[size=x-large]Debiut na dystansie IronMan – Artur Kurek[/size]



[i][size=x-small]fot. Celina Filuś [/i][/size]

Zawody triathlonowe to inna strona sportu, którą zdarzyło mi się oglądać i poczuć w palących mięśniach po ponad 10 latach ścigania się w lesie i w górach. Od wielu lat marzyłem o takim starcie i ukończeniu jakichkolwiek zawodów triathlonowych, IronMan to było marzenie. Ta strona rywalizacji bardzo mi odpowiada: nie ma niedomówień, źle ustawionych punktów kontrolnych, niedospania, znużenia zawodami…

Ból podczas zawodów na dystansie IronMan był momentami podobny do tego podczas Adventure Racing. Wydaje mi się jednak, że nieco lepsze przygotowanie pozwoli jeszcze lepiej cieszyć się z uprawiania triatlonu, który jest dla mnie królewską dyscypliną sportową. Dzisiaj pozwalam sobie na takie dywagacje dlatego, że startowałem w kilku zawodach nie tylko w Polsce: biegi uliczne, górskie, ultra, na orientację, maratony MTB, zawody MTB na orientację, podziwiać jedynie mogłem pływaków bo nie startowałem w wodzie nigdy. Pływanie obchodziłem z daleka pewnie dlatego, że zawsze podczas zawodów przewodzi mi dość przekorne sformułowanie, które kiedyś usłyszałem: „jeśli nie chcesz się ścigać to nie startuj”, a pływam słabiutko… więc nawet nie ścigałbym się z żadnym czasem, walczyłbym tylko o przeżycie.

[b]Dobra passa[/b]

W 2010 roku super układało mi się sportowo. Na początku roku leczyłem kontuzję kolana, po super starcie w Abu Dhabi na pustyni. Tam poznałem Beni’ego. Bernhard Hug to strasznie mocny triathlonista ze Szwajcarii, który zgodził się wystartować ze Speleo Salomon w rajdzie Abu Dhabi Adventure Challenge 2009. Jego podejście do treningów, do zawodów, do sportu było tak proste i życzliwe, że gnębiłem go pytaniami o IronMan’a. Wymijająco odpowiadał, skromniś, ale kilka cennych uwag zapamiętałem. W związku z tym sprawiłem sobie najlepszy rower na jaki mnie było stać. Dzięki Piotrkowi Kosmali znowu poprosiliśmy naszego Sponsora, firmę Rocket Bikes, żeby wyposażył nas w rowery. Kupiłem sobie szosóweczkę, Rocket dołożył nawet lepsze kółka bo standardowych akurat nie miał, a Piotrek „lemondkę” i miałem prawie triathlonowy rower. Prawie, bo musiałem go nieco przerobić, żeby pozycja była w miarę wygodna.

Potem zacząłem myśleć o pływaniu, pożyczyłem za małą piankę i kupiłem książkę o metodzie pływania Total Immersion. Trochę popływałem i po kilku tygodniach stwierdziłem, że pływam jeszcze gorzej więc zapisałem się na kurs kraula metodą Total Immersion i … chyba pomogło bo zacząłem pływać tym samym tempem ale bez zmęczenia.
W międzyczasie pod koniec marca wystartowałem w półmaratonie, po 5 tygodnich treningu – czas 1:24, byłem z tego bardzo zadowolony, tym bardziej, że jeszcze niedawno nawet na rowerze nie mogłem jeździć ze względu na ból kolana, a podczas pływania nie mogłem pracować bolącą nogą, no kicha maksymalna.

Na początku maja wystartowaliśmy w Adventure Trophy – kultowym i najstarszym rajdzie adventure w Polsce. No i udało się go wygrać. Potem zacząłem mocniej trenować bieganine, żeby wreszcie wystartować w Sudeckiej Setce, kolejnym kultowym już wyścigu na 100 km po górach w okolicach Wałbrzycha. No i tam też udało się wygrać, co uważałem za nieprawdopodobne. Za 3 tygodnie towarzysko pojechałem do Pasterki na Maraton Gór Stołowych. Chyba nie zdążyłem dobrze zregenerować się po setce bo na maratonie już po 10 km ścięło mnie dokumentnie, tak bardzo, że myślałem o zejściu z trasy. Jakoś jednak doczłapałem i wywalczyłem w końcówce 2 miejsce, tracąc około 30 min do zwycięzcy, silnego Piotra Karolczaka.
Tak podbudowany psychicznie pod koniec lipca zdecydowałem, że wystartuję wreszcie w triatlonie w Borównie na dystansie IronMan. Może szaleńczy pomysł, ale czułem, że skończę. Postanowiłem tym razem pościgać się po prostu z czasem i skończyć poniżej 11:30. Tak sobie wyliczyłem: pływanie – 1:30, rower – 6:00, bieg – 4:00, no i coś trzeba urwać z tego, żeby wystarczyło czasu na przebieranki pomiędzy dyscyplinami.

[b]Tuning[/b]

Na początku bałem się ogólnie, że będzie mocno bolało na rowerze, jeśli na starcie się nie utopię. Potem po kilku pływaniach w piance na otwartych wodach stwierdziłem, że chyba przepłynę no i zacząłem się bać roweru. Katowałem tylko jazdę indywidualną z bieganiem zaraz po rowerze. Upały spowodowały otarcie pachwin i pośladków. Spodziewałem się katastrofy na siodełku… ale podczas wakacji w drugiej połowie sierpnia w Jastarni, wyleczyłem rany bo w ogóle nie jeździłem rowerem. Zamuliłem się za to biegowo, byłem coraz wolniejszy. Dobrze, że miałem jeszcze 2 tygodnie do zawodów, z czego mocno trenowałem 1 tydzień, a ostatni przeznaczyłem na regenerację. Obawa przed rowerem jeszcze bardziej urosła bo na treningach dramatycznie spadła mi średnia, wiało mocno i bardzo słabo się czułem podczas jazdy przy silnym wietrze.
Z tym, że im bliżej do zawodów to coraz mniej się bałem – zupełnie odwrotnie niż zwykle przed zawodami Advneture Racing. Pewnie dlatego, że na rajdach nigdy nie wiadomo co za przygody i zasadzki przygotują organizatorzy.
Pozycję na rowerze jakoś poprawiłem, ale nadal było mi niewygodnie i po 2 godzinach bolało mnie wszystko. Nie miałem już żadnej możliwości zmiany: obniżyłem czubek siodełka, podwyższyłem mostek, podniosłem podłokietniki, przesunąłem siodełko do przodu – trochę wygodniej, ale nie na długo. W perspektywie 6 godzin na siodełku obawa rosła. Wiedziałem jednocześnie, że w warunkach rywalizacji, adrenaliny, zawodów, jakoś wytrzymam.
No i nadszedł dzień wyjazdu, pojechałem zupełnie bez stresu. Przygotowałem się jak mogłem fizycznie, o psychę się nie martwiłem, nie takie rzeczy się robiło. Ale to jednak dystans IronMan – moje marzenie, dlatego wypadało wobec swoich oczekiwań jakiś ambitny czas uzyskać. 11.30-12.00 to chyba jak dla mnie czas realny, a więc pozostało tylko napiąć łydki.
W dzień startu zadzwonił budzik o 5.00. Wyszedłem rozruszać się nieco, sprawdziłem wodę jeziorze… była ciepła, miła! Potem zjadłem lekkie śniadanko, popijałem wodę i izotonik. Zebrałem klamoty i zaniosłem wszystko do strefy zmian, sprawdziłem rower, ułożyłem ciuchy do przebierania. Trochę pomarudziłem to tu, to tam. 20 minut do 7.00 – szybko ubrałem piankę i 15 minut przed startem byłem już na pomoście. Towarzystwo się smarowało olejkami, a ja dopasowywałem okularki bo zawsze mam z tym problem: albo mam krzywy ryj albo zawsze trafiają mi się krzywe okularki… chyba jednak to pierwsze. W końcu po kilkunastu próbach chyba dobrze przylegały, ale już nie było czasu na poprawki bo krzyczą, że start!

[b]Poszli![/b]

Poszły konie po … popłynęliśmy. Okularki wytrzymały ciśnienie. Wystartowały jedynie 62 osoby, a taki był tłok, że ciągle na kogoś wpływałem albo ktoś na mnie. Na 1 boji chyba utworzył się peletonik, za którym doskonale mi się płynęło. Nie chciałem przyspieszać bo nie wiedziałem czy wytrzymam taki dystans. Dopiero na ostatniej 4 pętli postanowiłem przyspieszyć i … kurde odpłynąłem tej grupce, że też wcześniej nie przycisnąłem. Jakże ja byłem szczęśliwy, że udało mi się przepłynąć i to jeszcze w czasie około 1:15. No to Panie, pomyślałem, jak tak gładko poszło pływanie, to trzeba cisnąć na pedały i nie odpuszczać. Już siedząc na siodełku zdałem sobie sprawę, że pływanie to była dla mnie rekreacja, ale chyba niewiele szybciej mogłem popłynąć, nie z moją techniką.
Na rowerze początkowo miałem zawrotną dla mnie średnią 32,8, druga pętla podobnie. Nie podpalałem się i jechałem swoje. Trzecia i kolejne pętle jechaliśmy już w większym wietrze, w związku z tym traciłem wysoką średnią i ostatecznie skończyłem rower ze średnią ok. 31,9 (5:44). Bolało mnie wszystko, ale tego się akurat na rowerze spodziewałem. Porównując swoją pozycję na rowerze z innymi zawodnikami wiedziałem już dlaczego mnie boli. Rower generalnie do poprawy. Urwałem jednak z założonego czasu już około 30 minut. Na moje ulubione bieganie ruszyłem w euforii: nic mnie nie może powstrzymać od ukończenia IronMan’a. Pomyślałem nawet, że skoro czuję się dobrze, nie mam obdartych pośladków, może pobiegnę poniżej 3:30! Byłoby super przyjemnie i miło gdybym nie zapomniał o żarciu. Chyba na 4 lub 5 piątej pętli (było ich 8) zassało mnie i niemalże zatrzymało. Dotruchtałem jakoś do punktu z żarciem, ale było już za późno. Najadłem się i po kilku minutach odzyskałem wigor, jednak nie mogłem już tak żwawo galopować. Dwa czy trzy razy musiałem nawet przejść do marszu. Zastanawiam się teraz czy to powodu słabego odżywiania czy po prostu zmęczyłem się po 20 km biegu. Zostawiłem sobie trochę zapasu sił na finisz i udało się wyprzedzić jednego z Czechów na ostatnim nawrocie i finiszować w miarę moich możliwości, może nie w podskokach, ale jednak pełnym galopem. Czas biegu 3:37.
Nigdy wcześniej nie przepłynąłem 3,8 km, nigdy nie przejechałem 180 km, nawet w grupie na szosie (w 2009 podczas zawodów Adventure Racing w Szwecji pokonaliśmy 2 odcinki około 300 km, ale to jednak MTB, orientacja, 4 zawodników na zmiany), nigdy nie przebiegłem pełnego maratonu i nigdy nie startowałem w zawodach triathlonowych. Ale podoba mi się ta dyscyplina i mam nadzieję, że to nie koniec moich IronMan’ów., na krótsze może się wybiorę na trening.

[i]Artur Kurek na codzień startuje w drużynie Speleo Salomon[/i] – www.speleoteam.pl

Wynik i międzyczasy:
Pływanie 3,8km: 1h 16min
Rower 180 km: 5h 44 min
Bieg 42,195 km: 3h 37min
+ zmiany 6min 30 sekund

[b]Total: 10h 45min[/b]

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany