[size=x-large]Obdarty z psychiki, czyli 240 km do mety[/size]

[i]Rudemu[/i]


Z nieskrywaną radością porzucam rower po przeszło 9h na siodełku, po czym ufnie wierząc w swe piesze możliwości zaczynam truchtać. Tak, tego było mi trzeba, spokojnie, luźno, precyzyjnie wypracowaną na treningach techniką szybkiego poruszania się przy minimalnych wkładzie energii własnej rozpoczynamy 10 kilometrowy Bieg na Orientację. Ile to jest 10 kilometrów? Czy to dużo? Absolutnie nieświadom czekającej mnie przygody, amatorsko ufny swym wynikom z bieżni, pełen pobudzanego endorfinami optymizmu obstawiam 1h. Ha! Nadzieja matką głupich (i niedoświadczonych)! na tym wydawałoby się krótkim odcinku otrzymałem pierwszą i najbardziej dosadną w swej formie lekcję rajdowania. A wszystko szło tak pięknie…1 punkt pod półką skalną odnajdujemy szybko i nawet bez większych poszukiwań. Ruszamy na drugi, równo i mocno pokonując następujące po sobie zbiegi i podbiegi licznych tutaj wąwozów, jarów, dolinek i innych przeróżnych form ukształtowania terenu o charakterze mocno pofałdowanym. I wszystko szło (biegło) w gruncie rzeczy dobrze, gdy w pewnym momencie Rudy zatrzymuje się by dokładnie zlokalizować swoją pozycję. Stoję obok niego, kierunek działa więc walimy, jest punkcik, podbiegam pod górkę i….STOP! Tak, to tutaj, no może 500 metrów dalej lub bliżej, gdzieś na tej górce, za półką skalną na której był punkt dopada mnie masakryczna zwała – czas mija przerażająco wolno, Rudy porusza się jakoś tak nierealnie szybko i te jego nawoływania do biegu na które reaguję odmienioną w trybie rozkazującym formą wulgarnego czasownika. Nie, nie jest źle z łydką, podaję nawet bardzo dobrze, ale coś się dzieje w głowie, jakbym dostał bejsbolem – zmętnienie, coś na kształt przepalenia, zmęczenia materiału, wypaczenia, przez chwilę nie mogę skontaktować w którą stronę mam się poruszać, nie wiem nawet czy stoję czy siedzę. Ruszam do przodu bo gdzieś tam mignął mi Rudy, postanawiam Go bezwzględnie dogonić i poprosić o kilka minut snu, o krótki odpoczynek. Jakimiś nieziemskimi siłami dociągam do niego i już mam mu mówić że nie mogę, że mózg mi nawalił, że nie mam sił i w ogóle, że mam w szczerym poważaniu te cały rajdy, to całe adventure co to człowieka w skrajności wrzuca i psychikę z największym wyrafinowaniem gwałci, że jak tu stoję tak mają mnie do domu zawieźć, że…..Rudy zaczyna biec….z każdym jego krokiem siadam coraz bardziej, z zamierzonej wiązanki wychodzi bełkotliwy potok ni to bluzgów ni to konkretnych zdań przerywanych gorzkimi splunięciami. Nic to, trzeba ciągnąć za nim, nie pierwszy raz zaciśnięcie zębów jest najskuteczniejszą metodą napierania.

Nie przez przypadek postanowiłem rozpocząć swą relację od tego pamiętnego BnO, który zamiast zamierzonej godziny robiliśmy przeszło 2,5 h. To właśnie tutaj, niesłychanie mocnym akcentem, rozpocząłem w sposób dosadny i na swój sposób konkretny przygodę z AR. Bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności ostateczna decyzja o starcie zapadła na 3 dni przed Orłem po telefonie od Rudego. A więc trasa wyczynowa – 237 km, z niedowierzaniem spoglądałem na schemat trasy pełen dłuuugich przelotów. I ten nocny pieszy po dolinkach podkrakowskich. Bajka! Po prostu bajka!
I już start, łydki podpięte ostrogami, jakiś taki delikatnie nabuzowany jestem, rześki poranek i poooszli , ekipy rozbiegają się we wszystkich możliwych kierunkach na półtorakilometrowy parkowy BnO. Pierwsze 500 metrów i już wiem, że butów suchych mieć nie będę. Po raz pierwszy pada bezduszne “nic to”, później niezliczoną ilość razy wymieniane przy każdej możliwej sytuacji obfitującej w charakterystyczne dla AR przełamania. Kilkanaście minut i po robocie, zaczynamy długie 130 km na rowerach. Czas mija niesamowicie szybko, podjazd, zjazd, błoto, asfalt, znowu błoto, asfalt, jeszcze większe błoto i kolejne “nic to”, na drodze grzybiarze pełni ciekawych refleksji o naszym marnym losie. Na dosłownie kilometr przed kajakami popełniamy dużą gafę nawigacyjną w wyniku której tracimy ok. 15 minut na przeciskaniu się przez trzcinowe gąszcza. Jeszcze Rudemu urywa się rurka od bukłaka i lakoniczne, tym razem w licznym towarzystwie pań lekkich obyczajów z obydwu stron “nic to”. Kajaki mocno, żwawo i chyżo – nadrabiamy kilka minut. Do pierwszego ZS’u jedziemy głównie asfaltami, co rusz wspinając się gdzieś (zamek Tęczyn), zjeżdżając i ponownie wspinając. Na wspinaczkę pakujemy się, że tak powiem od dupy strony przeciskając się przez liczne chaszcze i rzeczułkę. Wybrany przez nas wariant wykonania ZS’u to klasyczna rozpieraczka – zajmuję nam kilka minut i już walimy dalej. Stratę sprzed kajaków udało nam się już wyzerować, więc z nieskrywaną radością jedziemy w kierunku opisanego wcześniej BnO. Na tymże odcinku przyszło mi zdecydowanie najczęściej wypowiadać sakramentalne “nic to”. Częstokroć, praktycznie zawsze, dochodziło do tego kilka pewnych niecenzuralnych sformułowań. Od tamtej pory to klasyczne już dwuwyrazowe stwierdzenie określające pewnego rodzaju przełamanie, antykonformistyczne poddanie się celowi jakim było dotarcie do kolejnego PK, stanowiło jakby cel sam w sobie, cel napierania. Pamiętam, że za każdym razem starałem się odpowiedzieć sobie po co ja właściwie biegnę to przeklęte BnO. Ot tak, po prostu – może banalnie, ale tak właśnie wyglądała moja odpowiedź. I ta odpowiedź pchała mnie do przodu.

Na godzinkę przed zmrokiem kończymy ten odcinek i z radością witam swój rower. Nieprzeniknione ciemności witają nas jeszcze przed dojazdem do Przepaku. Razem z pierwszym teamem ZHP NONSTOP (Marek i Stasiu) ciągniemy nasze rumaki pod ostatnie wzniesienie i już tylko zjazd do Szkoły Podstawowej w Paczółtowicach, gdzie oddajemy się w pełni zasłużonemu posiłkowi. Jest dobrze, makaron, batoniki, wafelki – napycham się mocno – wszak przed nami 37 km nocnego poniewierania się po uroczych dolinkach podkrakowskich. Do tego suche ciuchy i ogólne przekonanie, że w butach jestem lepszy niż na rowerze pozwalają optymistyczne spojrzeć na czekającą nas noc. W ogólnej, dosyć głośnej aurze lokalnego pokazu sztucznych ogni dochodzimy szybko do kolejnego, najciekawszego na trasie ZS2 – Penetracja jaskini. Niesamowita sprawa, prawie 20 m zjazdu po linie w tym 10 m w jaskiniowej studni i trudne, mocno bulaste wyjście z powrotem porządnie dają mi w kość. To mój słaby punkt – zdecydowanie wymagający dużo pracy i “dotrenowania”. Czekamy z Rudym na Marka i Stasia, po czym żwawo ruszamy na kolejny PK i niespodzianka – centralnie na drodze staje nam twór o obcojęzycznej nazwie “Kraków Valley Golf & Country Club”. Ogólnie po analizie możliwych wariantów obchodzimy pole golfowe od północy. Kolejne punkty zaliczamy dosyć szybko i sprawnie. Mimo dość mocnego tempa niebezpiecznie zbliżamy się z kolejnymi punktami do granicy limitu czasowego tak jeszcze odległego na rowerach. Gdzieś ktoś mówi o jakichś dodatkowych godzinach ale jest to raczej nierealne. Nic to, wszak napierać trzeba. Świt wita nas w Dolinie Będkowskiej, tam też Marek i Stasiu zwiększają tempo i podczas najdłuższego (7,5 km) przelotu na etapie pieszym robią nad nami przeszło 20 minutową przewagę. Dobrze, niech cisną! Robi się niebezpiecznie wręcz sennie, za spokojnie, chociaż ciągniemy mocno, wariant jest jakiś taki prozaiczny, dekoncentrujący, zwykły – w 90% prowadzi asfaltem. Bajecznie piękna, opadająca ku nam skalnymi turniami, skąpana w słonecznej mgiełce świtu dolinka, kusi odpoczynkiem. Odpoczynkiem oznaczającym koniec. Nic to, nie poddajemy się, mimo niezliczonej liczby sposobności ku temu . Moja “pierwsza” dwudziesta czwarta godzina na rajdzie mija na ZS3 – przeprawie linowej w skalnym cyrku. Potrzebowałem takiego pobudzenia, rześkiego i konkretnego niczym wiadro wody w twarz. Późniejsze moczenie butów w porannej rosie jeszcze dobitniej wybija mnie z jakiejkolwiek potrzeby snu. Tymczasem czas mija nie ubłaganie i zdecydowanie za szybko. Na przepaku mocny wypał adrenaliny – jesteśmy ostatnim zespołem, który walczy! A więc jednak, ale się buzuję! Kilka minut na zmienienie ciuchów, uzupełnienie camelów, batonik i już robimy ostatnie rowery – 40 km. A tu góra i dół, asfalt i pełne słońce, strużki potu i co rusz łyczek iso. Niby proste podjazdy, a ja pcham rower, łydka po dobie siłowania też już nie podaję tak jak trzeba. Ostatni podjazd masakrycznie się dłuży. Rudy wjeżdża spokojnie i gestami ręki nawołuję do przyciśnięcia – ależ on ma moc! Przepak – tym razem ciskam rower do boksu – mam go akuratnie i bezwzględnie dość. Na tym rajdzie już sobie nie pojeździmy. Przed nami 20 km ostatniego treku, w tym lekko, zwabnie i powabnie brzmiący Odcinek Specjalny, ironicznie wręcz krótki – 4,5 km. Ile można robić 4,5 km? Kolejny raz, niepomny doświadczeń sprzed 20h, ufnie wierząc w wyniki płaskich treningów, stawiam max. 1 h. Tymczasem OS, to kompletnie pokręcone zadanie dla wzrokowych szperaczy. Wcale nie jest łatwo, mimo wszystko, wyszukiwać w gęstej, zielonej toni biało-czerwonych wstążeczek. Zwłaszcza, że czasami, ot tak, znikały i tylko pradawny instynkt psa-tropiciela ratował nas przed bezradnym rozpoczęciem szukania tych, jakże %^$#@#$, wstążeczek pod ziemią. Czuję ból….Amatorszczyzna!!! z nieskrywaną wściekłością pluję sobie w twarz – nie zmieniłem skarpetek na przepaku i czuję jak palą mi się stopy, jak milimetr po milimetrze odpowiadają zapotrzebowaniem na suchość, w postaci bolesnych odcisków. Żeby nie było za lekko, organizator postawił nam na drodze jeżyny z genetycznie zmutowanymi kolcami, skierowanymi bezpośrednio w zbliżającą się nogę napieracza, ustawione w najbardziej strategicznych miejscach i kazał założyć na ten etap krótkie spodenki (tak sobie to wtedy tłumaczyłem). Boleśnie zaciśnięte zęby i kolejne “nic to”. Wydaję mi się, że zrobiliśmy już ponad 15 km, gdy docieramy do końca OS’u. Masakrycznie odrapani, wściekli, bo przedzieranie się przez las zajęło nam ponad 2,5 h. Dochodzimy tutaj Marka i Stasia, którzy jednak szybko nam uciekają. Przekroczyliśmy już limit, ale możemy pruć dalej. Zaczyna się szaleńcza pogoń z czasem, do zrobienia prawie 16 km, a do limitu tylko półtorej godziny. Ból nadwyrężonego kolana, jakieś tajemnicze zwidy i wątpliwości, czemu my nie idziemy wzdłuż tych linii energetycznych, których przecież wcale tutaj nie ma. I dlaczego na mapie ten punkt jest tak blisko a my idziemy tak długo. I czemu czuję każdą komórkę mojego ciała….Dochodzimy do kolejnego punktu….znów po limicie…. jestem zastygły, mój organizm to ból, patrzę na opuchłe kolano, na odrapane, gdzieniegdzie zalane krwią nogi, na zegarek, do którego czuję teraz irracjonalny gniew, na Rudego….. chwila bezsensownego szarpania się z własnymi myślami….schodzimy z trasy. A więc to jest koniec? Po 230 km wyrywania sobie wnętrzności i psychicznego gwałtu?…..nie mogę powstrzymać łez…. idziemy nie odzywając się słowem. Mocno to przeżywam, naprawdę bardzo mocno i dogłębnie…nie mogę zrozumieć…tak blisko. Rudy pierwszy się odzywa, widzę, że też bardzo to odczuwa. Zaczyna mówić, a ja słucham go oniemiały i chłonę każde słowo. Mówi o porażce, o zmęczeniu, o doświadczeniach….powoli rozumiem sens tego zejścia. Zejścia które z jednej strony było porażką a z drugiej sukcesem. Nie mówię już “nic to”, bo cały ten rajd był czymś znacznie więcej niż tylko okrutnym popychaniem się lakonicznie brzmiącą gadką – motywacją. Zrozumieją Ci, którym dane było nie ukończyć swej przygody, zwłaszcza debiutanckiej, tak jak w moim przypadku. Mówię wam – Rudy to jest mocarz! Dzięki ogromne!
Na kilkanaście minut przed zamknięciem mety wpadają Marek ze Stasiem. Cieszę się jak dziecko, że chłopakom się udało. Gratulacje!!! A ja…przeżyłem swoją pierwszą wielką przygodę…i….nie mogę się doczekać następnej:) A tak ogólnie to fajne to AR jest.

Andrzej Brandt “Czarny” – ZHP NONSTOP ADVENTURE

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany