkowieskiego. Punkt był przy brodzie przez Bereźnicę. Niestety po naszej stronie i nie trzeba było przechodzić przez wodę. „Niestety” bo od razu pomyślałem o podążających gdzieś za nami organizatorach Wertepów. Oni lubią wodę :-> Na etap kajakowy pojechaliśmy dookoła przez tamy w Myczkowicach i Solinie, bo liczba poziomic na g. Berdo nie wyglądała zachęcająco.

[b]E5 Kajaki[/b]

Kajaki jak to kajaki. Mocarzami w wiosłowaniu nie jesteśmy więc poszło dosyć wolno. Statek wycieczkowy uparcie pływał dookoła nas i robił fale. Spotkaliśmy znowu Sherpas/Niezła Korba którzy deptali nam po piętach.

[b]E6 Rower[/b]

Ten etap to długi przelot do Arłamowa z jednym PK po drodze. Problem ze stopą Basi nasilił się i większość podjazdów podchodziliśmy. Sherpas/Niezła Korba nas wyprzedzili. Przed Ustrzykami Dolnymi, razem z Polsko-Czeskim zespołem Siesta Addventure wstąpiliśmy do sklepu uzupełnić napoje. Ze stopą było kiepsko i Basia zaczęła popłakiwać w czasie jazdy. Gdy doleciały do
mnie słowa które mówiła do samej siebie „ja już nie dam rady”, „nie ukończę tego rajdu” itp. pomyślałem, że jest na prawdę kiepsko i zacząłem kombinować co by tu zrobić, żebyśmy jednak zaliczyli wymagane minimum z ostatniego etapu pieszego i byli sklasyfikowani. Dojechaliśmy do skrętu na PK25 i zobaczyliśmy „żwirową” drogę pod górę. Żwirową w cudzysłowie, bożwir był wielkości pięści. Ledwo dało się po tym jechać i miało być tego 8km. Żeby ratować szansę na to, że damy radę jeszcze wyjść na ostatni etap, zaproponowałem opuszczenie tego PK i jazdę wygodną drogą do Arłamowa. I tu zdziwko – zapłakana Basia spojrzała na mnie jak na idiotę i zdecydowanym głosem powiedziała „No co ty, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Zbieramy wszystko.” Potem ruszyła pod górę po kamieniach. Skoro tak, to dobrze 🙂
Szczęśliwie, kamienie skończyły się po ok 1km i dalej był normalny asfalt. Przy PK25 zaczęło się sciemniać – nasza druga noc na trasie. Wg pierwotnych planów, dalej mieliśmy teraz jechać kawałek niebieskim szlakiem a potem leśną drogą na skróty do asfaltu. Ale gdy przed startem malowałem trasę flamastrem, to nie wiedziałem jeszcze jak wyglądają tutejsze leśne drogi. W dodatku zapadał zmierzch. Dlatego pojechaliśmy dookoła przez Ropienkę i Wojtkówkę. W pewnym momencie Basia zapytała ile jeszcze km nam zostało. Powiedziałem że 10km, a chwilę potem przy skręcie w Jureczkowej był drogowskaz „Arłamów 11km”. Ubzdurałem sobie, że muszę być gotowy na kolejne pytania o to, ile jeszcze zostało i co więcej, muszę  rozłożyć ten dodatkowy kilometr równomiernie na całą trasę, bo inaczej Basia zorientuje się, że coś się nie zgadza. Wyszło, że 1km moich zeznaniach musi odpowiadać 1.1km na liczniku rowerowym. Co chwila mi się te obliczenia myliły. Ciężko się liczy po 31h rajdu. W dodatku w Kwaszeninie przegapiłem skręt w lewo i nadłożyliśmy kilkaset metrów, zanim się zorientowaliśmy. W końcu, trochę przed 22, przyjechaliśmy do bazy, gdzie czekał na nas park linowy.

[b]Park linowy i spanie[/b]

Dotąd wydawało mi się, że dobrze się trzymam. To były tylko pozory. Przejście po trójkątach w parku linowym wystarczyło żebym zmienił się we wrak napieracza. Ze dwa razy o mało z tego nie spadłem, raz utknąłem i myślałem, że nie da rady, żebym przeszedł na następną linę. Po przejściu parku linowego nadawałem się już tylko do tego, żeby iść spać.

Trójkąty wyglądają tak:
http://pk4.pl/spis-tresci/banda-lysego-rysunki/banda-lysego-park-linowy/

Za to Basia odzyskała wigor. Skakała po tych wszystkich linach, trójkątach, belkach i innych takich, jak wiewiórka. Podobno to ma coś wspólnego z ćwiczeniem jogi. Chodziłem kiedyś na jogę. Widocznie za mało. Pamiętaliśmy, że pierwszy trekking był ciężki nawigacyjnie więc uznaliśmy, że nie ma sensu ruszać po ciemku na drugi. Postanowiliśmy przespać się i ruszyć o świcie z nowymi siłami. Po parku linowym zasypiałem na stojąco zanim dotarłem do śpiwora. Basia przejęła dowodzenie przepakiem. Tu położymy rowery, to zostawiamy, to bierzemy, nastaw budzik na 3:30, masz tu bułkę do zjedzenia – wychodzi doświadczenie matki w kładzeniu dzieci spać. O 3:30 zadzwonił budzik. Chwilę zajęło zanim skojarzyłem, że jestem w bazie rajdu. Następną chwilę – że nie jesteśmy po rajdzie tylko w trakcie. Doleciał mnie głos Basi proponujący jeszcze 0.5h snu. Zgodziłem się i natychmiast zasnąłem. O 4 znowu pobudka. W ręku dalej trzymałem bułkę – wieczorem zasnąłem przed zrobieniem pierwszego gryza. Zjedliśmy co mieliśmy i ruszyliśmy na ostatni etap.

[b]E7 Trekking z OSem[/b]

Mieliśmy znowu dużo sił. Poranna mgła malowniczo zalegała w dolinach. Było super. W drodze do PK28, niedaleko bazy, natrafiliśmy na 2 postacie zawinięte w NRCty, śpiące na poboczu drogi. Później dogadaliśmy się z Marcinem (Sherpas/Niezła Korba) że to byli oni. PK28 znaleźliśmy po krótkim czesaniu krzaków. Przez poranną rosę, kompletnie przemoczyłem buty. Miałem zapasowe skarpetki w plecaku, ale uznałem że skoro to już ostatni etap, to nie chce mi się zmieniać. Wracając z PK28 minęliśmy znajomych Compass-Mareto 2 którzy szli po ten punkt. Do PK 29 najpierw z powrotem drogą na północ, potem na skróty na północ do asfaltu, dalej 3 zygzaki asfaltem i leśną drogą na wschód w kierunku punktu. Przy punkcie – znowu Compass-Mareto 2. W drodze do PK31 spotkaliśmy kolejnych starych znajomych z pierwszego trekkingu – Bartka i Konrada. Szli asfaltem w przeciwną stronę niż my. Zastanawialiśmy się, skąd i dokąd oni mogą iść w tym miejscu i w tym kierunku. Minęliśmy się i zaraz potem my skręciliśmy na północ, żeby grzbietami przez Wielką Pasiekę i Małą Pasiekę dojść do PK30. Po krótkim czasie Bartek i Konrad nas dogonili, a przy samym punkcie pojawili się też panowie z Compass-Mareto 2. Sądząc po kierunku z jakiego przyszli i na PK29 i tu, preferowali warianty na skróty. Czasowo, wychodziło podobnie. Trasę w rejon odcinka specjalnego, zamiast trzymać się żółtego szlaku (i kreski flamastrem), pokonaliśmy wariantem autorskim. Wykombinowaliśmy sobie, że idąc drogami na zachód od żółtego szlaku, zaoszczędzimy na przewyższeniach. I zaoszczędziliśmy, tylko drogi najpierw były, potem się rozmyły i przedzieraliśmy się przez las. Zajęło nam to masę czasu. OS zaliczyliśmy bez większych problemów w kolejności A-D-C-B-E. Na D spotkaliśmy Bartka i Konrada. Oni właśnie kończyli OS i powiedzieli że szli żółtym szlakiem. To oznacza, że wtopiliśmy na autorskim wariancie ok 30-40 minut. Z kolei na punkcie E – naszym ostatnim, spotkaliśmy 2 mixy ze stajni Funexsports. Oni dopiero zaczynali OS. Na koniec OSu zaczął padać deszcz. Intensywny ale krótki. Całkiem miłe odświerzenie. Został nam do zaliczenia już tylko PK31 i meta. Trasa na ostatni punkt prowadziła najpierw długo szutrową drogą, potem kawałek grzbietem. Chmury na niebie straszyły, że zaraz zacznie lać. Nie przejmowaliśmy się tym. Jeszcze ze 3h i będziemy na mecie. Może być ulewa, gradobicie i trzęsienie ziemi – nic nas nie zatrzyma. Przemoczenie butów rosą na początku etapu zaczęło dawać o sobie znać. Na razie w postaci lekkiego pieczenia stóp przy chodzeniu. Żeby pokazać stopom, że łatwo się nie poddam, zaproponowałem Basi bieganie. W końcu mamy kawałek dobrej drogi. Nie chciała. Nawet się ucieszyłem, tak na prawdę, wcale nie chciało mi się już biegać.  Wejście na PK31 poszło bez problemów. Za to wydostanie się z niego to długa historia. Wg planów mieliśmy cofnąć się kawałek grzbietem do drogi którą przecięliśmy idąc na punkt i tą drogą zejść na wschód do asfaltu. Kłopot w tym, że idąc na punkt, nie przecinaliśmy żadnej drogi. Skoro jej nie ma, to pozostaje zejść do asfaltu na wprost przez las. Cały czas w dół, cały czas na wschód. W drogę idącą w poprzek, nie da się nie trafić. Tylko, że teren stawiał opór. Krzaki, zwalone drzewa, wąwozy. 1.6km zajęło nam prawie 40 minut. Ten odcinek nie przypadł Basi do gustu. Odzyskała humor dopiero jak wyszliśmy na asfalt. Za to mi się wtedy pogorszyło. Póki przedzieraliśmy się przez krzaki i przeskakiwaliśmy zwalone drzewa, to nie czułem, że bolą mnie stopy. Dopiero monotonne człap, człap po drodze zrobiło się trudne. Zacząłem zostawać coraz bardziej z tyłu. Na szczęście to już ostatnie kilometry. Przed samą metą, pod wpływem dopingujących okrzyków Basi,
zmusiłem się do paralitycznego truchtu.

I tak, o 15:19, 40min przed limitem czasu, pojawliśmy się na mecie. Naszym planem było dotrzeć do mety zaliczając wszystko. I udało się. Będąc na trasie, nie mieliśmy pojęcia jakie miejsce zajmujemy. Cały czas byliśmy blisko limitów. Przez większość rajdu mieliśmy ok 4-6h zapasu do limitu, ostatni etap robiliśmy z 1-2h zapasem więc wiadome było, że jesteśmy blisko końca stawki. Ale mieliśmy komplet punktów. Okazło się, że dało nam to 2 miejsce w MIXach.

Bartek Jachymek

O Autorze

Avatar

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany