[size=x-large]Nawigator I[/size]

Mińsk Mazowiecki 2-3 czerwca 2006


Kiedyś już był rajd w Warszawie (Emmtet Cross I i ostatnie DYMnO), więc nie mogę powiedzieć że pierwszy raz miałem imprezę tuż koło domu. Do Mińska Mazowieckiego pojechałem bez wielkich oczekiwań. Organizator debiutował w swojej roli, należało więc tylko mu zaufać.
Drobne miłe niespodzianki zaczęły się już przy wejściu do bazy. Pokój kosztował tylko 10zł. W kuchni była dostępna kawa i herbata. W czasie odprawy technicznej wszystkie informacje podano w formie prezentacji z rzutnika. Pełna profeska. A na laminowanych kartach startowych wypisano nawet nazwiska zawodników! Tego nie widziałem jeszcze nigdzie. Swoją kartę zachowam na pamiątkę. Nie codzień wszak ma się za partnera pierwszego mocarza rzeczpospolitej i najszybszą łydę na północ od Mielca 😉 – Artura Kurka.

[b]Rower [/b]

Startowaliśmy bez presji. Rajd nazwano „nawigator”, a do nas to miano jakoś nigdy nie pasowało. Do tego stopnia, że mapnik Artura zbuntował się już po pierwszym punkcie kontrolnym. W samobójczej próbie zerwał się z kierownicy i rzucił desperacko pod koła. Mimo to kontynuowaliśmy kaleczenie rzemiosła nawigacyjnego. Zresztą nie tylko my. W niektórych punktach mapa nie bardzo przystawała do rzeczywistości (zwłaszcza nocnej rzeczywistości) i trzeba było trochę pokluczyć zanim trafiło się na punkt. Dodatkowo niektóre fragmenty dróg stanowił luźny nieprzejezdny piach zmuszający do pchania roweru.
Mimo szczerych chęci i niezłego tempa, ciągle mijaliśmy się z zespołami z kategorii MIX, a na ostatnim punkcie nie dość że pokrzaczyliśmy nawigację to jeszcze złapałem gumę (w sumie dwie gumy bo pierwsza dętka którą próbowaliśmy pompować okazała się wadliwa). Mimo wszystko udało nam się dotrzeć na metę etapu rowerowego na drugiej pozycji ze stratą około pół godziny do prowadzących i nadkładem 10km nad dystansem podanym w rozpisce. (tu respekt dla Jaśka z entre.pl za nawigację).

[b]Piesza treść rajdu 53(?)km [/b]

Odcinek pieszy otwierano dopiero o 3 w nocy, mieliśmy więc ponad dwie godziny odpoczynku. Zatrzymanie organizator uzasadniał trudnościami w pokonaniu odcinka specjalnego po ciemku. OS1 rzeczywiście szkoda by przemierzać nocą bo był po prostu bardzo ładny – wytyczony wzdłuż rzeczki.. Skakaliśmy po krzakach, czasem musieliśmy się zmoczyć lub plątaliśmy w druty od ogrodzeń. Rzeczka wiła się malowniczo. Artur starał się zajrzeć za każdy krzaczek i sporo kluczyliśmy, mimo to tempo utrzymywaliśmy mocne. Niestety gdy dotarliśmy do samego końca odcinka, okazało się że pominęliśmy pierwszy punkt i musielibyśmy wracać kilka kilometrów z powrotem nie mając wcale pewności gdzie ten punkt się znajdował. Ech… A wystarczyło zapytać wcześniej kogoś spotkanego na trasie, ile punktów już znalazł. W ten sposób nie dość, że przeczesaliśmy dużo więcej krzaków niż reszta ekip (bo komplet punktów można było zgromadzić przechodząc tylko połowę OS) to jeszcze zapracowaliśmy na dyskwalifikację.
Dalsza część odcinka pieszego nie niosła ze sobą niespodzianek. Nad Mazowszem wschodziło słońce, ludzie leniwie wylegali przed chałupy lub gromadzili się wokół sklepów czekając na chłodne piwo. Według prognozy miało padać i wiać, ale organizator jakoś się widać dogadał i załatwił idealne warunki do napierania. Lekki wiaterek i częściowe zachmurzenie. Większość odcinków między punktami można było zaliczać na kilka sposobów – nie było oczywistych wariantów. Zawsze znalazło się coś dla miłośników asfaltów i dla zwolenników szutrówek i krzaków.
W czasie jednego z wariantów łąkowo-groblowo-zagajnikowych, Artur zaczął pokrywać się plamami, puchnąć, kaszleć i charczeć. Przypomniał sobie o tym, że ma alergię na pyłki, a Zyrtec zostawił w domu. Wyglądał naprawdę kiepsko i doprowadzony do desperacji starał się umyć w wodopoju dla krów. Wkrótce mu się jednak poprawiło, (albo to ja byłem za bardzo zmordowany ciągłym bieganiem by zauważać jego dolegliwości 😉 ). Dodatkowo udało się skontaktować z organizatorem i apteka na kółkach prowadzona przez komandora rajdu wyjechała nam na przeciw dostarczając odpowiednie leki. Koniec etapu był już bliski – na liczniku ponad 55km z krótkimi przerwami na marsz i przekąski, ale ciągle truchtem.
Pytałem Artura, czy na długich rajdach też biegają płaskie fragmenty. Potwierdził. Kurcze….Jeszcze sporo nauki przede mną.
Inna lekcja w czasie Nawigatora to rozciąganie mięśni. Wiele mocnych teamów to praktykuje, ale ja próbowałem po raz pierwszy. Okazuje się, że wystarczy kilka przysiadów i skłonów by zesztywniałe nogi znów chciały się sprawnie poruszać.
Wkrótce po pokonaniu kilku wydm trafiliśmy na pierwsze zadanie specjalne – strzelanie z łuku. Do Wilhelma Tella było nam bardzo, ale to bardzo daleko. Ze wszystkich strzałów, tylko dwa razy udało mi się trafić w słomianą obwódkę tarczy. Artur radził sobie niewiele lepiej. Zarobiliśmy więc maksymalną karę czasową (1h) i beztrosko ruszyliśmy na końcówkę etapu.
W samą porę gdy już miałem dosyć biegania, trafiliśmy na przepak by zacząć etap rolkowy. Przebraliśmy się sprawnie i w ten sposób wyprzedziliśmy Krzyśka Sadleja, który na trasie ciągle utrzymywał kilkuminutową przewagę (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że entre.pl/pjsport.com, którzy startowali w naszej kategorii, wycofali się z zawodów).

[b]Rolki 16,8km[/b]

Rolki….Nigdy tak szybko na nich nie jeździłem. Artur ma szalone 5 kółkowe Salomony i wie jak z nich korzystać. A do tego lubi się podzielić swoją mocą z partnerem. Więc za rączkę, jeden za drugim pomknęliśmy asfaltem, mijając wioski i tubylców nieco zdziwionych naszym widokiem. Po drodze jeździło trochę samochodów, ale czułem się bezpiecznie. Zresztą wg mnie zawsze lepsze kilka minięć z samochodami niż robienie pięciu pętli od których w głowie się kręci. Średnia prędkość poruszania wynosiła jakieś 20km/h, a ja miałem mnóstwo radości z tego odcinka.

[b]BnO 8km[/b]

Końcówka rajdu stanowił prosty, nawet jak na nasze umiejętności bieg na orientacje. Większość punktów można było wypatrzyć z odległości kilkudziesięciu metrów. Ja już ledwo przebierałem nogami. Artur zapewniał, że też jest już padnięty, ale jego kłamstwo wychodziło na jaw gdy tylko zobaczył lampion – pędził sprintem by podbić kartę, jakby właśnie zaczynał rajd (lub szkolny bieg na kilometr).

[b]Końcówka[/b]

Po godzinie znów zawitaliśmy na przepaku, a potem już przez miasto ruszyliśmy na ostatnie zadanie specjalne.
W parku czekał na nas most linowy i krótka wycieczka canoe. Zadanie nie było trudne, natomiast bardzo ładne. Wokół kręcili się spacerowicze i przyglądali naszym poczynaniom. Do mety zostało 500 metrów, a tam czekały na nas pyszne drożdżówki ufundowane przez sponsora rajdu.

Uważam „Nawigatora” za jedną z sympatyczniejszych i lepiej zorganizowanych imprez. Nie może się równać z pełnoformatowym rajdem typu TNFAT, bo Mazowsze to nie Tatry, ale na pewno warto wybrać się do Mińska na wiosenne ściganie. Jedyny minus dla mnie to odcinki asfaltowe, których można by uniknąć gęściej rozstawiając punkty kontrolne.

Dziękuję Arturowi za mocną lekcję napierania.

[b]Zobacz również


[url=/xoops/modules/mylinks/visit.php?cid=1&lid=153]Strona rajdu Nawigator[/url]
[/b]

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany