Jeżeli ktoś chciałby spróbować sił w biegach ultra – Ultra Maraton Bieszczadzki jest wyśmienitym wyborem. Dlaczego? Poczytajcie o wrażeniach jednego z uczestników – Sebastiana Reczka.

Minęła czwarta edycja Ultra Maratonu Bieszczadzkiego. Dla mnie to był debiut w tej imprezie. Jeszcze dwa miesiące temu nawet o niej nie myślałem. Za dwa tygodnie czeka mnie ŁUT 150, na który zapisałem się już w grudniu zeszłego roku i to on miał być biegiem kończącym sezon. Po Rzeźniku złapałem dołek biegowy i przesiadłem się na rower, rezygnując z biegania totalnie.

W wakacje przejechałem samotnie rowerem dookoła Polski, pokonując 3200 km. Po powrocie wyszedłem na trening za namową kolegi i po dwóch lżejszych wybieganiach w mojej głowie zrodziła się myśl, że może jednak „powalczę” na ŁUT 150 o jakiś lepszy wynik. Wkrótce potem zrodziła się kolejna myśl, że zapiszę się właśnie na Ultra Maraton Bieszczadzki. Termin idealny bo dwa tygodnie przed Łemkowyną, w sam raz na sprawdzian formy przed głównym startem.

Wrzesień okazał się w związku z tym być systematyczną pracą nad powrotem do dłuższego biegania, czasem pracy nad wydolnością i zbiegami, które są bardzo ważne w biegach górskich. Wyjazd na bieg połączyłem z kolejnym etapem zdobywania Korony Gór Polski. Tak więc do samego startu podchodziłem z lekką rezerwą. Miał to być trening, sprawdzian. W piątek zrobiliśmy z kolegami Mogielicę oraz Radziejową, a w sobotę Lackową i wieczorem o 19 na dzień przed startem weszliśmy na Tarnicę.

***

O 5:40 dzwoni budzik. Wstajemy! Start o 7 z centrum Cisnej. Trasa biegu jest mi mało znana, więc liczę na dobre oznakowanie. Do tej pory startowałem osiem razy w Rzeźniku, więc liczę na wzorową organizację. Na śniadanie zjadam dwie kromki chleba z dżemem i wypijam kubek herbaty. Naszykowane wieczorem: plecak, ubrania batony itd. – zmniejszają poranny stres.

Ekipa przed Ultra Maratonem Bieszczadzkim. Fot. Archiwum autora

Ekipa przed Ultra Maratonem Bieszczadzkim. Fot. Archiwum autora

O 6:40 jesteśmy na miejscu. Właściwie to nawet się zbytnio nie rozgrzewam, stwierdzając, że będzie na to czas po drodze. Na starcie staje blisko 600 osób. Tym razem jakoś nie przeciskam się na początek, wolę na spokojnie porozmawiać z kolegami, którzy również startują w tym biegu.

7:02 odliczanie i start!

Niestety, zrobiłem wieczorem założenie, że chciałbym być w pierwszej 20 i zrobić czas w granicach pięciu godzin. Dlaczego niestety? Bo, jak można sobie wyobrazić, stało się to przyczyną pewnych zdarzeń na trasie…

Startujemy z drogi prowadzącej do Siekierezady. Początek to 500 m drogą asfaltową w kierunku Ustrzyk. Patrzę ile osób jest przede mną i myślę, że za chwilę mam wbiec w las w wąską ścieżkę, gdzie nie będę miał szans ich wyprzedzić, i przypuszczam atak wyprzedzając blisko 200 osób. Moje tętno skacze do 180. Dzięki temu mam przed sobą ledwie dwudziestkę uczestników. Początek trasy jest dla mnie zaskoczeniem. Piękna szeroka szutrowa droga w większości prowadząca w dół. Na długich prostych widać jak po pierwszych trzech kilometrach do pierwszego zawodnika mam już około 2-3 minut straty. Robię swoje, czuję się dobrze, jednak kiedy spoglądam na zegarek i widzę 4:15 min/km trochę mnie to przeraża. Wiem, że biegnę za szybko i odbije się to na dalszym etapie. Pierwsze 5 km przebiegam w niecałe 24 minuty. Jest dobrze choć męczy mnie myśl, że nie przygotowałem się taktycznie i nie znam profilu trasy. Chcę biec i walczyć jednak pohamowuję się, bo wiem, że przede mną dwa mocne podejścia i to na nie chciałbym zachować siły. Kolejne kilometry to droga asfaltowa w kierunku Roztok Górnych. Nie lubię asfaltu w biegach, a tym bardziej w biegach górskich. Dychę pokonuję w 45 minut. Wow, ale będę cierpiał! Już to wiem. W tym momencie mija mnie biegacz. Krótki rękawek, jakiś pas z małymi buteleczkami na wodę. Gdy mnie mijał odniosłem wrażenie jakbym szedł, a ktoś obok mnie powoli truchtał. Ale przecież ja biegnę! I to żwawo! Przyglądam się mu uważniej i dostrzegam na jego plecach napis „Robert”. I już rozumiem, że mija mnie Robert Faron. Nie miałem więcej pytań. Tylko czemu dogonił mnie dopiero na dziesiątym kilometrze? Na mecie dowiedziałem się, iż pomimo 10 minut spóźnienia na start zdołał zająć 3. miejsce. Na 12. kilometrze znajduje się pomiar czasu i można uzupełnić wodę. Tak kończy się pierwszy etap biegu. Nadchodzi czas na rozgrzanie mięśni przed kolejnym etapem.

Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Jest moc i super zbiegi

Mijam pierwszy pomiar czasu nie zwalniając tempa. Droga wciąż asfaltowa ale tylko przez kolejne dwa kilometry. Wreszcie wbiegam na szlak, a raczej wchodzę, gdyż zaczyna się pierwsze podejście. Postanawiam wyjąć kijki, które zabrałem i mam przytroczone do plecaka. Szlak jeszcze niezdeptany, więc nie ma błota i naprawdę miło się podchodzi. Temperatura odpowiednia, choć powoli zaczyna robić mi się ciepło, nie pada – to cieszy. Nie wiem ile tego podejścia będzie, więc staram się nie szarpać. Po kilkunastu kilometrach tworzy się grupka biegaczy, w której znajduję swoje miejsce. Mijamy się, biegniemy razem. Zauważam, że na zbiegach zdecydowanie jestem mocniejszy ale na podejściach odrabiają, więc postanawiam przyspieszyć na płaskim. Ten etap jest idealny na zbieganie i podbieganie. Na odcinku 10 km poczułem radość z gnania w dół, czego nie czułem nigdy na Rzeźniku, bo nie byłem przygotowany. Na podejściach pracuję tak by nie doszli mnie inni zawodnicy. Trasa jest wspaniale oznakowana. Każdy kilometr i co miłe, to odliczane od końca czyli ile zostało, a nie ile przebiegliśmy. Super!

Staram się pić i jeść by nie odcięło mi mocy, która jest i biegnie mi się nadal świetnie. Dwadzieścia jeden kilometrów przebiegam poniżej 1:50, więc idę na 4:30-4:45. Wiem, że czekają mnie niedługo dwa podejścia na Hyrlatą i potem na Okrąglik. Dwudziesty szósty kilometr to kolejny punkt kontrolny i zarazem odżywczy, gdzie uzupełniam bidon izotonikiem. Tak rozpoczynam trzeci etap.

Błotko na Ultra Maratonie Bieszczadzkim 2016. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Błotko na Ultra Maratonie Bieszczadzkim 2016. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Początek to znów asfalt w kierunku na Żubracze – metę tegorocznego Rzeźnika. Wychodzi słońce i robi się ciepło. Co jakiś czas zakładam albo ściągam buffa aby było chłodniej. Po około 2 km znajduje się punkt pomiarowy tuż przed podejściem na Berdo, Hyrlatą. Pytam panów od pomiaru, który jestem i dostaje informację, że 17. Jest dobrze. Miała być pierwsza dwudziestka i na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Czas też na 4:45-5 godzin więc wszystko gra. Na podejściu oglądam się za siebie wypatrując potencjalnych rywali.

Chwilę później odcina mi prąd, podejście staje się murem, a kolejni zawodnicy mnie wyprzedzają. Spadam o kolejne oczka, spoglądam na zegarek i mówię do siebie: „Seba jeszcze trochę, na zbiegach odrobisz. Jesteś dziś na nich mocny”. Tym samym wyrównuję tętno i nie myślę już o rywalach. Docieram na szczyt i potem lecę w dół. Krótko ale za to szybko. Odrabiam straty. Rywale też łapią kryzysy. Jednak na 37. kilometrze pojawia się asfalt, na którym sporo tracę. Mimo iż jest w dół to brakuje mi mocy, a wiem, że za chwilę rozpocznie się ostatnie podejście, które zweryfikuje moją pozycję. No i oczywiście na asfalcie kolejni zawodnicy mnie wyprzedzają. Lepiej wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Staram się o tym nie myśleć, tylko skupić się na ostatnich kilometrach. Pachwiny i dwugłowy dają o sobie znać. Powoli rodzi się myśl nie o wyniku, a po prostu o dotarciu do mety. Na 39. kilometrze jest punkt kontrolny. Uzupełniam płyny i kosztuję małej porcji napoju, który poprawia mi humor i motywację.

Ultra Maraton Bieszczadzki 2016. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki 2016. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Niestety po raz trzeci

Wreszcie koniec… asfaltu! Nie biegu. Ale i początek podejścia. Pamiętając ile wysokości ma Okrąglik spoglądam na zegarek i odliczam przewyższenie, które muszę pokonać. Na podejściu tracę kolejne miejsce i spadam na 29. pozycję. Już wiem, że czas będzie dużo powyżej pięciu godzin ale nadal chcę żeby był jak najbliżej moich założeń. Pojawia się trochę śniegu i niestety trasa jest już dobrze przemielona przez biegaczy z półmaratonu i ćwierć maratonu. Na tym etapie doceniam oznaczenia kilometrów, które pokazują niższe wartości, i to cieszy. Jest! Wreszcie Okrąglik! Myślę: „Teraz już tylko w dół! Zostało tylko dziewięć kilometrów!”

Niestety… Nic bardziej mylnego. Zostało jeszcze podejście na Małe Jasło i kilka mniejszych, na których wylałem wiele niecenzuralnych słów. Jednak czuć smak mety i ostatnie dwa kilometry zbiegu to radość, że mogę zbiegać na maksa.

META! Czas 5 godzin 34 minuty i 18 sekund. 28. miejsce.

Sebastian Reczek na mecie. Fot. Archiwum autora

Sebastian Reczek na mecie. Fot. Archiwum autora

Czy warto było?

Zdecydowanie tak. Odkryłem kolejny górski bieg, w którym będę chciał jeszcze nie raz wystartować. Wspaniała trasa, świetnie oznaczona, taśmy, kilometry, dzięki którym nie zastanawiasz się gdzie masz biec i wiesz ile jeszcze masz do końca. Punkty kontrolne i odżywcze jak zwykle na biegach Fundacji Rzeźnika – rewelacyjne. Wspaniali wolontariusze, którzy są motywacją do biegu i bywają lekarstwem na kryzys, zawsze uśmiechnięci.

Jeżeli ktoś chciałby spróbować sił w biegach ultra – ten jest idealny. Piętnaście kilometrów wprowadzenia po szutrze, potem lekkie podejście i zbiegi na dystansie 10 km. Po 30 kilometrach jest podejście – sprawdzian dla głowy i zbieg, który daje się we znaki. Ostatni etap to też podejście ale ze świadomością, że do mety już bardzo blisko i po wejściu będzie w dół. IDEALNIE!

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Co zabrać?

Kijki? Mnie pomogły zdecydowanie na podejściach ale i przy szybkich zbiegach często się ratowałem asekurując nimi.
Picie: według potrzeb. Co 13 km można uzupełnić wodę, więc myślę, że bukłak 1,5 litra w zupełności wystarczy.
Jedzenie: dwa, trzy batony, jakiś żel. Po co dźwigać? Na punktach dają batony.
Ubranie: to już temat indywidualny i zależny od pogody. Buty, jak w każdym innym biegu, jedni będą w Salomonach inni w inov-8, a jeszcze inni w zwykłych adidasach. Ja zawsze zabieram buffa i rękawiczki. Dlaczego? Przez głowę i ręce ucieka większość ciepła, więc jeżeli jest mi za gorąco to zwyczajnie zdejmuję te rzeczy i mam komfort.

Roman Huzior grający na trasie Ultra Maratonu Bieszczadzkiego. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Roman Huzior grający na trasie Ultra Maratonu Bieszczadzkiego. To jeden z powodów dlaczego warto być na tym biegu! Fot. Sebastian Reczek

Dlaczego jeszcze warto wystartować? Jedni startują dla poznania nowych ludzi, inni dla medali, koszulek. To wszystko można na tym biegu znaleźć. Wsparcie na trasie od zawodników jest nieocenione, dlatego Rzeźnika biegam nieprzerwanie od ośmiu lat. Medal wyjątkowy i niepowtarzalny, a tegoroczna koszulka rewelacyjna.
Zachęcam wszystkich niezdecydowanych do startów w kolejnych edycjach, nie tylko Ultra Maratonu Bieszczadzkiego ale również w innych biegach tego organizatora. Jeżeli lubicie zimę macie okazję spróbować swoich sił w Zimowym Ultra Maratonie Bieszczadzkim.

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Ultra Maraton Bieszczadzki. Fot. Jola Błasiak-Wielgus

Fot. Jola Błasiak Wielgus

Fot. Jola Błasiak-Wielgus

O Autorze

Sebastian Reczek

Biega już od 18 lat, ma 36. Jest nauczycielem w szkole podstawowej i instruktorem na basenie. Zaczynał od dystansów 400, 800 i 1500 m, był zawodnikiem AZS Politechniki Warszawskiej. Później wiele razy stawał na podium w biegach ulicznychod 5 km do półmaratonu. W ultra debiutował na Rzeźniku. Później rozsmakował się w długich biegach na orientację. W sezonie 2015 zajął 4. miejsce w Pucharze Polski Maratonów na Orientację. Lubi pokonywać własne granice, prowadzi fanpage Sebastian Reczek-Pokonując Granice na FB. Cieszy go możliwość obcowania z przyrodą przez wiele godzin. Ultra czyni go szczęśliwszym i mocniejszym. Wiele podróżuje. Na stopa przejechał Gruzję, Armenię, Turcję, Finlandię. Był także w Izraelu i Jordanii. Robi to co lubi i spełnia się zawodowo.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany