[size=x-large]III Nocny Ekstremalny Rajd na Orientację
„NOCNA MASAKRA 2004”[/size]

Czaplinek 17-19.12.2004r.


[b]Wiesław Rusak WiechoR[/b]

Pomysłodawca tej imprezy Daniel Śmieja od początku jej istnienia namawiał mnie do udziału w tej imprezie, ale dwie pierwsze edycje były skierowane tylko do rowerzystów a ja niezbyt lubię katować się na rowerze w nocy i to w dodatku w grudniu. Tegoroczna impreza została poszerzona o trasę pieszą, 100 km w 24 godziny, co już zdecydowanie bardziej mi odpowiada. W tym roku startowałem dwukrotnie na dystansie 100 km i to z dobrym skutkiem, więc postanowiłem wystartować w Czaplinku na trasie pieszej.
Niestety, ale moi koledzy ze Świnoujścia nie zdecydowali się na start z różnych osobistych przyczyn. Już myślałem, że sam będę jechał, ale na kilka dni przed startem dowiedziałem się, że ktoś z Wolina zamierza wystartować, więc dogadaliśmy się telefonicznie i postanowiliśmy razem jechać samochodem.
Grzesiek Łuczko, bo o nie chodzi to młody człowiek, studiuje w Szczecinie i zaczyna się interesować rajdami przygodowymi. W tym roku zaliczył pieszego Harpagana i marsz na 100 km Gryfa Pomorskiego w czasie ponad 23 godz.
Do Czaplinka przyjechaliśmy przed 18:00 i zameldowaliśmy się w bazie zawodów w gimnazjum. Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Kilka osób dorosłych z grona pedagogicznego i kilkoro uczniów przygotowywało sale lekcyjne dla potrzeb uczestników. Kilkakrotnie pytano się, co mają nam zrobić do picia, proponowali herbatę lub kawę natomiast ja zdecydowanie wolałem nieco jaśniejszy napój gazowany z pianką, więc grzecznie odmawiałem. W każdej sali były materace gimnastyczne lub też materace piankowe. Do dyspozycji uczestników Masakry była stołówka.
Po załatwieniu formalności w sekretariacie zawodów przyszedł czas na przygotowanie sprzętu no i pogawędkę. Rozmowy mogę podzielić na dwie kategorie. Pierwsza kategoria to rozmowy wśród „wyjadaczy” a druga to „złote myśli wyjadaczy dla zaczynających przygodę”.
Niestety, ale nikt nie chciał się ze mną założyć, kto wygra trasę pieszą. Oczywiście moim faworytem był Grzesiek Foremny a za nim Hubert Puka. Sam postawiłem sobie zadanie zejścia poniżej 20 godzin. Co prawda mój rekord to 15 godz. 18 minut, ale prognoza pogody i decyzja, że idę z Grześkiem z Wolina, którego widziałem pierwszy raz w życiu i nie znałem jego możliwości spowodowała, że nie myślałem o biciu rekordów.
Start zaplanowano na 7:00, więc pobudka o 6:00, szybkie śniadanie na bazie makaronu ubranie się sprawdzenie sprzętu i tuż przed 7:00 dostaliśmy mapy. Kolejność zaliczania punktów kontrolnych (PK) była dowolna, więc trzeba było szybko podjąć decyzję, jaki wybrać wariant. Ewidentne były dwa warianty, jeden zaczynając zaliczanie, PK od zachodu drugi od wschodu. Zdecydowanie lepszy był wariant zachodni, ponieważ były tam trudniejsze nawigacyjnie PK umieszczone na wzniesieniach czy skarpach bez charakterystycznych punktów terenowych takich jak skrzyżowania ścieżek czy stałe obiekty. Kończąc ten wariant czekały PK bardzo charakterystyczne takie jak leśniczówka, stary cmentarz, wieża widokowa czy ruiny zamku. Wybrałem, więc wariant zaczynając od zachodu a potwierdzeniem dobrego wyboru był fakt, że Grzesiek Foremny, Hubert Puka oraz zdecydowana większość uczestników też postanowili zacząć od zachodniej strony.
Pierwszy, PK-4, to według opisu „samotne drzewo, na południe od drogi”. Zrozumiałem, że drzewo te będzie kilkanaście metrów od drogi polnej, po której szliśmy i w miejscu gdzie powinny być PK zszedłem z drogi w pole podchodząc do małego zagajnika z kilkoma drzewami, ale nie znalazłem PK wróciłem na drogę kilkadziesiąt metrów dalej omijając coś, co raczej przypominało mi większy krzak, ale nie drzewo. Po 300 metrach zorientowałem się, że coś nie tak i wróciliśmy znajdując, PK na pozostawionym „krzaku”. Pierwsze koty za płoty, ale w duszy doskwierał mi wstyd przed Grześkiem z Wolina. Drugi PK-7 znajdował się na szczycie górki, najkrótsze dojście do PK wiodło przez las, na którym zaznaczone były miejsca podmokłe. Starałem się iść ostrożnie, aby nie wpaść do bagna. W pewnym chwili zauważyłem trójkę z uczestników, z których jedna dziewczyna krzyczy do nas abyśmy uważali, zanim zorientowaliśmy się, o co chodzi mój partner wylądował jedną noga po kolano w bagnie. Okazało się, że oni szli podobnym azymutem i jeden z nich zaliczył bagno po pas. Trzeci PK-8 to „zakręt skarpy, granica lasu”, przejście na ten PK wymagał marszu w dwóch miejscach po azymucie, co nie nastarczyło nam większego problemu. Czwarty PK-10 to „świetlica przy domu sołtysa” w Rzepowie. Dotarliśmy tam o 11:15 mając już starty do Grześka Foremnego ponad 2 godziny a przed nami było 19 osób. Gorąca herbata dobrze nam zrobiła, Grzesiek zmienił skarpety i ruszyliśmy dalej. Kolejny piąty PK-11 to skrzyżowanie dróg polno-leśnych. Idąc na ten punkt po polnej drodze za wioską Skąpie po około 2 km doszliśmy do skrzyżowania z nowo wybudowaną ścieżką rowerową, której nie było na mapie. Ślady na śniegu wskazywały, że większość w tym miejscu miała problem nad wyborem dalszej trasy. Zdecydowana większość skręciła w lewo i poszło ścieżką, my natomiast poszliśmy dalej prosto i dochodząc do skraju lasu skręciliśmy w drogę, która doprowadziła nas do PK. Teraz po analizie czasów mogę powiedzieć, że wybraliśmy bardzo doby wariant. Kolejny PK-12 „szczyt górki” znajdował się po drugiej stronie jeziora na półwyspie. Tu nasunęła mi się pewna myśl, że nie powinno się ustawiać PK w okresie zimy tak, aby możliwy najkrótszy wariant wiódł przez np. zamarznięte jezioro. Idąc na ten PK spotkaliśmy Tomka z Chełmna, który wybrał wariant odwrotny od naszego. Widać było, że większość trasy przebiegł, co potwierdził w krótkiej rozmowie zaznaczając, że odczuwa już skutki wysiłku i zaczyna zmniejszać tępo. Na koniec okazało się, że Tomek w końcowej klasyfikacji był drugi. Następny Pk-14 to „skrzyżowanie dróg”, dojście było proste natomiast odejście na kolejny, PK-9 „skrzyżowanie dróg w Kol. Nowe Worowo” zmuszało marsz na azymut, który prowadził przez zaorane pola. Dochodząc do PK-9 zaczynały się ciemności. Z 9 na PK-6 konieczny był kolejny azymut przez pola. Ten PK na długo mi zostanie w pamięci. Według opisu miał to być dom sołtysa, lampion był a w domu sołtysa nie było obsługi PK. Potem okazało się, że już po starcie w sobotę sołtys wycofał się z pomocy w imprezie i na szybkiego orgowie znaleźli dom obok sołtysa, w którym zrobiono PK. Obsługa idealna, gospodyni super życzliwa i pomocna, do dyspozycji uczestników praktycznie cały dom. Gorąca herbata i wrzątek, którym zalałem kubek z makaronem postawił mnie na nogi. Po przebraniu się w suchą odzież ruszyliśmy dalej na PK-5 do Starego Drwaska gdzie PK był na drzewie obok ruin zamku. Po wyjściu z przyjaznego i ciepłego domu szybko dogoniliśmy kolegę (niestety, ale nie zapamiętałem jego imienia i nazwiska, ale na długa zapamiętam jego opowieść o dwu miesięcznej wyprawie do Chin pociągami przez Rosję. Jedzenie za 3 zł, piwo 1,5 zł czy nocleg w Pekinie za 10 zł, cała wyprawa kosztowała go około 6 tyś. zł, zasiał u mnie kolejny pomysł) Po dojściu do tego PK zmieniliśmy wcześniej zaplanowaną trasę i postanowiliśmy iść na PK-3 a stamtąd na PK-2 „wieża obserwacyjna”. Taki wariant wybrał tylko Grzesiek Foremny i my. Z wieży musieliśmy znowu iść na azymut po polach. Na miękkim podłożu nasz współtowarzysz doznał kontuzji kolana i został z tyłu a my poszliśmy ostro do przodu. PK-1 to „róg starego cmentarza”. W dzień może i ktoś tam by zauważył, że był to kiedyś cmentarz w nocy to tylko przypadkowy snop światła z mojej czołówki pozwolił nam odszukać ten PK. Kolejny już ostatni PK-13 „jabłoń przy leśniczówce” długo będę wspominać. Najpierw 5 km szosą i wejście na drogę polną, która powinna nas doprowadzić do PK-13. Już na polnej drodze doszliśmy kolejnego uczestnika marszu Andrzeja Tyminmskiego i zaczął się problem. Oczywiście nie z winy Andrzeja. Idąc drogą polna nagle droga urwała się i już jej nie odszukaliśmy. Ruszyliśmy na azymut na południe mając do szosa około 1 km. Już po chwili trafiliśmy na ogrodzenie, potem rów z wodą, bagno, kilka załamań ogrodzenia i po kilku minutach szliśmy na północ zamiast na południe. Przeszliśmy ogrodzenie i poszliśmy na południe, aby po kilkunastu minutach dojść do upragnionej szosy. Potem już prosto po betonowej drodze pożarowej doszliśmy do leśniczówki. Leśniczówka była, ogrodzenie, brama, zabudowania a gdzie jabłonka? Ujadające psy spowodowały, że przez okno wyjrzała gospodyni i dopiero ona powiedziała, że jabłonka jest za domem. Tutaj muszę wytknąć budowniczemu trasy, że ten PK był fatalnie umiejscowiony poza tym bez zgody i wiedzy gospodarza. Moim zdaniem nie powinno się umieszczać lampionu w takim miejscu gdzie jest konieczność wejścia na czyjś teren nie mając zgody właściciela. Ostatni odcinek to 7 km asfalt, którego miałem już dość. Metę osiągnęliśmy o godz. 2:58.
Na trasę pieszą wyruszyło 51 uczestników w tym 7 kobiet. Wszystkie PK w limicie czasu 24 godzin pokonało 15 osób w tym 1 kobieta. Wygrał zgodnie z moimi przewidywaniami w fantastycznym czasie 13 godz. 59 minut Grzesiek Foremny z drużyny „Fjord Nansen Team”. Niestety, ale drugi mój faworyt Hubert Puka zagubił się na odcinku z PK-1 na, PK-13 który pokonał w 3:29, Grzesiek Foremny zrobił to w 2:13 a my w 2:32. Z tego, co wiem Hubert wyszedł poza mapę i „postanowił” zwiedzić okolice. Strata ta kosztowała go drugie miejsce. Gdyby nie ten błąd byłby drugi i moje przewidywania sprawdziłyby się w 100%. My z Grześkiem wylądowaliśmy na 8 pozycji z czasem 19 godz. 58 minut.
Kilka słów o organizacji, minusy to brak odblasków na PK, brak perforatorów, jabłonka przy leśniczówce, brak kolorowej mapy dla wszystkich uczestników. Plusów było zdecydowanie więcej: decyzja o kolorowych mapach, świetna baza, gorący prysznic, smaczny bigos, fantastyczna obsługa w bazie i na PK, ciekawa trasa, super tereny, fantastyczna pogoda (najpierw śnieg, potem śnieg z deszcze, potem deszcz, silny wiatr i gołoledź). Ogólna ocena imprezy bardzo pozytywna. Jeszcze jak orgowie zwrócą mi perforatory, które im wysłałem do Lęborka pocztą a oni odesłali je serwisko do Czaplinka, co w sumie doprowadziło, że dotarły do Czaplinka w poniedziałek po imprezie to będzie wszystko OK.
Na koniec zapraszam wszystkich do Świnoujścia na „II Marsz Wokół Wyspy Wolin” termin 29-30 styczeń 2005, dystans 125 km w czasie 30 godzin.


[b]Paweł Koźmiński[/b]

Ponieważ jest to mój pierwszy wygrany rajd (mam nadzieję, że nie ostatni) postanowiłem napisać parę zdań na ten temat. Startowałem rok temu – wynik minus 79 punktów nie do końca mnie satysfakcjonował, więc postanowiłem zrobić drugie podejście. Od początku planowałem, że wystartuję samotnie – w tym widziałem swoją szansę na lepsze miejsce (nie musisz na nikogo czekać, i nikt cię nie pogania).

Na miejscu spotkałem Krzyśka Moraczewskiego i Jurka Ścibisza. Krzysiek zaproponował wspólny start… i tak się stało. Po pierwsze szkoda, że organizatorzy mówiąc o oznaczeniu PK farbą nie wspomnieli, że w nocy prawie jej nie widać :). Pociągnęliśmy drogą nr 174 do PK6, w lesie odbiliśmy na PN do Rakowa i dalej do Komorza – Pn-Wsch róg cmentarza bez problemów (szukanie zajęło nie więcej niż 10 minut), spotkaliśmy tam pieszego poszukującego uparcie punktu – drogą dedukcji 😉 doszedłem, że to zawodnik, który zajął 3 miejsce w pieszej – Hubert Puka vel Hiubi (pozdrowienia). Ale po pierwszym PK okazało się, że Krzysiek po niedawnej kontuzji nie da rady utrzymać tempa. Zostaliśmy z Jurkiem…

Następnym punktem był PK4. pognaliśmy szosą do Łubowa, potem Liszkowo. Za Liszkowem rozjazd i ważne pytanie: dalej szosą, czy bliżej terenem? Irzi stwierdził, że prędzej czy później i tak teren nas nie ominie, więc wybraliśmy trasę terenem. To był dobry wybór. Za Starowicami niestety za wcześnie odbiliśmy, zgubiliśmy drogę i przebijaliśmy się terenem wzdłuż rzeki. Po kilometrze mozolnego zdobywania każdego kolejnego metra Irzi uparł się odnaleźć drogę, która przebiegała równolegle kilkaset metrów od naszej trasy. Dzięki niemu zaoszczędziliśmy trochę czasu. Mostek na PK4, króciutki postój i jazda do PK1.

Jak dla mnie to była jazda natchniona! Prawie bez słowa mknęliśmy do PK1 zaśnieżonymi dróżkami na wschód – jechaliśmy po śladach samochodu – każdy miał swoją koleinkę i starał się nią jechać żeby nie stracić prędkości w śniegu. Waliliśmy cały czas 27 km/h. Bardzo mi się to podobało. Pojawił się problem, bo niestety zaczęły mi przemarzać palce u nóg. Dojazd do szczytu Skotnej Góry znowu bezbłędnie wskazał Irzi (zaimponował mi nawigacją). Niestety na szczycie góry nie znaleźliśmy punktu. Dopiero po półgodzinie szukania, zadzwoniliśmy do organizatora i okazało się, że nie zdążyli oznaczyć punktu. Wpisaliśmy BPK na karcie i jazda w stronę PK3.

To był dla mnie najtrudniejszy odcinek, psycha trochę mi siadła – myślałem tylko o odmrożeniach i ewentualnej amputacji palców :-). Uwaga, uwaga! Gdy dojechaliśmy do wsi Mosina O GODZINIE 23-ej, przejeżdżając obok sklepu rozglądałem się za śmietnikiem w celu poszukania gazet do owinięcia marznących stóp. Przechodząc obok sklepu (godz. 23 w nocy, na wsi!) usłyszałem jakiś dźwięk w środku… naciskam klamkę, drzwi ustępują, ostrożnie zaglądam do środka gotów do natychmiastowego odwrotu, i widzę… siedzącą sprzedawczynię i sprzedawcę. Pytam czy można? Można. Czy zrobią herbaty? Nie zrobią. To może, chociaż gorącą wodę?? Już dobrze, zrobią nam herbatę. A może jakieś gazety do owinięcia stóp? Oczywiście. Jest dobrze, myślę sobie i brnę dalej. Nieśmiało: A może ma Pani w sprzedaży skarpety? Oburzona: Proszę Pana! To jest sklep wiejski! Tu wszystko jest! Biorę od razu dwie pary, Irzi też prosi o jedne. To już odważniej: A taśma klejąca? Pani: Szeroka czy wąska? Bierzemy szerszą. Stokrotne dzięki i ewakuacja. Irzi w drzwiach się odwraca i wali: A może rękawiczki? Kupił 1 parę i jedziemy. Straciliśmy chyba ponad 20 minut, ale warto było. Pozdrawiam panią ze sklepu. PK3 – znajdujemy bez problemu, mimo ukrycia punktu głębiej w lesie. Wracając z PK3 spotkaliśmy Wigora – oznajmił, że już oznaczył PK1 na Skotnej Górze (lepiej późno niż wcale).

Jedziemy dalej do PK2. Okazuje się niestety, że gazety pomagają, ale niewystarczająco. W Szczecinku jeszcze jeden przystanek z mojej winy na stacji paliw. 15 minut rozcierania palców i gorąca czekolada przywróciło krążenie w nogach. I tam patent: oprócz gazet, do owinięcia nóg użyłem folii NRC. Podziałało! Dalej do PK2 poszło gładko – na skraju lasu, bez problemu.

Z PK2 na PK5 asfaltami. W Grzmiącej chcieliśmy odbić do punktu od dworca PKP, ale zwątpiliśmy i podciągnęliśmy jeszcze do Suchej – stamtąd poszło łatwiej, chociaż teren był niemiłosierny. Mały błąd – wjechaliśmy do Suchej, ale droga się skończyła 🙂 więc łatwo dało się zauważyć :-D.

Krosino, Białowąs i PK7. Po drodze spotkaliśmy chłopaków z Poznania. Mieli tyle samo punktów (6) i planowali jeszcze 2 (tyle, co my). To dało mi do myślenia, że z nimi możemy wygrać jedynie, jeśli dojedziemy wcześniej. PK7, kawka u Sołtysa i dalej w drogę.

Do PK8. Teren. Trochę obawiałem się, że teren będzie ciężki, ale na szczęście był dość przejezdny. Irzi na tym odcinku walczył dzielnie z drugim kryzysem (kiedy miał pierwszy?? 🙂 ). Gładko zaliczyliśmy PK8, krótka kalkulacja czasu (założenie było max 3 godziny na powrót), i decyzja o powrocie.

Do bazy jakieś 45 km, asfalt. Jechało mi się świetnie, wpadłem w rytm. Już bez problemów do samego Czaplinka. Nie uwierzycie, ale na bazie chodziłem kwadrans po szkole i zastanawiałem się czy nie wyjść jeszcze się przejechać troszkę na rowerze! Taki byłem nakręcony! Jak po jakichś prochach ;-). Zdecydowałem się iść spać, ale o dziwo! Spałem półtorej godziny, po czym wstałem najnormalniej i poszedłem zjeść bigos. Palce lizać. Był przesolony, ale wytłumaczyłem sobie, że po takim rajdzie i tak mam niedobór soli.

Na uroczystym zakończeniu Irzi mi powiedział, że organizator twierdzi, że wygraliśmy. Nie uwierzyłem, bo myślałem, że na pewno ktoś uzyskał więcej niż 8 punktów. A jednak nie.

Na początku (jakieś 50-60 km) jechałem dużo jako pierwszy. Po tym odcinku zacząłem odczuwać skutki za szybkiej, jak na mnie, jazdy i oceniłem, że tym tempem pożegnam się z Irzim przed pierwszą 100. Ale obserwowałem jego technikę jazdy – jest bardziej doświadczony ode mnie. Generalnie jeździł na bardziej miękkich przełożeniach. Nauczenie się jego rytmu zajęło mi jakieś 30 km. Przed pierwszą setką mogłem już powiedzieć, że jego rytm jest moim rytmem :-).Dzięki temu dojechałem i to w niezłej formie. Szybko minęły mi objawy przedskurczowe, zmęczenie zmalało. Teraz tylko tak jeżdżę.

Potwierdziła się moja zeszłoroczna opinia o organizatorach ze szkoły w Czaplinku. Po raz drugi jak tu byłem, ujęli mnie swoją serdecznością. Dziękuję i pozdrawiam. Szczególnie Pana ze szkoły, który mówił mi, że często bywa w Olsztynie i życzył mi wygranej :-).

Podsumowanie:
207 km, 14,5 godz., 8PK. 1 miejsce :-).

Pozdrawiam wszystkich, do zobaczenia na przyszłych startach!
Paweł Koźmiński vel koza (Olsztyn).


[b]Tomasz Koguciuk[/b]

[b]Początek[/b]
Dla mnie operacja „Masakra” rozpoczęła się już w piątek rano. Całe szczęście, że w czwartek dotarła do mnie zniżka PKP. Gdybym jej nie miał to trochę bym się zdenerwował. Podróż trwała od 6 a.m. do 6 p.m. Okrągły dzionek. Ostatni etap to połączenie Szczecinek – Czaplinek. Tam spotkałem pierwszych amatorów odcisków stóp i innych mozolnych cierpień. Razem z kompanami z Gdańska po 30 min marszu od stacji zameldowaliśmy się o 19 w bazie. W Sali nr 13 miłym zaskoczeniem były mięciutkie materace (dzięki organizatorzy). Zaczęły się pierwsze rozmowy. Byłem pod dużym wrażeniem wiedzy i obycia w tym sporcie Wieśka. Wieczorem czas szybko leciał na zakupach (ostatnie zaopatrzenie), rozmowach i kolacji. Dzień podróży z PKP nareszcie się skończył. Przed 22 leżałem już w śpiworku z nadzieją na szybki się i z lekką niepewnością o jutro.

[b]Dzień próby [/b]
Dzień prawdy rozpoczęliśmy o 6.00. Godzina na wszystkie czynności poranno-śniadaniowo-ekwipunkowe wystarczyła idealnie. O 7.02 dostałem mapę. Chwila zastanowienia się, zorientowania i obrania przyszłej trasy i chodu! Jak się potem okazało byłem chyba jedyną osobą, która obrała wariant z obejściem J. Drawsko w kierunku przeciwnym od obrotu wskazówek zegara. Pierwsze 30 km przemierzyłem sprawnie. Po drodze zaliczyłem PK 3,5,2,6 i kierowałem się na 9-kę. Między 6 a 9-ką postanowiłem nieco skrócić trasę wybierając czarny szlak. Jak się potem okazało w terenie nie wyglądało to tak przyjemnie. W pewnym momencie zapędziłem się w kozi róg – podmokłe obszary okalały mnie prawie z czterech stron. Moja irytacja rosła a że nie lubię się wracać, to w akcie desperacji pokonałem te 10 m długości wodną przeszkodę…biegiem. W jednym momencie na nic zdały się ochraniacze, ciepłe dresy. Czułem jak zimno wlewa mi się do butów i sięga kolan. Potem miałem dodatkową motywację by biec gdyż tylko w ten sposób mogłem swoim ciepłem ogrzać i przesuszyć dolne partie odzieży. Potem zdobyłem PK 9 i udałem się na 11. Teraz nie wiem, czy nie lepiej było ją zostawić na później i kierować się na PK 14. Ale tak nie zrobiłem i w okolicach NE od PK 11 po raz pierwszy straciłem orientację. W błąd wprowadziła mnie piękna i prościutka ścieżka rowerowa, której oczywiście naniesionej na mapie nie było. Niestety nie miałem odwagi zawrócić, mimo, że widziałem z obu stron skarpy a zamiast spodziewanego lasu, obok były pola. Popełniłem poważny błąd naciągając rzeczywisty teren do moich oczekiwań i tym samym nadłożyłem ze 2 km. W pewnym momencie 9 odbiłem na zachód i dotarłem do drogi gdzie znajdował się PK11. Przed nim spotkałem Krzyśka. Razem dotarliśmy do 11, po drodze umilając sobie czas rozmową. Jak dobrze jest pokonywać trasę z kimś, kiedy można w kryzysowych momentach liczyć na pomoc drugiej osoby. Potem trzeba było założyć drugą pętelkę, wokół Jez. Siecino. Znalazłem 14-kę i od zachodniej strony zacząłem okrążać te jezioro. Tam spotkałem pierwszą osobę. Był to niewątpliwie Grzesiek Foremny, (którego jak do tej pory znałem tylko z forum napieraja),(teraz przynajmniej znam go z widzenia:-). Pomyślałem sobie: jest dobry. Tak lekko wtedy biegł. Ja zaczynałem odczuwać już wtedy narastające skurcze nóg oraz skutki błędu, jaki popełniłem. Mianowicie doskwierał mi ciężar plecaka. Po co wziąłem tą cholerną, ręczną latarkę (z ładowarką wewnątrz). No cóż, więcej tego błędu nie zrobię. Trzeba zainwestować w sprzęt (czołówka LED). Przez ok. 65 km taskałem zbędny 1 km złomu, który w dodatku po zmroku zaszczycił mnie światłem raptem przez 30 min! Nigdy więcej! Między PK 12 a 10 mijałem cały peleton „masakratorów”. Takie urozmaicenie dodawało mi skrzydeł, sprawiło, że znów biegło się lekko i przyjemnie. Niestety to, co dobre szybko się kończy i między PK 10 a 8 męczyły mnie kurcze. A to lewa łydka, a to prawe udo. Musiałem przystopować i stosować coraz częściej chód. Te kurcze to pewnie brak profesjonalnego, systematycznego treningu. Niestety często samemu brakuje czasu, motywacji do „wylania trochę potu”. Wracając do trasy to przed sobą miałem 2 najtrudniejsze dla mnie punkty 8 i 7. Odcinek pomiędzy nimi też był nieciekawy. To na tych PK straciłem najwięcej czasu. Najpierw za wcześnie obrałem miejsce na PK 8. Trochę km też tam wykręciłem zanim odnalazłem tą fantastyczną skarpę. Potem desant polami na południe. Między PK 8 a 7 złapała mnie noc. PK 7 na górce też był dla mnie nieprzychylny. Zbiegłem na brzeg i zamiast biec dalej to po prawej zobaczyłem pierwszą górkę i zaczęła się wspinaczka. Na górze małe rozczarowano. PK nie ma. Ale co tam, przecież musi tu gdzieś być. Księżyc momentami przebijał się przez chmury a ja jak głupi latałem po sąsiednich górkach wzdłuż wybrzeża. Druga górka – nic. Trzecia – może do trzech razy sztuka? Czwarta – pozostała tylko nadzieja. W końcu piąta, ale i tam nic. To już koniec górek, trzeba się wracać. Zbiegłem znów nad brzeg j. Drawsko i odnalazłem po drugiej stronie wody cypelek drugiego brzegu zatoki. Tak wziąłem azymut na właściwą górkę. I znów wspinaczka, ile można? Na górze znów nic, ciemno. Dopiero w ostatniej chwili przypadkowy ruch czołówką w prawo oświetlił mi wysoko umieszczony na drzewie PK 7. Potem znów desant do drogi głównej. Na azymut oczywiście do właściwej drogi, (której jednak nie znalazłem). Po drodze znów jakieś moczary. Znów objazd, bo zamiast wyjść w Niwce, jakimś cudem znalazłem się w Chmielewie. Dalsza droga do Czaplinka, po drodze PK 4 to już bułka z masłem. W Czaplinku postanowiłem zrobić przepak. Pozbyłem się tej beznadziejnej latarki, zbędnych rzeczy i stuptutów (i tak w butach miałem mokro). Jeszcze tylko zmiana koszulki, skarpetek i mogłem porywać się na dwa ostatnie punkty–satelity – dla zmęczenia psychy. Obrałem kierunek na 1-kę. Wiatr raczej pomagał, bo wiał od tyłu. Po drodze Sikory, gdzie spotkałem wilczura-mieszańca. Kompan biegł ze mną parę km. Czy to nie ten sam, co był w nocy w szkole? Wyglądał identycznie. We wsi Kuszewo dogoniłem Jacka z Wa-wy. Rozmowa dobrze nam zrobiła (nie ma jak po kilkunastu godz. samotności odezwać się do kogoś). Potem gruntówką na PK 1. Tam podobno przede mną byłe 2 ludzi. Na 13-kę kierowałem się bez problemów (od czasu do czasu pomagały mi ślady faworyta). W leśniczówce miłe zaskoczenie. Kto to widział jabłka w grudniu? Nie mogłem oprzeć się jednemu czy dwóm. Ostatni odcinek to męka, walka nie tylko z samym sobą, ale i z porywistym, zimnym wiatrem od czoła i w dodatku pod górę. Komin i światła Czaplinka ciągle chowały się za horyzontem. Tam dał mi się we znaki ten wiatr, ale jakoś dowlokłem się do szkoły. Widok szkoły i mety poprawia mi humor. A na mecie…co za niespodzianka? Jestem drugi! Prysznic niestety nie dał mi ulgi. Odświeżony położyłem się spać, lecz zmęczenie i ból wychodziły i nie pozwalały zasnąć. Praktycznie całą noc nie spałem. Postanowiłem rozruszać zastygłe nogi. Cały czas chodziłem, jadłem, piłem. O 4 rano znów położyłem się na godzinkę, lecz było to tylko zmrużenie oczu a nie sen.

[b]Powrót[/b]
O 5 zacząłem się pakować. O 5.30 byłem gotów do wyjścia na pociąg do Szczecinka. Dostałem od sympatycznej obsługi miód i ledwo zdążyłem na ten pociąg. Strasznie chciałem zostać na zakończeniu, ale nie było wyjścia. To było jedyne połączenie o w miarę rozsądnej godzinie powrotu do Lublina. Wracając PKP zafundowało swoim klientom prezent remontując w niedzielę odcinek Toruń – Włocławek. Byłem wściekły. Czekał mnie objazd do Wa-wy przez Inowrocław. Do tego lekka dopłata do pociągu posp. i o 3 godz. opóźnione przybycie do miasta moich studiów – Lublina.

Jestem bardzo zadowolony ze startu. To moja druga setka. Zrobiłem progres. Nauczyłem się wielu ciekawych rzeczy i poznałem, choć troszkę ludzi z tego środowiska.
Dzięki organizatorom za trud włożony w realizację ciekawej trasy, za herbatę w bazie, miłą obsługę pań, za zniżkę PKP, która szczęśliwie doszła w ostatniej chwili. Dzięki wszystkim uczestnikom za rywalizację, ciekłe słowa i rozmowy.

Do zobaczenia…wkrótce!
Tomasz Koguciuk

O Autorze

Avatar

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany