Kiedyś zastanawiałem się jak biega się w Alpach. Wysokie góry, inne niż nasze Karkonosze, nawet wyższe niż Tatry. 

Już nie pamiętam czy zapisywałem się bardzo wczesną kalendarzową porą (w zimie) , ale otrzymałem informację o nadanym numerze w Pitz Alpine Glacier Trail na dystansie P100. Facebook ma ogromną siłę. Zobaczyłem zainteresowanie kolegi Pawła tym samym wydarzeniem. Pierwsza myśl, Alpy? Przecież to wysokości, lodowce, a patrząc na profil okazuje się, że może być to powtórka Trans Gran Canarii. 6500 m na odcinku 100 km,bardzo dużo z uwagi, że pokonywałem takie profile. No cóż, może będzie to możliwe. Mocno się zastanawiałem nad udziałem w wydarzeniu tym bardziej, że 2 tygodnie temu ukończony został dystans 240 km. Pomimo takiego dystansu, nic nie bolało, kuracja stawowa i witaminowa czyniła cuda, jednak regeneracja powinna trwać dłużej. Jakby dystans 240 wogóle się nie odbył, tak się czułem. Dlatego w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się z Pawłem na uczestnictwo w “alpejskim szaleństwie”. Sam bieg nie jest drogi (od 35 euro do 150 euro,w zależności od terminu zapisu). 900 km w jedną stronę samochodem to kawał drogi jednak w dwójkę jest to osiągalne. Od razu zakładałem, że dystans P100 może się nie udać, ale była możliwość ukończenia dystansu mniejszego z tym samym dorobkiem punktowym.

Tak więc wyjazd w Alpy na dystans P100 okazał się podniesioną wysoko poprzeczką. Dlaczego? 2 podejścia na wysokość 3 tysięcy, będzie to dla mnie bardzo ciężkie doświadczenie. Po drodze uszkodziło się sprzęgło na autostradzie, co nam uniemożliwiało kontynuowanie podróży w godzinach wczesnych, popołudniowych w Niemczech.

Jesteśmy zmęczeni samym załatwianiem transportu, decyzjami. Po długiej rozmowie z szefem Kia, gdy usłyszał jakie odległości ultra pokonałem ostatnio oraz dzięki możliwości komunikowania się po niemiecku (Paweł), ów właściciel serwisu pożycza samochód testowy na kontynuowanie podróży i powrót do serwisu. Niewiarygodne…

Pozostaje nam około 400 km do pokonania a przewidywany czas dotarcia to prawie północ. Cóż odebranie numerów startowych nastąpi przed startem (3:00, Paweł później), oraz weryfikacja sprzętu i bardzo krótki czas snu.

Przyjeżdżamy na miejsce koło godziny 23. Meldujemy się u szefa biegu, ale pakiety możemy odebrać dopiero po zweryfikowaniu, jak wcześniej wspominałem, naszego sprzętu. Po męczącej podróży, trzeba się zorganizować. Wstać około 2:30 rano. Trochę właściwie lepiej się czuje po dwóch godzinach snu. Po dosłownej minucie biegu pada mi czołówka. Jestem zmuszony biec z kimś ku pierwszemu szczytowi po kompletnie nieznanym terenie (pierwszy 3 tysięcznik). Zawodnicy narzucają wysokie tempo co już na początku jest mocno odczuwalne. Dodatkowo trzeba mocno się skupiać na nogach zawodnika przede mną – trzeba widzieć podłoże. Powoli wstaje dzień i nigdy jeszcze mnie tak świt nie cieszył. Samo dotarcie na szczyt już wykończyło a co będzie dalej? Są jeszcze lodowce, zbiegi. Po przekroczeniu punktu żywieniowego szykują się kolejne bardzo ostre zawijasy ku górze. Tutaj już przeszkadzają zawodnicy z dystansu półmaratońskiego, bo przed chwilą wystartowali i dochodzi jeszcze mocne słońce. Jest ciężko. Na punkcie organizator, z  którym komunikowaliśmy się w dzień przyjazdu pyta o samopoczucie.

fot. Sportograf.com

Jak na razie jest dobrze, ale muszę chwilę odpocząć. „Save your time, be patient, everything will be ok” i poklepując po ramieniu dopytuje czy czegoś nie trzeba. Jest dużo czasu, więc daje sobie jeszcze kilka minut, minut bezcennych dla organizmu i powoli wstając ruszam w trasę.

Jest o niebo lepiej. 12-kilometrowy kawałek pomiędzy punktami żywieniowymi i mocne słońce, robią swoje. Zimna woda w strumieniach to błogosławieństwo. Każdy zanurza całą głowę i popija wodę, robię nie inaczej, jest o wiele smaczniejsza niż izotonik. Zawodnicy z dystansu P100 już zapewne dawno są z przodu, ale nie będę nikogo gonił. Robię to według swojego rytmu. Wyprzedzam dwóch zawodników z tego samego dystansu. Oni bardzo często zatrzymują się i odpoczywają, staram się biec, ale moje tempo jest wolniejsze aby nie nadwyrężać zmęczonych już płuc i nóg. Dochodzą bardzo mocne kryzysy, brak już wody, pozostał jeszcze baton energetyczny, trzeba dobiec siłą woli do kolejnego strumienia z wodą.

fot. Sportograf.com

Daleko, daleko widać już punkt z poczęstunkami, ale odległości w górach wiadomo, że są bardzo duże. Dochodzą jeszcze dwa podejścia gdzie trzeba znów walczyć z lękiem wysokości i użyć łańcuchów wmontowanych w ścianie. Lęk wysokości! Wszystkie współczynniki, mowa o wcześniejszych sytuacjach, powoli doprowadzają znów do kryzysu. Zbawienne kije pozwalają na utrzymanie pionu na szlaku, bo słońce „dorzuca do pieca bezlitośnie na wysokości około 2 tysięcy”. Dochodzą do tego lekkie bóle głowy. Nie wiem jak, ale kolejna zimna kąpiel w strumieniu oraz picie tejże zbawiennej wody, odstawienie wszystkich izotoników przygotowanych przed biegiem, jakimś sposobem podnosi organizm. Czuje, że kryzys przeminął. Mam dużą stratę czasową, ale to jest bardzo potężne doświadczenie – już wiem co to są Alpy. W pewnych momentach lecą mi łzy, bo chciałbym zdążyć do kolejnego punktu chociażby w limicie, co się nie wiem jakim sposobem udaje. Jejku, co to za kryzysy, co to za siła mną kieruje, nie umiem sam zrozumieć, serce uderza z siła powalającą. Te przestrzenie, wodospady, to są jedyne widoki, które jakoś cieszą, zapominam o kryzysach i biegnę kolejne 10 kilometrów do punktu a myśli o domu, żonie, pomagają. Nie ważne podejścia, ostre kamienie, zawijasy, zwyczajnie nie za szybki bieg, i nie wiadomo skąd ta siła się pojawia.

Dobiegłszy do punktu muszę szybko zmienić sprzęt, bo moja czołówka nie działa a organizator zwyczajnie wedle regulaminu, uniemożliwia mi kontynuacje zawodów. Jedynym ratunkiem jest szybki zakup taniej ale bardzo dobrej czołówki.

Czołówka na głowie, więc… Jedyny warunek to znaleźć się na kolejnym trzytysięczniku do godziny dziewiętnastej. 2,5 godziny, niby dużo, ale to będzie bardzo ciężkie. Co pojawia się w mojej głowie – człowieku dano ci szanse. Na wzniesieniu, które prowadzi na ten właśnie  wysoki szczyt delikatnie cały czas wbiegam z pomocą kijów. Patrząc na zegarek pozostało już nie mało czasu, a czas tak bezlitośnie mija, z minuty na minutę. Głowa delikatnie zaczyna znów boleć, ale to jest szansa. Muszę chwilę przejść, bo padnę. Dołącza do mnie człowiek, który zamyka już trasę.

„What is wrong.”

„Nothing, everything is ok”.

”You have a very strong head. I see it. It is impossible, what you do. Can I do a photo? I will put this on our website.”

”Ok, as you wish.”

”So, come on man, step by step, you can.”

Malutkie słowa właściwie mnie nie podnoszą, ale warto posłuchać. Popijam jeszcze wodę, której powoli już brakuje, ale muszę się nawodnić. Dodatkową przeszkodą są duże głazy. Trzeba skakać a poza nimi jeszcze dodatkowy pozawijany szlak. Wysokie góry dookoła i punkt z limitem już widoczny. Pozostaje jeszcze koło 20 minut, aby tam dotrwać. Tutaj nic nie boli, tutaj lekko biegnę, albo szybko idę. Liczy się każdy bezcenny krok. Nie można się zatrzymywać. Dobrze, że słońca chwilowo nie ma i wieje lekki zimny wiaterek. Słychać kolejny wodospad a ja tymczasem skupiam się na wyciskaniu kolejnych szybszych kroków.

Docieram do kolejnego 3-tysiecznika a tutaj okazuje się, że jeszcze jest do pokonania kolejny, jak to już nazywam, „zawijas”. Patrzę na zegarek. Jest godzina 19:00. Przyspieszam a jak już nazywałem wcześniej, człowiek zamykający trasę daje szansę, nie odzywa się. Mam już tak blisko i słyszę dzwoniący telefon. To „zamykający trasę” rozmawia. Na zegarku jest 19:10. Idę szybko, staram się wzbijać do biegu, ale jest już bardzo, bardzo ciężko. Słyszę tylko słowa podczas poklepywania mnie po ramieniu o jeszcze pamiętliwej treści – masz bardzo silny charakter, ale wszystkich biegaczy obowiązują te same zasady. Szef podobno dał mi szanse i wykorzystałem ją bardzo dobrze. Musimy zamykać trasę, bo takie są ustalenia z parkiem.

Nie sprzeciwiam się. Z uśmiechem żegnam się z człowiekiem a na dole ma czekać „Rescue Team”.

fot. Sportograf.com

Z uśmiechem wracam na linię startu i niestety z nieukończonym dystansem P85. Do mety brakło 25 km. Po drodze jeszcze słyszę gdzieś pioruny i obawiam się, że nie zdążę przed burzą. Kurtkę wodoodporną trzeba założyć. Zastanawiam się co zrobić z kijami, ale opadów nie ma ale bardzo wieje.

2 kilometry przed miejscowością, doganiają mnie inni ludzie, którzy zbierają inne z kolei oznaczenia trasy a za chwilę pojawia się samochód terenowy. Proponują mi górski transport do linii startu z czego nie rezygnuje. Zatrzymuje zatem numer startowy i udaje się do hotelu po prysznic.

Co mnie nauczyły te zawody? Doskonale wiedziałem, że mogę ich nie ukończyć z uwagi na wcześniejsze problemy z dojazdem i czołówką. Zmieniłem trasę z P100 na P85, bo racjonalne myślenie tak nakazywało. Mimo wszystko brakło 25 kilometrów do mety, ale nie ma co „płakać nad rozlanym mlekiem”. Jest pewnie wiele jeszcze słów , które warto by tu zawrzeć, ale wybrałem te najbardziej treściwe może sytuacje, choć podczas 17 godzin w Alpach było ich o wiele więcej.

Dodatkową dla mnie bardzo ważną lekcją, jak się okazuje, lekcją życia, jest stan, że właściwie w tych Alpach nic nie ma już dla mnie ciekawego ani w górach.

Czy to inny długi bieg ultra czy dystans UTMB. Jestem pewien, że nie robi na mnie wrażenia. Rozumiem ludzi, którzy biegają po górach i kolekcjonują trofea. Rozumiem tych, którzy składają tzw. punkty do UTMB. Jest to cel, ale szczerze powiedziawszy czy życie polega tylko na doprowadzeniu swojego życia do UTMB i wystartowaniu we wspomnianym dystansie oraz otrzymaniu pamiątkowego medalu i bluzy “finishera”? Podczas powrotnej drogi do domu, bardzo mocno uświadomiłem sobie, że czas skończyć z biegami ultra. Życie jest zbyt krótkie aby sens jemu nadawały tylko treningi i biegi. Nie ukończony bieg nie był motorem napędzającym właśnie do takiej decyzji, ale szczerze powiedziawszy w tych biegach już nie ma nic interesującego. Wydarzenie ultra to wydarzenie, które trwa zazwyczaj dwa dni, natomiast życie rodzinne, plany, które można spokojnie nazwać planami o wiele bardziej dłuższymi, są bezcenne i czasem nie ma słów aby to zwyczajnie słowami opisać, bo to jest właśnie szczęście. Poczułem bardzo wielką ulgę w sobie, kiedy zdecydowałem o tym. Można oczywiście pobiegać dla zdrowia ale to wystarczy.    

Dawno nie grałem w badmintona, w kosza, dawno zwyczajnie nie siedziałem przed domem z piwkiem, patrząc jak pies się bawi, jak  koty od żony buszują po płotach, jak żona przywołuje wszystko do kolacji lub do śniadania. To jest właśnie szczęście, widzieć koło siebie żonę szczęśliwą a i ty jesteś szczęśliwy, podejść, przytulić, powiedzieć zwykłe kocham Cię i wejść do domu zostawiając cały ten świat z jego własnymi problemami. Tego się nie da nazwać słowami, tego nie kupisz za 100-300 zł, bo tyle kosztuje pakiet startowy, tego nie kupisz za nic.

O Autorze

Mateusz Hyski

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. Krzysiek ze wsi

    „Dodatkową dla mnie bardzo ważną lekcją, jak się okazuje, lekcją życia, jest stan, że właściwie w tych Alpach nic nie ma już dla mnie ciekawego ani w górach”.

    Zgadzam się, Alpy to bardzo małe, nieciekawe, przygnębiające i niezwykle nudne góry, które da się poznać w całości podczas jednego weekendowego wyjazdu. Ewentualne kolejne wyjazdy to już jedynie strata czasu i uszczerbek na psychice.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany