Na UTMB przyjeżdża coraz więcej Polaków. Wszystko przez artykuł Piotrka Kłosowicza, który tam się zakręcił i opowiedział o imprezie. No i może trochę przez Alpy i widoki w nich. No i może przez te 168 km pięknych szlaków.

Uwaga! Artykuł został napisany w 2012 roku. Został jednak uaktualniony o dopiski przed edycją 2016. Miłej lektury!

Sam wybrałem się na imprezę w 2011 roku, gdy już zdążyła obrosnąć legendą i prestiżem. Obok Western States 100 jest to najważniejszy bieg ultra w światowych górach. Tylko, że w Western States zwykle wygrywają Amerykanie, a pod Blankiem zwykle dostają łomot.

Kwalifikacja

Bieg nie jest otwarty dla wszystkich. Miejsc przewidziano 2300, ale chętnych dużo więcej. Do niedawna kwalifikacja nie była szczególnie trudna. Należało zebrać 4 punkty na 2 różnych imprezach (uwaga, artykuł został napisany w 2012 roku i od tamtej pory trochę elementów uległo zmianie. Teraz obowiązują tzw. „nowe” punkty. Tych nowych trzeba zebrać 15 w maksymalnie 3 imprezach. Zasadę kwalifikacji i listę biegów kwalifikujących można zobaczyć na stronie utmbmontblanc.com – przyp. red.). Od 2013 roku liczba punktów została podniesiona do 7. Wynikało to z faktu, że na bieg miejsca rozchodziły się już styczniu i ostateczna kwalifikacja odbywała się drogą losowania. Teraz system punktowy wymusza by zawodnik w ciągu 2 sezonów przed aplikacją o miejsce na UTMB ukończył co najmniej 3 setki zaliczane jako bieg kwalifikacyjny. Punkty dostaje się na imprezach z listy. Przykładowo za Bieg Rzeźnika są 2 punkty (6 nowych za edycję 2015 – przyp. red.), a za Bieg Siedmiu Dolin 3 punkty (5 nowych – przyp. red.).

Wpisowe wynosi 150 euro (219 euro w 2016 roku – przyp. red.), co przy rozmachu imprezy i kosztach przygotowań jest rzeczą w sumie mało istotną.

Bieg jest niesamowity (to widać na fotkach) Tym razem chciałem skupić się na kwestiach praktycznych dla osób które szykują się do startu.

Żywienie na trasie

Punkty żywieniowe są świetnie zaopatrzone. Jest na nich cola i woda. Dużo ciastek, sery, kiełbasa. Na niektórych można dostać ciepły posiłek – rosół z makaronem. Starałem się jak najwięcej rzeczy pakować w kieszenie (warto pamiętać by mieć spodenki czy bluzę z kieszeniami) i jeść po drodze, a nie na punkcie żywieniowym. Cały czas miałem w szortach kilka ciastek, które sobie dawkowałem. Piłem dużo koli (bo ma mnóstwo cukru i trochę kofeiny). Korzystałem z punktów żywieniowych niezależnie od tego czy czułem głód i pragnienie czy nie. Momentami jadłem i piłem na zapas. Większość biegaczy w czasie UTMB lubi sobie posiedzieć na punkcie, ale to najlepsza droga do sporych strat czasowych. Przy 16 punktach żywieniowych wcale nie trudno stracić godzinę czy więcej.

Warto pamiętać, że zużycie wody w ciągu nocy jest dużo mniejsze niż za dnia. Nie warto ruszać na nockę z 3-litrowym pełnym bukłakiem, bo to zapas wystarczający na 12 godzin, a punkty są często co 2-3 godziny. Dodatkowo na trasie można spotkać „samozwańcze” punkty z piciem. Dzieciaki wychodzą na drogę i rozstawiają kubeczki dla zawodników! To jest super!

Kontrolowanie czipów odbywa się wiele razy w ciągu biegu.

Można też czasem trafić na strumyk lub rynienkę doprowadzającą do poidła dla zwierząt. Jednak takich miejsc jest niewiele.

Większe zapasy wody trzeba gromadzić przed długimi podejściami. Zwłaszcza w środku dnia. Gdy wspinasz się na przełęcz, raczej nie trafiasz się na strumyki, a duży wysiłek szybko uszczupla zapasy. Raz zdarzyło mi się „podeschnąć” pomiędzy 94. a 110. kilometrem, gdzie po drodze jest wejście na Grand Col de Ferret (2530 m). Byłem bardzo szczęśliwy widząc punkt żywieniowy i musiałem chwilę tam posiedzieć żeby doprowadzić się do porządku.

Sprzęt obowiązkowy

Lista obowiązkowego wyposażenia jest dostępna w regulaminie zawodów i obejmuje:

Telefon komórkowy działający we wszystkich krajach, przez które przechodzi bieg

Wystarczy zwykły roaming. Na trasie w 2011 sprawdzano czy każdy ma telefon i czy telefon jest włączony. To ważne ze względu na komunikaty przysyłane SMS-ami przez organizatora. Nie warto wrzucać telefonu na dno plecaka. Warto natomiast zabezpieczyć go przed deszczem i upewnić się, że bateria pociągnie odpowiednio długo. Zwłaszcza jeśli ktoś śpi przed zawodami na polu namiotowym i nie ma dostępu do elektryczności.

Kubek o pojemności co najmniej 150 ml

Przydaje się na punktach żywieniowych gdzie można nalać sobie w niego colę czy wodę. Kubek warto przytroczyć do plecaka. Można go kupić na miejscu w Chamonix. Np. wersję z nadrukiem UTMB. Fajna pamiątka.

Zapas wody – minimum 1 litr

Ja używałem bukłaka 2 l schowanego w plecaku. Nie lałem go do pełna bo punkty nie są od siebie bardzo oddalone. Zwykle w ciągu 3 godzin docierałem do kolejnego „wodopoju”.

Dwie sprawne czołówki z zapasowymi bateriami

Tu dałem ciała. Miałem zdechłe zapasowe baterie, a jedna z czołówek to był Petzl e-lite, który świeci tylko symbolicznie. W efekcie żałowałem, że nie wziąłem porządnych baterii.

Folia NRC minimum 1,40 m x 2 m

Jasna sprawa. Można ją kupić w aptece czy na stacji benzynowej, ew. w sklepie turystycznym.

Gwizdek

Miałem w sprzączce plecaka.

Samoprzylepny elastyczny bandaż

Służy do usztywniania lub zawijania obrażeń (mini 100 cm x 6 cm). W praktyce oznacza to, że musisz sobie kupić produkt o nazwie Tensoplast. W Polsce jest to rzecz nie do dostania w aptece (wedle mojej wiedzy). Możesz poszukać też innego. W Chamonix mają tego sterty w każdej aptece. Możesz ewentualnie poszukać zwykłego bandaża samoprzylepnego, ale Tensoplast jest po prostu bardzo dobry.

Zapas żywności

Wziąłem ze sobą 4 czy 5 żeli energetycznych Isostar. Tylko na wszelki wypadek. Na punktach jest dużo dobrego jedzenia, tak że nie trzeba prawie nic ze sobą nosić, ale warto mieć ze sobą coś na wypadek „kryzysu energetycznego”. Zjadłem wszystkie.

To ja w trakcie kontroli sprzętu. Organizator oznakowuje mój plecak (do tej pory nie wiem po co).

Kurtka z kapturem wykonana z wodoodpornej tkaniny

Zaakceptowano u mnie kurtkę, która miała membranowy przód, ale tył z cienkiej oddychającej tkaniny. Organizatorzy sugerują wszelkie odmiany gore-texu czy pokrewnych tkanin. Ja sugeruję użycie jak najlżejszej kurtki, bo przez większość czasu mieszka ona w plecaku. Jeśli masz wątpliwości, weź na kontrolę 2 kurtki.

Długie spodnie lub legginsy

Ewentualnie kombinacja spodni ¾ i podkolanówek, by zasłonić kompletnie nogi. Rzeczywiście się przydają. W nocy jest na tyle zimno, że w krótkich gatkach może być zbyt chłodno.

Bluza z długim rękawem (min. 180 g)

W niej spędzisz wieczór, noc, część dnia. Może też być przydatna na wyjściach na większe wysokości gdzie wieje. Dobrze by zabezpieczała trochę przed wiatrem (wystarczy z przodu). Bawełniane rzeczy odpadają.

Czapka lub bandana

Właściwie przydatna przez cały czas. Ja używałem czapki z daszkiem, żeby mniej mrużyć oczy w ciągu dnia. (oczywiście zapomniałem okularów przeciwsłonecznych).

Ciepła czapka

Pokazałem 2 buffy i wystarczyło. Uważam, że są bardziej wszechstronne i łatwo je połączyć z czapką z daszkiem, a nie zamieniać.

Ciepłe i wodoodporne rękawiczki

Kupiłem sobie Sealskiz ultragrip. Nie zamierzałem ich używać, ale miałem w plecaku. Sporą część trasy pokonałem w cieniutkich rękawiczkach rowerowych z palcami, dzięki czemu nie marzły mi dłonie. Rękawiczki przydają się przede wszystkim osobom z kijkami. Teraz można kupić wodoodporne membranowe rękawice inov-8 ultra mitt czy podobne robione przez RaidLight. Co zabawne, na miejscu da się też kupić gumowe rękawice z logo UTMB.

Wodoodporne spodnie

Wiele osób w nich startowało. Ja wybrałem opcję w samych legginsach i spodnie z impregnowanego materiału spędziły cały wyścig w plecaku. Organizator sprawdza przede wszystkim czy są podklejane szwy. Wielu „sprawdzaczy” zna też konkretne modele i mogą odesłać do sklepu jeśli Twoje spodnie nie spełniają parametrów.

Dokumenty

Miałem ze sobą dowód osobisty i kartę płatniczą.


Sprzęt mocno polecany przez organizatorów:

– nóż lub nożyczki do cięcia bandaża. Obyłem się bez tego.

– kijki trekkingowe. Obyłem się bez nich, bo jestem słaby w ich obsłudze, a miałem za sobą wiele górskich startów bez kijów. Jeśli ktoś decyduje się je wziąć – należy wcześniej poćwiczyć ich obsługę, bo niektórym na trasie bardziej przeszkadzały niż pomagały – zwłaszcza na zbiegach.

– ubranie na zmianę. Organizatorzy sugerują żeby mieć ze sobą na wypadek załamania pogody lub kontuzji. Zaryzykowałem i wziąłem tylko to co było w obowiązkowym sprzęcie.

– Co najmniej 20 euro w gotówce. Zawsze lepiej mieć niż nie mieć. Były ze mną na trasie i wróciły nienaruszone.


Kontrola wyposażenia jest na dzień przed startem. Organizatorzy każą przynieść wszystko ze sobą i sprawdzają każdy element. W razie braku, na szczęście można większość rzeczy kupić na EXPO czy w okolicznym sklepie. Ja nie miałem ze sobą taśmy elastycznej samoprzylepnej, ale powiedziano mi tylko bym sobie kupił i przypieczętowano kontrolę.

UTMB jest organizowane na szlaku pieszym, którym na co dzień poruszają się turyści. Standardowo marsz zajmuje im tydzień do 10 dni.

Sprzęt – mój wybór (2012)

Plecak

Mój ulubiony plecak inov-8 race elite 25. Był ze mną zarówno na UTMB jak i na Maratonie Piasków, na rajdzie w Słowenii, w Czechach czy na pamiętnym destrukcyjnym Adventure Trophy w Arłamowie. Żyje 3 lata i ma się dobrze. Mimo sporej pojemności nie telepie się (ma opcję kompresji), a nie ma problemu z miejscem w środku, nawet na długich imprezach. W czasie drugiego startu w 2014 roku, używałem plecaka inov-8 Race Ultra 10 z kamizelką. Nadal preferuję lekko przyduże plecaki, które pozwalają łatwo manewrować sprzętem w biegu. Magda i Gediminas, którzy również startowali w 2014 roku, zmieścili się w ultramałym inov-8 race ultra vest. (GG zajął 5 miejsce)

Buty

inov-8 roclite 295. To najbardziej popularny model firmy. Zniszczyłem już 2 pary i uważam, że to naprawdę uniwersalny but. Jest bardzo lekki i ma dosyć cienką podeszwę, przez co wymaga nieco przyzwyczajenia u osób, które używały np. Salomonów czy Asicsów. Zerowa wodoodporność jest rekompensowana przez szybkie schnięcie i dobre oddychanie. Do tego agresywny bieżnik daje świetną przyczepność na mokrych fragmentach.

Nie pakowałbym się na trasę w butach z membraną.

Spodenki

The North Face – krótkie luźne gatki z 2 kieszeniami idealnymi na pakowanie ciastek + mała zapinana kieszonka z tyłu. Wewnątrz znajduje się jeszcze jedna warstwa która trzyma „części niesforne” w porządku.

Koszulka

W sumie mało istotny element. Ważne, żeby szybko schła i odprowadzała wilgoć. Wybrałem inov-8 tech tee. Ale nie zawahałbym się założyć czegoś z „niebieskiej serii” decathlonu. Ważne by nie byla to bawełna Przy wyborze koszulki warto upewnić się, że paski plecaka nie szorują po szyi. Dlatego najlepiej sprawdzają się modele ze stójką i suwakiem. Nie potrafię sobie w ogóle przypomnieć w czym biegłem po raz drugi. Chyba w teamowej koszulce.

Bluza

Wybrałem bluzę robioną kiedyś przez The North Face (w tej chwili najbliższy jest chyba model momentum). Ma przód chroniący przed wiatrem, przedłużane rękawy. Nie ma kaptura – wystarczy mi że kaptur jest w kurtce.

To ja w Triencie. Ponoć byłem już w kiepskiej kondycji, a do mety zostało 5 godzin.

Czołówka

Jako podstawowe światło posłużyła mi lampa Petzl Myo RXP. To klasyczne rozwiązanie. Daje wystarczająco dużo światła by widzieć wszystko pod nogami i przed sobą. Do tego jest lekka i można przełączać tryby jak również założyć rozpraszacz, który powoduje że plama światła jest większa, ale o mniejszym zasięgu. Zwykle używam Myo właśnie z tym rozpraszaczem. Na zapas wziąłem najmniejszą na rynku lampkę – Petzl e-lite wraz z zapasowymi bateriami. Niestety zapomniałem, że ta lampka ledwo co świeci pod nogi trupią poświatą i niewiele daje. Odczułem to pod koniec drugiej nocy, kiedy baterie były na wykończeniu i potykałem się zmęczony o kamienie i kilka razy wyrżnąłem o ziemię (raz właśnie czołówką po kamieniach, aż odcisnęla mi się na czole krwawa plama). Pamiętajcie zatem by brać naprawdę dobre baterie.

Skarpety

Ważne, żeby dobrze odprowadzały wilgoć i nie podarły się. Najlepiej by robiono je z dodatkiem Coolmaxu, czy podobnej przędzy i miały wzmocnienie w okolicach palców. Wykluczone są też „stopki” bo często w okolicach kostki nie przylegają dobrze do stopy i lubią wpuszczać tamtędy okruchy. Wziąłem na UTMB swoje stare kompresyjne Salomony – już nie produkowane. W kompresję wierzę nieszczególnie, ale te skarpety należą do mojego „zestawu szczęścia”. Na kolejną edycję zabrałem inov-8 race ultra mid – skarpety dobrze oddychające, dobrze przylegające do stóp i trudne do zniszczenia. Jeśli mam wątpliwość czy założyć mniejsze czy większe – zawsze biorę mniejsze. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku butów.

Mocowanie numeru

Numer musi być cały czas noszony na wierzchu, z tego względu nie warto doczepiać go do koszulki, którą się zmienia. Najlepiej mieć go na gumce, albo doczepionego do pasa biodrowego, tak by można było bez problemu szybko zdjąć plecak.

Przepak

Znajduje się po włoskiej stronie w Courmayeur. Jest w okolicach półmetka. Większość zawodników trafia do niego rano, po zejściu z wysokich przełęczy. Można do niego dostarczyć 30-litrową torbę ze sprzętem. Warto tam spakować suchą koszulkę, spodenki, skarpetki na zmianę, krem na obtarcia. Ja zdecydowałem, że nie będę w ogóle zostawiał torby na sprzęt. Zwykle nie mam pęcherzy i dobrze toleruję długie godziny w przemoczonych ciuchach. W praktyce wszystko co jest niezbędne na całej trasie jest równocześnie sprzętem obowiązkowym. Ale to ryzykowne podejście.

Osoby, które wahają się czy używać kijów, mogą wrzucić kije do torby depozytowej (o ile się zmieszczą). W drugiej części trasy kije są dużo bardziej przydatne ze względu na zmęczenie.

Korek na trasie. To widok z krótszej wersji UTMB zwanej CCC. Niestety na początku biegu zawodnicy wpadają na wąską ścieżkę i mają problemy z wyprzedzaniem.

Trasa

Trasa liczy sobie według różnych źródeł od 164 do 170 km. Na oficjalnej stronie jest 167,1 km i 9563 metry sumy podejść. (170 km, 10 000 metrów przewyższenia, 6 punktów z piciem, 11 punktów żywieniowych, limit czasu 46:30 – to parametry biegu w 2016 roku – przyp. red.). To rzeczywiście jeden z najbardziej wymagających biegów świata, ale trasa sama w sobie nie jest szczególnie trudna technicznie. Na polskich imprezach zdarzają się dużo trudniejsze zbiegi czy podejścia.

Start z Chamonix na szczęście ma długą rozbiegówkę i nie ma problemu by spokojnie zająć odpowiednie miejsce w peletonie. Ja przekroczyłem linię startu jakieś 3-5 minut od wystrzału startera, ale nie miałem problemu ze spokojnym przesuwaniem się do przodu. Po 1:45 od startu już byłem w komfortowym miejscu 250. w rankingu. Podobnie było 3 lata później. Nie ma się co spieszyć. Każdy zdąży się złachać.

Przez pierwsze godziny cały czas porusza się w wagoniku zawodników. Jeśli kończy się zawody w 35-40 godzin to właściwie cały czas ma się w zasięgu wzroku jakichś biegaczy. Nie ma problemu z samotnością długodystansowca. Jest do kogo się odezwać. Szkoda, że zawodnicy nie mają numerów na plecakach, bo na numerze jest podane imię i narodowość, a to dużo pomaga gdy chce się pogadać. Cały czas widzi się jednak plecy. W ten sposób musiałem próbować łamanego hiszpańskiego czy ultrałamanego włoskiego by zamienić parę zdań z zawodnikiem obok.

Organizatorzy cały czas reagują na zmiany pogody i działają bardzo asekuracyjnie. Wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić by kilkaset osób przebywających w jednym momencie nocą powyżej 2000 m n.p.m. trafiło na zamieć śnieżną. Dlatego też na trasie trudno jest szczególnie zmarznąć. To co organizatorzy wymagają jako sprzęt obowiązkowy – zupełnie wystarczy.

Na trasie w 2011 roku były niewielkie opady śniegu, ale trasa była ledwie przyprószona. Wszystkie miejsca, gdzie było więcej śniegu, zostały pominięte. Szlaki, po których się biega są dobrze utrzymane. Nie ma na nich dużego błota, czy rozległych piargów. Nawet nocą można biegać pewnie, bez obawy, że wywinie się serię orłów. Oczywiście wszystko zależy od samopoczucia. Drugiej nocy już wywijałem orły, ale to głównie z powodu zmęczenia. Przydają się buty z wyraźnym bieżnikiem, ale nie potrzeba jakiejś szczególnej izolacji od podłoża – bo podłoże jest łagodne.

O ile podbiegi są sporym wyzwaniem psychicznym i trzeba być gotowym na pokonanie w jednym kawałku np. 1500 m do góry, a potem na powtórzenie tego kilkakroć, tak zbiegi są co najmniej równie trudne. Dla mnie najtrudniejszy był ten prowadzący do Courmayeur w połowie trasy. 9 km cały czas na sporej prędkości w dół. Ponad 1200 metrów różnicy wysokości. Nogi już zmęczone, ale trzeba się pilnować bo w tym miejscu jest do pokonania jeszcze baaardzo długi dystans. Strome miejsca są łagodzone starannie ułożonymi serpentynami. Biegnie się króciutkimi odcinkami w tę i na zad.

Start w 2011 roku miał miejsce o 23:30 – stąd ta ciemność. Był przesunięty przez wzgląd na pogodę. Zwykle startuje o 18.

Na całej trasie raz miałem problem z nawierzchnią. W okolicach Praz de Fort (118. km) był odcinek w dolinie rzeki, gdzie kilka kilometrów należało pokonać na luźnych kamulcach. Gdy jest się w trasie kilkanaście godzin – można się wściec. Ale w sumie spodziewałem się gorszych warunków. Błota jest bardzo mało, skały i głazy raczej trafiały się na podejściach.

Jak ktoś nie lubi asfaltu to będzie wniebowzięty. Jest go naprawdę mało. Kilka krótkich odcinków na początku czy w środku trasy. Zdecydowana większość to dobrze ubite, przygotowane ścieżki.

Rywalizacja i taktyka

Bieg jest absolutnym topem jeśli chodzi o rywalizację czołówki. Ten kto wygrywa jest bohaterem całego świata ultra. I to zarówno pośród mężczyzn jak i kobiet. Ostatnio najlepiej sobie radzą Hiszpanie. W 2011 roku na czele był peletonik 3 biało odzianych zawodników sponsorowanych przez Salomona. Wygrał Kilian Jornet bijąc rekord trasy. Każdy wynik poniżej 21 godzin to jest absolutny kosmos. Ale nawet zwycięzcy nie biegną całej trasy. Stromsze podejścia pokonują marszem. (Rekordzistą trasy UTMB jest Francuz François d’Haene, który w 2014 r. przebiegł dystans w 20 godzin 11 minut i 44 sekundy – przyp. red.). W latach 2014 – 2016 lista faworytów była potwornie długa. W sumie ze 20 kandydatów na podium, do tego 50 biegaczy gotowych zamieszać w pierwszej 10. No i jeszce bliżej nieokreślona liczba „czarnych koni” – lokalnych biegaczy nie wymienianych na listach, a którzy szczyt formy mają właśnie na UTMB.

Wśród pań zwyciężyła Brytyjka Lizzy Hawker z czasem 25:02 i była 13. w klasyfikacji generalnej. Kilka tygodni później pobiła rekord świata w biegu 24-godzinnym uzyskując 247 km. Można na tej podstawie szacować, że UTMB to odpowiednik płaskiego dystansu nieco ponad 250 km. (Obecny rekord kobiet należy do Amerykanki Rory Bosio. W 2013 roku uzyskała czas 22:37:26 – przyp. red.).

Wśród panów wskoczenie Polaka do pierwszej 10. (czas około 24 godzin) jest teoretycznie możliwe. Wśród pań nasze najmocniejsze zawodniczki są w stanie walczyć o pudło. Ale raczej nie o jego szczyt. (Najlepszy wynik Polaka to zdobyte w 2015 roku przez Piotra Hercoga 11. miejsce, w czasie 24 godziny, 10 minut i 54 sekundy – przyp. red.).

Mnie udało się zająć 30. miejsce, co w czasie pisania artykułu (2012) jest najlepszym polskim wynikiem, ale lista zgłoszeń z tego roku sugeruje, że ktoś to poprawi (jak widać – poprawił. Były też mocne wyniki Pawła Dybka, Piotra Hercoga i Magdy Łączak na mocno skróconej trasie).

Mniej więcej połowa spośród 2300 startujących nie dociera do mety.

Najlepsi na mecie.

Pod względem taktyki najważniejsze jest spokojne rozpoczęcie biegu. Właściwie należy założyć, że wyścig zaczyna się w Courmayeur (78. km) i pomyśleć, że wszystko wcześniej to tylko przydługie dojście do bazy imprezy. Dla tych co przeginają na początku, organizator przygotował w końcówce 3 podejścia po 600-800 metrów, które zmieszają ich ze szlakiem i wyplują z woli walki.

Nie należy się absolutnie sugerować tempem peletonu czy próbować ścigać przed Grand Col de Ferret (99. km), bo tam UTMB jeszcze nawet nie zaczyna gilać. Na ostatnich 30 km można stracić lub zyskać nawet 2 godziny. Lepiej zyskać. Tyle jeśli chodzi o taktykę. Reszta to kwestia przygotowania fizycznego i psychicznego.

GPS, profil i mapa

Kliknij po aktualny profil biegu.

Ze swojego doświadczenia mogę stwierdzić że mapa na UTMB jest sprzętem zupełnie zbędnym. Warto się z nią zapoznać przed zawodami i postudiować przez godzinkę, ale w trakcie biegu nie ma sposobu by sensownie operować kilkunastoma arkuszami w skali 1:25 000 które są dostarczane w formie pliku pdf (plik z 2011 roku – 18.5 MB) na kilka miesięcy przed startem.

Trasa jest oczywista i dobrze oznakowana przy pomocy faworków z odblaskami. Zdarzają się odcinki prowokujące do skracania (np. serpentyny). Ale ludzie z reguły nie ścinają trasy. Przynajmniej ja nie widziałem. Zresztą zyskali by bardzo mało. Jedne serpentyny straszliwie prosiły się o ścięcie – szeroki szuter 5 razy przecinający trawiaste pole. Długo musiałem tłumaczyć swojemu sumieniu, że nie warto w tym miejscu oszukiwać.

Najlepiej kontrolować postęp trasy poprzez jej profil. Ja miałem wydrukowany pasek papieru z profilem i planowanymi czasami dotarcia na kolejne wierzchołki czy przełęcze. Dane ściągnąłem z kalkulatora przygotowanego przez jakiegoś francuza w formacie .xls

Plik jest bardzo rozbudowany i w dodatku po francusku – polecam skupić się na dwóch zakładkach – VO2 max i na UTMB+ pozwalają one oszacować wynik na podstawie wydolności i obliczyć o której godzinie będzie się w konkretnych punktach trasy.

Jest też wersja prostsza oparta na WWW.

Co ciekawe – domyślne ustawienia kalkulatora zakładają, że zawodnik cały czas zwalnia w trakcie zawodów, a końcówkę robi na 0,65 prędkości początkowej. Dla mnie to było straszliwe założenie. Po co planować coś tak głupiego? Co prawda większość osób tak kończy zawody, ale to wynika właśnie ze złej taktyki, a nie z planu. Jako ideał traktowałem pokonanie dwóch połówek w tym samym tempie. Oczywiście się nie udało. Ale próbować zawsze warto.

W czasie wyścigu trwającego ponad 20 godzin, pojawia się problem kontrolowania bieżącego tempa i położenia. Odbiorniki GPS działają po 12-20 godzin, a potem padają. Kontrola tempa chwilowego wydała mi się absurdalna, bo w górach tempo zmienia się dramatycznie przy ciągłej zmianie nachylenia, podłoża. Zrezygnowałem z GPS zupełnie. Pożyczyłem sobie natomiast zegarek z barometrycznym pomiarem wysokości. I to się okazał strzał w 10. Pod ręką miałem profil trasy z zaznaczonymi wysokościami punktów docelowych i czasem kiedy mam się tam pojawić. Gdy wspinałem się z doliny położonej na 1300 m n.p.m. do przełęczy na 2500 m n.p.m. to najważniejszą daną wcale nie był dystans do tej przełęczy, a jej wysokość i to ile zostało. Co mi po informacji, że do wierzchołka jest 3 km? Najważniejsze, że trzeba się wrypać 500 czy 700 w górę. Dodatkowo dystans mogłem sobie kontrolować rozpiską punktów żywieniowych, dla których znałem położenie.

Rozwój techniki przez ostatnie lata był niesamowity. Teraz można bez problemu śledzić bieżące położenie, dzięki zegarkom które dostosowane są do długotrwałego wysiłku i sprawdzają aktualne położenie dosyć rzadko. Są nawet aplikacje na smartfona, które pomagają zlokalizować się na trasie. Tak czy inaczej moja metoda z 2011 roku jest nadal skuteczna, a ja uważam, że im mniej uzależniamy się od elektroniki, tym lepiej dla nas.

Trochę problemów rodzi się w momencie gdy organizator zmienia trasę. Dzieje się to w przypadku trudnych warunków pogodowych. Wówczas niestety dobrze by było mieć mapę lub chociaż nowy profil wysokościowy i dystansowy. A tego nie ma. Dostajesz SMS na temat ominięcia danej góry i o zmianie długości całego dystansu, ale na tym kończą się szczegóły. To było dla mnie bardzo frustrujące, gdy nie wiedziałem dokładnie czy zbiegam na 1000 m n.p.m. czy na 500 do Martigny przy granicy szwajcarskiej (dobrze, że byłem tam dzień wcześniej autem). Lecisz po prostu za oznakowaniem.

Na szczęście miałem ze sobą telefon i mogłem konsultować zmiany trasy z żoną. Wydałem oczywiście sporo pieniędzy na szwajcarski roaming, ale wieści o wysokościach i dystansach były bezcenne dla mojej psychiki.

Pomyślcie o tego rodzaju wsparciu gdy wyruszacie na UTMB. W Polsce dużo łatwiej zdobyć informacje patrząc na stronę www, niż wypytując francuskojęzyczną obsługę, która ma tylko szczątkowe dane.

Na trasie jest pełno kibiców, którzy świetnie dopingują. Nie wiadomo skąd się biorą staruszki w oknach o 3 rano, które dzwonią dzwonkami i pokrzykują coś o bonach i kurażu. Sama meta to już przeżycie mistyczne. Do Chamonix wbiega się w specjalny tor oddzielony od wielotysięcznej publiczności. Zanim doleci się do mety, robi się rundę honorową w wiwatującym tłumie. Od samego oglądania można się wzruszyć, a co dopiero gdy się samemu kończy. Jak ktoś lubi oglądać płaczących facetów, albo samemu pochlipać – niech startuje w UTMB!

Co istotne – przez cały weekend ogląda się ludzi startujących bądź kończących biegi. W mieście jest ponad 6000 zawodników (Aktualnie ponad 7500! – przyp. red.).

Kliknij na profil poniżej żeby zobaczyć go w pełnej krasie.

Profil_UTMB2016

Nocne wyczekiwanie na zawodników.

Chamonix przed i po biegu

Samo miasteczko też jest niesamowite. Pełno w nim sklepów ze sprzętem, są wypożyczalnie super-rowerów, knajpy pełne wspinaczy. Wszędzie kręcą się wyżyłowani kolesie szykujący się do biegu i straszący rywali ogolonymi łydkami kanciastymi jak cinquecento.

Jeśli potrzebujecie poszerzenia treści – zadawajcie pytania w komentarzach. Postaram się pomóc.

Ściągnij track całej trasy w formacie .kmz do obejrzenia w Google Earth.

Zdjęcia: Piotr Dymus www.piotrdymus.com

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany