[size=x-large]Relacja z trasy mieszanej Harpagan 31[/size]

Bożepole Wielkie 21-23 kwietnia 2006r.


Obserwuję mocno… poirytowany jak popiół z papierosa jednego ze stoczniowców spada na tylną oponę mojego roweru. Wstaję i stanowczym głosem, przekrzykując szum pociągu, namawiam podchmielonego robola, aby skonczył jarać, albo przynajmniej kiepował za okno. Półłysy kurdupel, odważny po kilku puszkach browara z ‚biedronki’ zaczyna się na mnie drzeć i poszturchiwać. Na szczęście dwaj jego kumple ze stoczni uciszają go krótko: ‚zamknij ryj i siodoj na dupie’!. Chwilę później zbieram się do wyjścia.
Stacja w Bożympolu Wielkim. Z pociągu wysypują się harcerze. Z wielkimi plecakami poobwieszanymi wszystkimi kubkami, menażkami i termosami jakie każdy miał w domu wyglądają, jakby jechali na miesięczną ekspedycję, a nie na dwudziestoczterogodzinnego harpa. Jak mawia Drewniak (Damian Gruszecki – napieraj.pl): ‚świat dzieli się na turystów i ścigantów’. Reprezentujemy dwie różne grupy.
W bazie czeka już na mnie Grzesiek Łuczko (znany również jako ‚qwerty’). Analizujemy listę startową trasy mieszanej. To na niej spróbujemy swoich sił. Andrzej Chorab, Drewniak… Poza nimi nie widzimy nikogo, kto mógłby nam dołożyć 😉 Lokujemy się na sali gimnastycznej, koło nas organizują się Ukraińcy-Tarik z kolegą. Przywieźli nam mapy i inne informacje o interesującym nas rajdzie AR w dolinie Białego Czeremoszu. Bardzo szybko znajdujemy wspólny język (angielski 😀 ) z braćmi Słowianami. Coś pasowałoby przekąsić, lokalna dziewczyna daje mi cynk o domowej cukierni i za chwilę wracam z pół kilo pysznych, ciepłych jeszcze, chrupiących ciasteczek z dżemem… Wcinamy z Grzesiem aż nam się uszy trzęsą. Jakiś czas potem zjawia się Andrzej, podobno nie chce raczej biegać. Bla, bla, bla… Wszyscy tak mówią 😉 Pojawia się w końcu Drewniak. Bardzo chcę pokonać Damiana, nie wiem czemu akurat od niego chcę być lepszy. Chyba mam jakiś kompleks Drewniaka, może mi z Bergson Winter Challenge zostało 😉 Życie jednak trochę komplikuje mi sprawy-Drewniacki nie wziął kompasu, chce ponapierać z nami. Super, bardzo fajna ekipa nam się zebrała, ale ze ścigania nici. Przynajmniej na części pieszej.
Wychodzimy na start. Dookoła ponad 600 zawodników, pierwszą pętlę robimy wspólnie z trasą pieszą. Odbieramy mapy i profilaktycznie rozglądamy się za Andrzejem. Mimo, że w naszej trójce średnia wieku wypada poniżej 20lat to umiejętności nawigacyjne Drewniaka i Grześka są niezłe. Ale lepiej zacząć z kimś pewnym. START! No cóż biegniemy sami. Przy pierwszym zakręcie łapiemy jednak Andrzeja i dalej pomykamy już we czwórkę. Wokół sami biegacze, nadają bardzo mocne tempo już od początku. Kurde! Ja nie wytrzymam tak przez 50km! Ale nie mam zamiaru marudzić już od startu, więc jakoś się trzymam. Po kilku km droga już nie jest tak oczywista, prowadzące zające stają niepewnie, Andrzej tylko szepcze: ‚tutaj odbijmy’ i zmykamy w lesie. Chwilę poźniej już widać za nami setki czołówek, znowu wyprzedza nas zgraja chartów. Mapa nie zgadza się z rzeczywistością, Sugeruję intuicyjnie Andrzejowi wariant, on namierza nas na mapie i chwilę później zmykamy za skarpą zostawiając wieeeelki tramwaj w oczekiwaniu na decyzję Bogusia Trzaski i Andrzeja Olecha, którzy to przyciągają do siebie jak magnes takich ja jak kiepskich orientalistów z dosyć dobrą formą. Widać światła, jest punkt. Obsługa informuje nas, że jesteśmy pierwsi. Szybko podbijamy karty i zmykamy, żeby urwać się ponad pół tysiącowi rajdowców.
Dalej biegniemy. Tempo jest mocne. Andrzej chce, żebyśmy definitywnie na dłużej urwali się tramwajowi. Nagle markotny jakoś od początku Grzesio mówi mi, że musi sie zatrzymać i skoczyć w krzaczki. Mówi, że jak chcę to mogę biec z Andrzejem i Drewniakiem. Od początku założyliśmy, że startujemy indywidualnie, ale fajnie byłoby harpa zrobić razem. Postanawiam zostać, nie wiem jakie tempo będą mieli Andrzej z Drewniakiem, a po drugie trzeba się przed tą ewentualną Ukrainą zgrywać 😉 Z żalem spoglądam za oddalającymi się kolegami, przyjechałem się ścigać na 101%, to mój ostatni start przed majową maturą. Następny dopiero w czerwcu… Grzesiek kończy postękiwania i ruszamy dalej. Popędzam ostro partnera, bo wiem, że na treku to on by nas wszystkich razem wziętych zajechał-bez problemu pociagnie jakiś czas 5min/km, aby dogonić liderów. Po kwadransie mamy ich z powrotem koło siebie. Andrzej pyta się: ‚wariant północny czy południowy?’. Ja proponuję północ, Drewniak południe. Obaj polegamy tylko na wyczuciu, ciężko powiedzieć, którędy lepiej napierać. Decydujemy, że atakujemy punkt ‚od góry’. Kawałek dalej okazuje się, iż ten ‚mój wariant’ to nie był dobry pomysł. Błądzimy. Uderzamy w przecinkę, tam powinien być punkt kontrolny. Z naprzeciwka leci tramwaj biegaczy z Olechem i Trzasko na czele. Pewnie wracają z punktu. Niemal jednocześnie obie grupy pytają się siebie: ‚macie dwójkę?’ 😀 No to fajnie. Olewamy ich i biegniemy dalej. Nikt sie nas nie łapie, widocznie nie budzimy zaufania. Grzesiek szybko zalicza kolejną kupkę, ciasteczka wychodzą 😀 Wreszcie jest 2.PK! Jestśmy nadal pierwsi. Szybko podbijamy i wpisujemy czasy z obu punktów. I szpula. Tramwaj zaraz tu będzie.

Truchtamy spokojnie, a tu nagle Grzesiek nagle oświadcza, że próbuje autorskiego wariantu. Hmmm… Namawiam go, aby nie kombinował, dobrze się napiera w kwartecie. Ale Grzesiek przyjechał tu na trening nawigacji przede wszystkim, więc mówi, żebym biegł jak chcę się ścigać z Drewniakiem. Zastanawiam się przez moment czy nie zaryzykować z Grześkiem, ale Andrzej to jednak stary wyga, wie co robi. OK-trenuj Grzesiu. Cisnę za Andrzejem i Drewniakiem. Pytają się co z Wyspiarzem. Do trzeciego PK dobiegamy sprawnie. Dalej na trasę koniecznie chce się z nami zabrać ‚rozbestwiony’ labrador medyków 😀 Niestety, fajne psisko zostaje przy ognisku. A my dalej prowadzimy stawkę, Grzesiek wtopił pewnie z wariantem. Trudno.
W okolice ‚czwórki’ dostajemy się bez problemów. Ostatni zakręt. Drewniak jest za odbiciem w niezaznaczoną na mapie dróżkę. Andrzej chce podbiec dalej i szukać tej właściwej. Biegniemy za nim. Płot. Jakaś szkółka leśna. Damian namawia do powrotu i robienia ‚jego wariantu’. Andrzej wbija się w chaszcze po drugiej stronie ogrodzenia i trzyma azymut. Ma nas zawołać jak coś. Drewniackiemu nie pasuje takie rozwiązanie. Ale po chwili słyszymy wołanie. Patrzymy po sobie z lekkim powątpiewaniem, ale przeskakujemy przez druty. Przedzieramy się przez wszelakie ostrokrzewy i spotykamy się z Andrzejem pukającym palcem w kompas. Okazuje się, że trzymaliśmy zły azymut, igła coś powariowała. Robi się troszeczkę napięta atmosfera, ale kilka minut później podbijamy już perforatorem karty startowe przy ognisku. Dalej liderujemy. Dziwi mnie trochę, że mimo przeciętnego w porównaniu z maratończykami tempa i dwóch (TYLKO dwóch, ale jednak) wpadek nawigacyjnych nikt nie depcze nam po piętach. Tylko się cieszyć, widocznie moja (nasza) forma nie jest taka słaba, skoro prowadzimy ponad sześciusetosobową watahę wariatów dobrowolnie wałęsających się nocą po lesie…
Trzeba napierać dalej. Dotychczas jedynie konwekcyjny opad zamienia się systematycznie w regularną ulewę. Trzeba podkręcić tempo, bo się zimno robi. Po kilku kilometrach jakiś dziwnie otępiony Drewniak prosi o marsz. Mijamy PGR, robimy pewny wariant. Nagle w oddali przy ścianie lasu majaczy się czyjaś czołówka. Gasimy nasze i obserwujemy uważnie co zrobi samotny piechur. ‚On’ porusza się bardzo szybko, pewnie biegnie i trzyma solidne tempo. Grzesiek…? My sobie gadu gadu, a ‚on’ idąc ryzykownym, ale szybszym wariantem ścianą lasu już nas wyprzedza, szybciej pojawia się w miejscu zagłębienia się ‚naszej’ drogi w las. Zapalamy czołówki i ruszamy z kopyta. Zauważa nas i podkręca tempo. My również. Dopadamy go w końcu i widzę znajomą uśmiechniętą mordę-Grzesiek! 😀 Popełnił błąd na początku i na ‚trójce’ tracił do nas już pół godziny, ale na 4.PK już tylko minuty. Czyli znowu jesteśmy w komplecie. Czuję się jak na jakimś rajdzie-czteroosobowy team, tylko kobiety w nim nie ma 😉 Tempo trochę spada, więcej gadamy niż biegamy. Andrzej z Grześkiem kontrolują mapę, a my z Drewniakiem dywagujemy o ładnych napieraczkach 😀 Zaliczamy punkt. Już piąty. Jeszcze dwa i meta etapu pieszego.
Deszcz zamienił niektóre drogi w kisiel, ciężko się biega. A ciągle leje. Damian ma solidny kryzys, już od jakiegoś czasu. Bardzo mu się chce spać. Zaczyna chyba bredzić, bo mówi, że za dużo gadam 😛 Zatacza się mi pod nogi, ledwo co utrzymuje równowagę. Jakbym z nim nie napierał od początku to obstawiałbym, że sobie na którymś punkcie wypił z obsługą po maluchu 😀 Daję mu żelek z kofeiną i minutę (!) później Damian pogania nas do biegania, a nie obijania się! Niesamowita odmiana, aż niewiarygodne. Zaliczamy 6.PK, Drewniak już nie myśli o zostaniu w namiocie.
Teraz mnie zaczyna łapać kryzys, ale nie chcę marudzić więc tłumię to w sobie. Ciasteczka wracają przy każdym podbiegu jak wyrzuty sumienia… Negocjuję z nimi, żeby zostały w ciepełku jeszcze z godzinkę. Dają się przekonać 😀 Przed 7.PK tempo znowu siada, rozprawiamy który z rajdowców byłby najlepszy indywidualnie-Artur Kurek, Paweł Dybek, czy może Maciek Olesiński…? 😛 Z daleka widać wieżę radiowo-telewizyjną. Punkt niespodziewanie po prawej stronie drogi. Wsadzam łeb do namiotu, żeby przynajmniej przez moment nie padał mi na ryj deszcz i trafiam na przebierające się z mokrych ciuchów dziewczyny 😉 Podaję im nasze numery i wycofuję się z namiotu. Podbijam rozmokłą na deszczu kartę. Te panny to mają dopiero pecha-rozstawiać namiot w takim deszczu to żadna frajda…
Zbiegamy stromą dróżką. Przed nami piękny widok na rozświetlone w rześkim, przesyconym wilgocią powietrzu wioski. Ścinamy drogę przez pola, dalej już szutrówka. Od kilku kilometrów nonstop biegniemy, ale Drewniak podkręca tempo. Przed samą bazą pruje już jak motorówka, koło 5min/km. ‚Chłopaki, mamy jeszcze 1,5km i 6min do piątej rano. Zdążymy? Hehe’. Dowcipniś. Ale jakimś cudem zdążyliśmy! Ten żelek naprawdę dał mu kopa, ciekawe co tam było? Diablo-to od Ciebie go kupiłem 😀 Wpadamy na metę pierwszej pętli. Oczywiście jesteśmy pierwsi. Potem okazało się, że kolejny zawodnik, który ukończył pierwszą pętlę to był (robiący TP) Ukrainiec Tarik. A następni mieli (z tego co mówiły dziewczyny z obsługi) ponad 1:30 straty. Sporo. Ciekawe jakby nam poszła druga pętla na nogach? 🙂 Ale na nas czekał scorelauf na rowerach, po obowiązkowym stopczasie do 7:00.

Oni wszyscy kładą się spać, a ja tylko tak pokątem zalegam na ukraińskiej karimacie. Nie wziąłem swojej, śpiwora też nie. Potem się okaże, że ręcznika również 😛 Jem, piję i gadam z przychodzącymi piechurami i Jakubkiem-młodszym o rok ode mnie (17lat) kolegą z Tczewa, z mojego osiedla, który przyjechał robić TR. Wzbudził podziw swoim strojem-wystartował w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawikiem 😀 To on mnie wiele lat temu 😛 wkręcił w kolarstwo, które stopniowo wyewoluowało w rajdy i przez niego teraz się męczę po nocach 😉 W końcu zrobił 14/20 PK, jak na debiut nieźle, tym bardziej, że robił to samotnie. Będzie z niego w przyszłości napieracz 😉
Dzwonią budziki w telefonach Grześka i Andrzeja. Drewniaka również, ale on ma go gdzieś. Dopiero po naszej interwencji (tzn. jak już obudził wszystkich wokoło) namierza upierdliwca i pozbywa się kłopotu. I śpi dalej. Za dziesięć siódma budzimy go w końcu. Zrywa się jak oparzony, nie pamięta budzika. Ma rację: ‚spanie wychodzi mi na rajdach najlepiej’ 😉 Dostajemy mapy. Walka o podium rozegra się między nami. Następni mają za dużo straty, żeby odrobić na 8h roweru. Andrzej chce jechać sam. Ok. I tak jesteśmy mu wdzięczni za część pieszą. Teraz każdy gra na siebie. Zamieniam parę zdań z Kazikiem (obecnie BORY team) z trasy rowerowej i muszę gonić Grześka i Drewniaka. Są. Grzesiek radzi mi abym jechał za uciekającym Drewniakiem, bo on nie czuje się na siłach jechać jego tempem. Ok-zrzucam ząbek niżej i ścigam Damiana. Mówię jaka jest sytuacja z Grześkiem i postanawiamy jechać razem. Łapie mi się na koło i podciągam nas na punkt. Cały czas wyprzedzamy rowerzystów z TR. Na punkcie jeszcze robimy mały przepak przez co dogania nas Grzesiek. Ale on podbija dopiero PK, więc nie czekamy i kręcimy dalej.
W pewnym momencie z zaskoczeniem zauważam, że Damiana nie ma już za mną. Wyjeżdżam do asfaltu i czekam chwilę na niego, wołam. No nic, Drewniak to szczwany lis-pewnie czmychnął w bok. Każdy gra na siebie-Andrzej powiedział to otwarcie, Grzesiek też pewnie ma jakiś plan, a Drewniak się pozbył mnie w sprytny sposób. Cóż-trzeba zacząć kontrolować mapę. Daleko za mną majaczy się czerwona sylwetka kolarza, ale to nie Grzesiek. Przyglądam się mapie. Sylwetka się zbliża-to Drewniak! Zapomniałem, że na PK zdjął kurtkę 😛 Glebował, dlatego go nie było. Cały bok ma ubłocony. A ja już teorie spiskowe wymyślałem… 😀 Ciśniemy dalej razem, Drewniak kontroluje mapę. O kurde! Grzesiek ma oba kompasy, Drewniak teraz żartuje, że się nas Grzesio cwanie pozbył: ‚jedźcie, jedźcie! (A ja mam oba komapsy, hehe)’. Łykamy kolejnych bikerów. Zaliczamy kolejny punkt, dojeżdżamy do niego bardzo błotnistą, leśną drogą. Gdy nią wracamy napotykamy Grześka, ma do nas już prawie 10min straty. Biorę od niego mój kompas 😀
‚Drewniak, odbijmy w ten skrót – ta droga wygląda bardzo zachęcająco’. ‚Nie, objedźmy afaltem’. No dobra… Na następnym skrzyżowaniu okazuje się, że Drewniak sobie jakiś dziwny wariant wymyślił. ‚Na PK zobaczymy kto będzie pierwszy’. Ok cwaniaczku, tyle że ‚mój wariant’ to był część tamtego skrótu. Szybko kręcę. Znajoma wioska. Na polu stoją ruiny młyna… TEGO młyna… (szczegóły w mojej relacji z Liro Unreal Challenge’a 2006). Szlag mnie trafia jak tylko spoglądam w kierunku TYCH ruin… Teraz w dzień wyglądają zupełnie inaczej, ale dla mnie to miejsce zawsze już chyba będzie miało jakiś mistyczny wymiar… Widzę przede mną rowerzystę. Grzesiek. Obraca głowę i robi minę dziwną minę -‚A co ty tu, kurka, robisz?!’ Mówię mu jak było i zmierzamy na PK. Mamy tam 6min starty do Drewniaka. Ale Grześ nadrobił do niego 4min, więc wariant Drewniaka był jednak zły, ‚nasz’ był lepszy.
Próbujemy autorskiego wariantu i przedzieramy się przez pole. Koło PGR-u (to tam nam Grzesiek wzdłuż lasu uciekał 😉 ) trafiamy na 16.PK. 14 minut straty do Drewniaka. Pole nam trochę zabrało. Do ‚trzynastki’ szosą pod wiatr,.Grzesiek ma lekki krysys, ale ja czuję się świetnie, więc podciągam na przedzie. Gorzej na podjazdach. Grześ namawia mnie abym sam ścigał Drewniaka, ale ja wolę ponapierać we dwóch. No a po drugie boję się, że wtopię na nawigacji. Grześkowi obluzowuje się błotnik. Kurde, nie mam płaskich kluczy. Śruba się zacięła, nie chce zejść. Wyjmuję zapasowy hak przerzutki i jakoś nim w końcu pomagam sobie w odkręceniu owego błotnika. Kilka minut w plecy, szkoda… Mamy PK. Zjeżdżamy do Kochanowa, wspominamy Bergsona… Nasz zbieg ze sztolni, kiedy nas obu tak energia rozsadzała, a nie wiedzieliśmy jakie nas jeszcze przygody czekają… Jest asfalt. Ciągnę znowu na przodzie. Nagle słyszę dziwny dźwięk przy przednim kole. Mówię Grześkowi: ‚jedź, zaraz Cię dogonię’. Zerkam co to i… nagle tuż przy twarzy odstrzeliwuje z potężnym hukiem płat aluminum z obręczy! O centymetry od mojego oka! Grzesiek zawraca, podjeżdża do mnie. Natychmiast mu mówię, że to koniec, na to nic nie wymyślę… Jedź stary, bierz mój kompas i skop dupę Drewniakowi 😉
Staję w środku wioski i pod ciekawskimi spojrzeniami połowy mieszkańców patrzę na moją straconą szansę, na moje stuprocentowe podium-na resztki obręczy przedniego koła… Zużyła się, lekki mavic x221 powinien był być wymieniony jakiś czas temu. Zwlekałem z tym, bo cały czas było coś innego potrzebne. I teraz, akurat teraz musiał o sobie przypomnieć…

Już mi zaczyna brakować determinacji, nie wiem czy zmobilizuję się do dalszych treningów… Tym bardziej, że teraz będę miał solidne AR-maturkę…

Maciej Surowiec ‚Suri’

Wyniki trasy mieszanej Harpagan 31:

1. Andrzej Chorab
2. Damian Gruszecki ‘Drewniacki’
3. Grzegorz Rybkowski
4. Marcin Dudek
5. Adam Augustyniak
6. Maciej Surowiec ‘suri’
7. Rafał Gąbka
8. Paweł Pruszkowski
9. Grzegorz Łangowski
9. Tomasz Jankowski
9. Tomasz Szot
….
….
Sklasyfikowanych zostało 28 zawodników.

Trasa mieszana: 50km pieszo, 100km rowerem

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany