[size=”large”]Relacja z IRON CHALLENGE – Piechur 2003[/size]

Skwar i kurz, skwar, piasek, pot i słońce aż po osiemdziesiąty kilometr i horyzont zdarzeń z dnia 28.06.2003. Potem już tylko czarna dziura snu bez snów i powrót do codziennego życia.

A miało być tak miło. Przecież 80km to w porównaniu z dużym rajdem zaledwie spacer.
[img align=right]/xoops/modules/wfsection/images/article/ironchallangelogo.jpg[/img]’Godzina słynna piąta pięć!’ Wygramoliłem się ze śpiworka w przestronnym lokalu sali gimnastycznej ośrodka sportowego w Zgierzu. Spojrzałem złym wzrokiem na sąsiadów, którzy do dwunastej w nocy szeleścili i gadali obok mnie. Nie wyspałem się mimo walkmana z uspokajającym saksofonem napędzanym przez Joshue Redmana. Nie umyłem zębów, bo szczoteczka zginęła w rozgardiaszu pakowania. Ech… logistyka. Trzeba napierać „na brudasa”. O szóstej poznałem nieogolone twarze sędziów, posłuchałem pogróżek co mi zrobią jak nie wezmę czołówki, enercety i paru innych drobiazgów. Tak naprawdę jeszcze spałem, a szerzej otworzyłem powieki dopiero jak miałem w łapie mapę z punktami kontrolnymi. Pierwszy z nich był ‚czujny’, więc mój mózg powoli rozgrzewał się i nabierał obrotów. O siódmej, w świetle porannego słoneczka ruszyłem wreszcie na trasę pieszą, otoczony gromadą ubranych podobnie do mnie gości – w gustowną siatkową koszulkę rodem z dyskoteki lat 80-tych, do tego bandama. Mogłem być pewny, że w żadnej wiosce nie przeoczą mnie i moich połyskujących w słońcu włochatych łydek.
[img align=left]/xoops/modules/wfsection/images/article/Iron-start.jpg[/img]Po dwustu metrach na czoło wyścigu wysunął się sympatyczny jegomość (również nieogolony), którego widziałem poprzedniego wieczoru jak popijał piwko i opowiadał o swoich ostatnich chorobach. Po pięciuset metrach jego lajkry oddaliły się na tyle, że powiedziałem sobie w duchu „Ech – narwaniec. Po dwudziestu kilometrach padnie niczym antylopa na pustyni”. Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że pod lajkrami i wściekłozieloną bluzą siedział sam zdobywca Pucharu Polski w Rajdach Przygodowych – Mirek Szczurek. Nie padł. Uciekł wszystkim i dał jeszcze okrutną lekcję pokory.

Pierwsze dwadzieścia kilometrów to była rozgrzewka. Dla zawodników, dla powietrza, dla asfaltu i ścieżek. Słońce powoli się podnosiło nie zasłonięte żadną, najmniejszą choćby kłębiastą chmurką. Łatwa trasa pozwalała na odprężenie i swobodne łykanie kilometrów. Najdłuższy odcinek bez zakrętów miał ich pięć. Pozwalał widzieć przeciwnika oddalonego o pięćset metrów. W ten sposób goniłem ledwie widoczną w rozedrganym powietrzu postać, starając się choć trochę zmniejszyć dystans. Spotkałem go na półmetku. Ja zatrzymywałem się na 15 minut odpoczynku, on właśnie ruszał. Wtedy uciekł mi na dobre. W drodze do następnego punktu był pierwszy ‘czujny moment’ – przebieg po przecinkach, bez żadnego ewidentnego wariantu. Zamotałem się na krótkim odcinku przez chaszcze i wyleciałem „w powietrze”. Ponowne dokładne zlokalizowanie siebie kosztowało mnie chyba pół godziny. W duchu powtarzałem tylko „k…a, k…a, k…a!” W międzyczasie uciekło mi kilku kolejnych konkurentów. Chciałem ruszyć w dziką pogoń, ale nóżki mi już trochę spuchły i byłem w stanie jedynie podbiegać.
Przed siódmym punktem znów nie byłem wystarczająco czujny, co kosztowało mnie kolejne kilka minut i przeprawę przez bajorko. Za to sędzina na punkcie była bardzo miła, więc zrobiłem minę prawdziwego twardziela i ruszyłem w stronę Zgierza. Ostatni punkt był jedynie formalnością – urozmaiceniem długiego kilkunastokilometrowego przebiegu do Zgierza. Szkoda, że nie było tam nikogo z obsługi, kto mógłby dać informację, czy warto jeszcze gonić, czy lepiej dotoczyć się do mety po asfalcie. Czas mijał mi paskudnie powoli i za każdym zakrętem szukałem kolejnych znaków, które sugerowałyby, że koniec niedaleko. Nic z tego. Mijali mnie rowerzyści, obszczekiwały psy, młodzieńcy w sportowych ubraniach pokrzyczeli trochę, abym „przyspieszał”. W jednej z wiosek grała muzyka i odbywały się tańce na świeżym powietrzu.
Dochodziła dziewiętnasta, a upał ciągle nie ustępował. Nawierzchnia falowała, znów można było patrzeć w przód i w tył poszukując rywali. Wpadłem na chwilę do gospodarstwa, wypiłem duszkiem pół litra wody, umyłem twarz i przewalczyłem ostatnie kilometry. Nikogo już nie widziałem. Zresztą od siódmego punktu biegłem lub maszerowałem sam przeklinając boga Słońca i demony obtartych cojones.

Na mecie oddałem wreszcie kartę i usiadłem, by uzupełnić płyny.
Czwarte miejsce. No proszę…..


Uczesnicy startowali na dwóch trasach: pieszej – liczacej 80km lub pieszo-rowerowej liczącej w sumie 200km (dodatkowy odc. 120km rowerem)

Klasyfikacja

Trasa pieszo-rowerowa (200 km)
1. Mirosław Szczurek 15:08
2. Andrzej Chorab 18:08
3. Maciej Gramacki 18:22
4. Hubert Puka 20:40
5. Daniel Śmieja 22:43
6. Krzysztof Chartanowicz 22:47
7. Wiesław Rusak 24:45
Wystartowało 15 zawodników i 1 zawodniczka.

Trasa piesza (80 km):
1. Marcin Miotk 10:17
2. Krzysztof Rąpała 10:35
3. Piotr Fulmański 11:17
4. Krzysztof Dołęgowski 12:06
5. Andrzej Sochoń 14:08
6. Henryk Buchelt 14:32
7. Piotr Kubiak 14:56
8. Adam Sarzyński 16:47
Seweryn Bołdak 16:47
10. Maciej Andrzejczak 18:00
Ryszard Nowicki 18:00
12. Andrzej Owsianik 18:01
13. Przemysław Jagielski 18:22
Dariusz Wiechecki 18:22
Wystartowało 23 zawodników i 3 zawodniczki.

Strona organizatorów –
[url=www.sportaktiv.com.pl]www.sportaktiv.com.pl[/url]

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany