[size=x-large]Relacja z finału AR Cup 2008 – Kompas AR[/size]


[size=x-small][i]Informacje ogólne:
W dniach 10-12.10 2008, w małej wiosce Drzewina na Kaszubach odbyła się finałowa edycja Adventure Racing Cup – największego cyklu rajdów przygodowych (Adventure Racing) w Polsce. Rywalizacja przebiegała w dwóch kategoriach – PROFI i OPEN. Limitem na ukończenie obydwu tras było 12 godzin.[/i][/size]

[b]Trasa PROFI[/b] o większym poziomie trudności miała – około 100 km długości (trail running 8 km, rowery 15 km, kajaki 12 km, rowery 50 km, trekking 15 km). Ścigali się na niej doświadczeni zawodnicy

[b]Trasa OPEN [/b]była łatwiejsza, dawała możliwość ukończenia rajdu także przez początkujących. Miała około 45 km (trail running 8 km, rowery 10 km, kajaki 5 km, rowery 15 km, trekking 8 km).

Prologiem do rajdu były indywidualne zawody „Salomon Trail Running”. Trail Running inaczej biegi terenowe to sport dla wszystkich lubiących bieganie poza utartymi szlakami. Trasa zawodów musi byś dobrze przygotowana, by nie było wątpliwości co do jej przebiegu. Tak też było podczas Kompas Adventure Race. Indywidualne wyniki biegu pozwoliły ustalić kolejność startów poszczególnych zespołów.

Bardzo zależało mi na udziale w cyklu rajdów ARCup. Ponieważ opuściłem pierwszą edycję rajdu w Skokach zdecydowałem, że nic nie powstrzyma mnie od udziału w majowych zawodach w Zakopanem. Do ostatniej chwili nie miałem jednak partnera. Z Markiem Kowalskim poznaliśmy się przez Internet. Przed startem nie widzieliśmy się ani razu, dlatego też zgłosiliśmy nasz team pod nazwą „Zespół z przypadku”. Tamte, jakże emocjonujące zawody, ukończyliśmy na trasie PROFI ledwo mieszcząc się w wyznaczonych przez organizatorów limitach. Tym razem wybraliśmy bardziej odpowiadającą nam trasę OPEN pod nazwą „To nie przypadek”.

[b]Trail Running[/b]
Żółta brama startowa Salomona na zielonej trawie. Pomiędzy nimi duża grupa wesołych, ubranych w kolorowe obcisłe stroje (najczęściej czarno, niebiesko – czerwone) zapaleńców biegania. Po obu stronach dwa lśniące Saaby w subtelnym obrandowaniu SaabSalomon. W powietrzu mimo, że (to październik) jest ciepło i słonecznie czuć zapach maści rozgrzewających i „wibracje adrenaliny”. Niewiadomo kiedy do startu zostaje 10 sekund…Myślę „liczy się tylko teraz”, potem to już historia…. START! Początek stanowi stromy wąski podbieg, wyrywam więc do przodu by zyskać przewagę i możliwość swobody ruchów. Każdy kij ma jednak dwa końce – jestem pierwszy ale dyszę. Pulsometr pokazuje tętno 193 – muszę zwolnić. Za szybko zacząłem, wymiękam ….wyprzedza mnie dwóch zawodników – Bonarski Dariusz i Paszyński Piotr. Mój zegarek biegowy traci połączenie z satelitami – technika zawodzi…by kontrolować tempo i dystans muszę już teraz polegać tylko na sobie. Wkrótce teren wyrównuje się. Trasa wbrew zapowiedziom nie jest aż tak mokra jak myślałem. Trzeba uważać na głębokie koleiny, błotne kałuże i smagające po twarzy gałęzie. Nadal trzymam się rywali ale czuję, że mnie przejrzeli. Czytam wyraźnie z ich twarzy „On rzadko biega w górach, na podbiegach znacznie zwalnia”. Mają rację. Wkrótce jednak łapię oddech atakuję, wychodzę na prowadzenie. Jestem pierwszy przez zdecydowaną większość biegu. Moje tętno utrzymuje się cały czas w granicy 190 ale są już efekty. Zgubiliśmy Darka, biegniemy we dwóch! Piotrek towarzyszy mi jak cień, słyszę wyraźnie jego kroki, czuje jego równy oddech. Wiem, że muszę coś zrobić, by go zgubić. Staram się go sprawdzić – celowo zwalniam na jednym z podbiegów, czekam aż zaatakuje i nic, on też zwalnia. Wykańcza mnie to psychicznie, może dlatego nagle wydaje mi się, że widzę metę… przyspieszam, biegnę coraz szybciej, zbyt szybko. Na szczycie kolejnego podbiegu czuję się jakby przeszyła mnie strzała, prawie się zatrzymuję – to nie była meta! Mój rywal mija mnie w podskokach zbiegając rączo w dół polany. Ostatnim tchnieniem doganiam go ale…. jest już za późno. Wyścig należy do niego, a ja muszę walczyć o utrzymanie drugiego miejsca, bo Darek depcze mi po piętach. W końcu wykonuję niemrawy finisz, jestem na mecie! Za dwie godziny trzeba szykować się do startu w rajdzie!

[b]Rajd[/b]
Dobre wyniki z trail runningu, pozwalają nam na start w samo południe, jako jeden z pierwszych zespołów. Zaczynamy na rowerach. Towarzyszą nam najlepsi – jak zawsze SPELEO SALOMON „w różnych odsłonach”. Nasz plan wydaje się być prosty – wytrwać w pogoni za nimi do strefy zmian na kajaki. Ich tempo jest zdecydowanie za szybkie.. ledwo pedałuję… staram się nie stracić ich z oczu. Taaak…. Gubimy ich zaraz na pierwszym punkcie. Trochę oszołomieni jedziemy „na czuja”. Chwilę później okazuje się, że robimy kółko – ponownie trafiamy na pierwszy punkt. Wiemy, że w międzyczasie minęło nas kilka zespołów. Jeden z nich zjeżdża z głównej drogi w chaszcze. Wyglądają na takich, co wiedzą co robią. 3 minuty później jak niepyszni wycofujemy się z przemoczonymi nogami z jakiś bagien. Koniec tego! Teraz nawigujemy sami! Szybko docieramy do najbardziej malowniczego etapu tych zawodów – kajaków na Jeziorze Przywidzkim. Ruszamy raczej niezdarnie. Nigdy wcześniej nie płynęliśmy razem (to dziś rano ustaliliśmy, że ja płynę z przodu a Marek z tyłu). Na głowach nadal mamy kaski a na rękach rękawiczki rowerowe. Bardzo szybko znajdujemy wspólny kajakowy język i płyniemy już jak „króliki z reklamy baterii Duracell”. Wiosłujemy jak roboty. Mamy do zaliczenia trzy punkty kontrolne w dowolnej kolejności. Decydujemy się na podbicie punktu A, następnie C i B. Sprawnie docieramy do A położonego w zatoce, skąd jak motorówka na fali prujemy do C. Tam zaczęła się prawdziwa przygoda. Myślę, że mimo pięknej słonecznej pogody wszyscy przeżyli „swoje chwile”. Silny wiatr doprowadził do powstania wysokiej fali. Nasz kajak przebijał się przez falę jak lodołamacz. Byliśmy cali mokrzy ale nadal konsekwentnie trzymaliśmy kurs i zacięcie wiosłowaliśmy. Po etapie kajakowym okazało się, że jesteśmy jednym z pierwszych zespołów. Przed nami najdłuższy, rowerowy etap rajdu. Ruszamy bez zastanowienia, by po chwili spotkać „Green Beer Team” czyli Tomka Radomińskiego i Marka Choromańskiego, liderów kategorii OPEN. Mijamy się z nimi raz za razem. Próbujemy uciec, ale na próżno… zawsze nas doganiają. Po krótkiej rozmowie decydujemy, że nie będziemy rywalizować między sobą i że wspólnie skończymy zawody! Równym tempem jedziemy do strefy zmian. Przepak zajmuje nam może ze trzy minuty. Zostawiamy rowery, dużo pijemy, zmieniamy buty, zabieramy apteczkę z plecaka i na lekko, ruszamy pod stromą górę. Na szczycie czeka na nas nietypowe zadanie specjalne – coś na wzór wojskowego toru przeszkód. Szybko przebiegamy po pniu drzewa potem nad wieloma „zdradliwymi” sznurkami, następnie pokonujemy raz górą, raz dołem trudniejsze przeszkody. Przebiegamy przez „pole opon” by w końcu przejść na rękach wzdłuż błotnistego rowu. Zbiegamy z góry i „jak na skrzydłach” ruszamy do kolejnego punktu. Wkrótce jednak pojawiają się kłopoty – Marka łapią bardzo silne skurcze nóg. Nie jest w stanie biec. Robimy dobrą minę do złej gry. Mamy przed sobą długi, płaski, odkryty odcinek. Nerwowo oglądamy się do tyłu. Wiemy, że w każdym momencie może zza zakrętu wyłonić się ścigający nas zespół. Od czasu do czasu podejmujemy próbę truchtu. Marek zaczyna czuć się w końcu lepiej docieramy na punkt, potem kolejny i tak do mety. Końcową linię przekraczamy trzymając się za ręce we czwórkę. Wygrywamy. Teraz ściskając się gratulujemy sobie wzajemnie. Trasę skończyliśmy w 4 godziny 22 minuty pokonując ponad 50 kilometrów. Po niecałych pięciu minutach dociera Airbike – czyli depczący nam po pietach Paweł Burzyński i Konrad Suliński.
Do wieczora ponownie przeżywamy cały rajd dzieląc się wrażeniami z innymi. W końcu są już prawie wszyscy. Następuje uroczyste podsumowanie zawodów i rozdanie atrakcyjnych nagród. Spalone kalorie szybko uzupełniamy na bankiecie kończącym cykl zawodów. Suto zastawiane stoły i zimne piwko przyczyniają się do osiągnięcia pełni szczęścia.
Bez wątpienia były to doskonale zorganizowane zawody. Szef Zawodów – Maciej Sokołowski oraz Sędzia Główny Tomasz Deroń spisali się na medal. Trasa była niezwykle malownicza i ciekawa. Nie będąc zbyt trudną nawigacyjnie, dawała jednocześnie wiele możliwości wyboru wariantów. Lokalizacja punktów w terenie w pełni pokrywała się z umiejscowieniem ich na mapie. Wiele z punktów było obsadzonych przez niezastąpioną, sympatyczną obsługę rajdu. Myślę, że wszyscy nie możemy się już doczekać przyszłorocznych edycji zawodów!

Marcin Lewandowski

O Autorze

Avatar

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany