[b][size=”x-large”]Tovtry Raid 2009 oczami świadka[/size][/b]

[img]/xoops/img2009/maga_laczak/magda_1.jpg[/img]
[i][size=x-small]Zdjęcie pochodzi z innego rajdu, ale bezsprzecznie jest to Magda Łączak. Fot. Krzysztof Dołęgowski[/i][/size]

Wywiad z [b]Magdą Łączak[/b], która razem z Pawłem Dybkiem (oboje Team 360) wygrali zawody Tovtry Raid 2009, rozgrywane w czerwcu 2009r. na Ukrainie. Rozmawia Igor Błachut, także Team 360.

[b]IB: Po co w ogóle pojechaliście na tę Ukrainę?
MŁ:[/b] Wiadomo, po co. 700 metrów tyrolki to nie wiem, gdzie można znaleźć poza Ukrainą, zwłaszcza na rajdach. Tylko Ukraińcy mają taką odwagę. Poza tym Kamieniec Podolski, piękny zamek związany z historią Polski. Zaważyły względy wycieczkowe i tego typu atrakcje. Może gdybyśmy się nastawiali na sportową rywalizację, to nic by nie wyszło. Nie trenowaliśmy, ale założenie było takie, że po prostu tam jedziemy. Nie dojechaliśmy na długą trasę, ale najważniejsze, że dotarliśmy.

[b]IB: No właśnie – pierwotnie nastawialiście się na start na długim dystansie?
MŁ:[/b] Wydawało się, że w piątek jak wyjedziemy, to zdążymy. Ale mi się jakieś szkolenie w  Rzeszowie przedłużyło i okazało się, że nie ma szansy dojechać na start. To znaczy, może by była, ale kiedyś tak jechaliśmy na Bielika i skończyło się źle. Napisaliśmy do organizatorów, że chcemy zmienić trasę i nie robili problemów.

[b]IB: Czyli trochę niechcący nieźle wyszło?
MŁ:[/b] Wyszło. Pogoda super, atmosfera super. Przystępowaliśmy do zawodów bez zaginki – choć wiadomo, że jak się staje na stracie, to się człowiek trochę napina. No i może dlatego tak słabo wyszło na jednym z pierwszych etapów, czyli „rowingu”. Akurat z wiosłowaniem to nie miało tak wiele wspólnego, bo to było pływanie na dwóch dętkach. Trzeba je było sobie samemu napompować, więc należało mieć pompkę. Flekmus zakupił w miejscowym supermarkecie sztukę, ale po pierwszym dmuchnięciu poległa. No i pompowaliśmy taką nożną, jakich kiedyś się używało do materacy. Straciliśmy sporo czasu; mnóstwo ekip nas tam przeszło. Ale przy okazji obejrzeliśmy masę patentów: rękawy foliowe, pokrowiec, do którego się wsadzało dętki i w ten sposób tworzył tratwę, taśmę przezroczystą do oklejenia i równego rozepchnięcia. No, trochę tam czasu spędziliśmy. Więc kiedy nam jedna pękła, postanowiliśmy kontynuować, bo w kraju patenciarzy nie wypada się poddawać z takiego powodu. Samo pływanie niebezpiecznie nieco – bo Dniestr jest tam naprawdę szeroki. Jeden brzeg połogi, ładny – coś jak Chrewt nad Soliną – a drugi, to skaliste urwisko na jakieś 10-15 metrów. Więc jak dopłynęliśmy do brzegu, wyjęliśmy kółka ratunkowe od orgów i nadmuchaliśmy…

[b]IB: Kółka?
MŁ:[/b] Regulamin nie precyzował, że trzeba mieć kapoki. Goście tam pływali w takich dziecięcych kółeczkach ratunkowych albo rękawkach do pływania… To trzeba było jeszcze ze sobą nosić, więc brali, co jest lżejsze. My mieliśmy kapoki, ale jak zobaczyliśmy, co biorą inni, pożyczyliśmy od organizatorów takie kółeczka. Napompowaliśmy je, położyliśmy tam plecaki, my sami akrobatycznie usadowiliśmy się na jednej dętce… duża przygoda, fajnie. Kapeć zaś spowodowało to, że przed nami był jakiś wir wodny , który nas rzucił na kamienisty brzeg. Kompletnie niesterownie – ciekawy akcent przyrodniczy.

[b]IB: Jak oceniasz trudność zawodów? W Polsce na tym dystansie, czyli około 120 kilometrów, najszybsi kończą w 12, góra 16 godzin. Wam to zajęło 20 godzin…
MŁ:[/b] Te 120 kilometrów to chyba w liniach prostych, bo na rowerze nie udawało nam się zmieścić w długościach przelotów. Staraliśmy się jechać blisko linii, bo – jak wiemy – drogi główne i boczne to tam na ogół to samo. Na pewno imprezę wydłużyły konkurencje na wodzie. Po dętkach był coastering (taki sobie, bo i tak się siedziało głównie w wodzie). W ramach tego coasteringu punkty były na przykład umiejscowione wysoko na linach – trzeba się było do nich samemu wspinać. A potem snorkeling – czyli w masce (której nie mieliśmy) pływanie z głową pod woda do żółtych bojek, do których przymocowane były perforatory. Jak zwykle na Ukrainie, karty startowe to były metry krawieckie przymocowane na łapie – więc oszukać tu nie sposób. My ominęliśmy pierwszy punkt i trzeba było wrócić. Tu ukłon w stronę orgów, bo Flekmus miał tylko przyciemniane gogle i prawie nic pod tą wodą nie widział (stąd to ominięcie) a patrolujący rzekę na kajaczku organizatorzy użyczyli nam maski. Tak, że woda spowolniła, rowery też nie arcyszybkie, choć nie taka masakra jak na FEM w 2008 roku. Można powiedzieć, że przyzwoita nawierzchnia. Inna sprawa, że na mapach namalowana droga super, a w terenie to ścieżka rozdeptana przez krowy i kaczki. Ale dało radę, im to nie przeszkadza. Pieszy etap fajny, trudne punkty do znalezienia. Tę trudność potwierdził zresztą kolega Maryniak, któremu pokazaliśmy mapę. No i tyrolka… Super – zrobili 700 metrów, choć miało być „tylko” 500. Można było jechać i jechać (bo nie była tak szybka, jak na FEM) i rozkoszować się tą jazdą i widokami…

[b]IB: Fajnie…
MŁ:[/b] Przefajnie, zupełnie inaczej, niż na dotychczasowych startach. Oczywiście bez porównania z polskimi, czy zachodnimi rajdami, ale to inny adventure. Trzeba po prostu pokonać trasę, nie ma siedmiu instruktorów, którzy pilnują, czy masz t-blocka czy prusa. Można włazić i na łapach, ale trzeba wleźć na umowna skałę. Ja na przykład zjeżdżałam na półwyblice, po tym, jak mi na pierwszym zjeździe lina utknęła w reverso. Na przykład punkt 33 – podchodzimy, gość mówi – tu macie zadania. Zjazd kątowy, nic nie widać, zjazd z przyrządem, punkt gdzieś w ścianie. Samemu się zakłada linę, gość mówi – tu kilka metrów niżej jest grota, w której macie podbić punkt. Grota wielka, nie można skoczyć, bo nie byłoby co zbierać. Trzeba się naprawdę dobrze przypiąć a potem podbić i wrócić do pana instruktora, który nic nie sprawdzał – bo i po co jak się do niego wracało… Dużo punktów, zwłaszcza nocnych, na wodospadach. Tovtry to zresztą ich park narodowy. Niezbyt wysokie (do 400 metrów), ale bardzo strome górki, pocięte jarami, w których są wodospady nawet kilkunastometrowe. No i w opisie na przykład informacja, że trzeba się spuścić kilka metrów na swojej linie i podbić punkt. Czasami wisiały ich liny, ale gdzieniegdzie trzeba było na swojej.

[b]IB: Okoliczności piękne – a ludzie?
MŁ:[/b] Niesamowicie życzliwi organizatorzy, super nastawieni – mimo że impreza bardzo niskonakładowa. Teren szalenie trudny i jak ktoś czegoś nie ma – jak my maski – to orgowie pożyczają. A inne zespoły nie mają żadnych obiekcji. Przepaków zero – bo 24 godziny, to nie ma co robić przepaków. Centrum na polu namiotowym, ale nikt nie grymasi. Bardzo mi zaimponowali. Dodatkowo zaś jeszcze nagroda, której się nie spodziewaliśmy – bo mamy bon na 1,5 tysiąca hrywien na zakupy w kijowskim centrum handlowym. Można i internetem, ale jest kolejny powód do wycieczki… Oczywiście było to także spotkanie z prawie wszystkimi znajomymi z Ferrino. Dla Polaków to idealne zawody – blisko, arcytanio i pokazują rajdy z fajnej strony. Trasa, zadania linowe – wielka przyjemnośc, którą rzadko się odkrywa. Na linach trzeba było wprawdzie prezentować wysoki poziom techniczny, ale było to dla przyjemności zawodnika a nie po to, żeby ludzi zworować i upokorzyć. Super. Zresztą, obiecałam organizatorom, że za rok tłumnie przyjadą Polacy, wiec liczę, że skuszę w ten sposób.. 🙂

[b] IB: A Wy macie plany na nieco bliższą przyszłość?
MŁ:[/b] Na razie nie mamy żadnych planów startowych, może do końca sezonu gdzieś się pojawimy, ale to nic pewnego na dziś. Ale przy okazji chciałam podziękować wszystkim, którzy ściskali za nas kciuki w trakcie zawodów a po zawodach gratulowali występu. Bardzo to miłe; dziękujemy!

źródło: [url=http://www.team360.pl/content/tovtry-raid-2009-oczami-swiadka]Team 360[/url]

Polecamy również:
[b][url=http://www.tovtry-raid.com.ua/?lang=eng]strona zawodów[/url][/b] (także w języku angielskim)
[b][url=http://www.travel-extreme.com.ua/forum/viewtopic.php?id=2544]wątek na forum[/url][/b] z odnośnikami do galerii zdjęć z zawodów

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany