„Krótkie podejście niewyraźną ścieżką. Środek lasu, środek niczego. Słupek graniczny. Wspólne zdjęcia. Cieszymy się jak żołnierze wracający z długiej wojny do domu. Z tą tylko różnicą, że największa wojna dopiero przed nami”.

 

Wzgórza przejdziemy, wodą popijemy
Woda po walce ma jak wino smak

Piosenka z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”

Štrbské Pleso, 2 września, 7:00

Około 160 napieraczy rusza na trasę Legendy – najdłuższego, około 100-kilometrowego dystansu Ultra Janosika. Ponura, chłodna i mglista atmosfera jakoś mi pasuje do kryminału, który właśnie czytam. Jedno z makabrycznych morderstw na jego stronach zostało dokonane właśnie gdzieś tutaj w jakimś opuszczonym budynku. Dzięki niemu dokładnie pamiętam wysokość, na której leży jezioro i mogłem przed startem skalibrować wysokościomierz w zegarku.

Jest dobrze – znaczy jest za szybko

W peletonie mnóstwo biegowych znajomych. Niektórzy niewidziani od dawna. Była okazja do przedstartowych rozmów. Ale teraz już tylko żwawym tempem na przemian podchodzimy i biegniemy szlakiem do Popradzkiego Stawu. Szczyty otaczające jezioro toną w chmurach. Stąd zaczyna się pierwsza duża sztajcha kończąca się ponad Przełęczą pod Osterwą – jakieś 700 metrów w górę na około 2 km.

Łapię tempo grupki. Dobrze mi się napiera kamienistym szlakiem pod górę. Ale jak mówią starzy górale, kiedy na początku wydaje ci się, że jest dobrze – znaczy, że jest za szybko. I się nie mylą, o czym przekonuję się tuż za przełęczą, kiedy podejście się nieco wypłaszcza. Trochę mnie odcina, muszę wyrównać oddech, parę osób mnie wyprzedza. Na szczęście nadrabiam na zbiegach.

Według profilu, stąd aż do Śląskiego Domu miało być praktycznie tylko w dół. A wydaje się, że jest równo – i to takie „andorskie równo”, jak ostatnio mawiam, czyli ciągle góra-dół. Bo Janosik, choć do niego podchodzę z całym należnym szacunkiem, to dla mnie mocne przetarcie między dwiema wielkimi wyrypami w tym malutkim pirenejskim księstwie – lipcowym, już ukończonym Mític Trail i październikowym Els 2900, przed którym robię w gacie jak rzadko, albo może na rzadko. Ale teraz to nieważne, jest tylko tu i teraz. Mam do pokonania Legendę Janosika.

Widowiskowe orły

Wbrew prognozom sprzed paru dni, deszcz przesunął się na najbliższą noc. Mamy więc dzień względnie dobrej pogody na najtrudniejszym technicznie, tatrzańskim etapie. Głazy na Magistrali Tatrzańskiej, po których skaczemy, wydają się suche. Ale tylko się wydają, bo przez wszechobecną mgłę pokrywający je mech jest wilgotny. Jestem świadkiem kilku widowiskowych orłów w wykonaniu współzawodników. Sam też zaliczam parę mniej lub bardziej kontrolowanych ślizgów. Jednemu z nich przygląda się stojąca dostojnie na skale nad nami kozica. Amatorzy – pewnie sobie myśli. Batyżowiecki Staw majaczy gdzieś we mgle.

janosik 2_resize

Wreszcie konkretny zbieg, który doprowadza nas do Śląskiego Domu nad Wielickim Stawem. Ogromna bryła górskiego hotelu chyba się nie zmieniła przez te ponad 20 lat kiedy ostatnio tu byłem, czyli dalej pasuje do otoczenia jak pięść do nosa. W środku nie mam czasu sprawdzić, bo trzeba napierać. Szybka arbuzowo-pomidorowo-kofolowa przegryzko-popitka na bufecie. Tu ostatni raz spotykam Bułę – jednego z chłopaków o wielkich sercach, którzy niedawno pobiegli przez całą Polskę charytatywną sztafetę dla poszkodowanej w wypadku Marzanny Wieczorek.

Łańcuchowa

Do czterogodzinnego limitu mam spokojnie jakąś godzinę piętnaście. Teraz znany mi kawałek trasy, właśnie sprzed tych ponad 20 lat. Na podejściu wzdłuż Wielickiego i Długiego Stawu bardzo długo się rozkręcam, próbując znów złapać swoje tempo. Łańcuchy pod Polskim Grzebieniem nie robią na mnie wrażenia, ale zastanawiam się, jak tędy mógł wejść pies Olgi. No ale Forek to nie jest zwykły owczarek niemiecki, tylko pies-łojant.

Chwila zbiegu po drewnianych balach – kiedyś ich tu nie było – i rypiemy na Rohatkę (Prielom) – najwyższy punkt trasy na 2288 m. Sypki piarg, żleb, łańcuchy, klamry. Robię kilka zdjęć współzawodnikom. Dla mnie najprzyjemniejszy kawałek całej trasy, chociaż wiem, że dla wielu z nich to walka życia.

janosik 4_resize

Na zbiegu zaczynam kilianować. To określenie wymyśliliśmy z Olgą w Andorze. Przed startem  się dowiedziałem, że Kilian Jornet właśnie zajął drugie miejsce na UTMB. Nawet wybierając trudniejsze warianty, wyprzedzam po kilka osób naraz, używając wszystkich czterech łap albo zjeżdżając po skałach na tyłku. Na świeżej mocy po gorącej herbacie na niezapowiedzianym bufecie przed Zbójnicką Chatą lecę w dół Doliną Zimnej Wody. Jakby na zamówienie, spośród chmur na chwilę odsłaniają się oświetlone słońcem Jaworowe.

Doborowa kompania

Kamienisty zbieg dłuży się w nieskończoność. Na następny bufet do Rainierowej Chaty spadamy jakieś 1000 m w dół. Przewidziane przez organizatorów na ten etap trzy godziny weszły na styk, czyli mój zapas do limitu pozostaje taki sam. Kochane wolontariuszki, w tym łódzka koleżanka Ania, stawiają zmęczonych napieraczy na nogi za pomocą gorących kubków. Takich standardowo-marketowych, ale wraz z ich dobrym słowem smakują najlepiej na świecie.

Z pełnym żołądkiem rozkręcam się bardzo powoli. Dogania mnie znajomo wyglądająca dziewczyna. Najpierw rozpoznaję ją po wystającym z plecaczka pluszowym króliku, a potem po twarzy ze zdjęć. Ania? Tak, to zwyciężczyni zeszłorocznej Łemkowyny 150 i tegorocznego Stumilaka we własnej osobie! Wcześniej znaliśmy się tylko z wymiany wiadomości w jakiejś tam sprawie. Jeszcze nie wiem, że to dopiero początek naszej wspólnej wielogodzinnej przygody…

Zabawy szewskie

Razem ciśniemy jednostajnie we mgle pod górę kamienistą Magistralą do Łomnickiego Stawu. Na całym tatrzańskim etapie trasa nie jest dodatkowo wyznakowana oprócz oznaczeń szlaków. Organizatorzy liczą na podstawową inteligencję uczestników, i bardzo dobrze. Przechodzimy obok schroniska i stacji kolejki linowej. Podejście staje dęba, ale potem na jakichś 1900 metrach n.p.m. się wypłaszcza, wystawiając naszą cierpliwość na próbę. Przed Świstówką doganiamy kilku współzawodników, a na przełamaniu robimy postój na pierwszą, a raczej którąś kolejną pomoc dla rozwalonego buta Ani. Z pomocą przychodzi mój bandaż i nożyczki w scyzoryku.

Moje buty, styrane w różnych Runmageddonach, Spartanach i Pirenejach, też już dają do zrozumienia, że długo nie wytrzymają. Na szczęście oboje mamy po parze na zmianę na przepaku w Kacwinie. Ale gdzie jest Kacwin? Na razie to dla nas pojęcie jak z równoległego wszechświata. No nic, trzeba zakrzywić czasoprzestrzeń i jakoś się tam dostać…

Na stromym zbiegu po skałach znowu kilianuję. Ania też się okazuje dobra w te klocki. Z powrotem przeganiamy współbiegaczy, którzy nas minęli na naszym postoju. Na łańcuchach wypada nam mijanka z podchodzącą grupą Węgrów. Bufet przy Zielonym Stawie Kieżmarskim ogarniamy bardzo szybko i ruszamy na ostatnią dużą tatrzańską sztajchę, ze szczytem na prawie 2000 m.

janosik 3_resize

Ale najpierw mamy ze trzy kilosy tylko lekko pod górkę. Biegiem gonię Anię, która wyszła z punktu minutę przede mną. Na właściwym podejściu łapie ją mały kryzys, który na szczęście szybko mija – pomagają kijki. Ja chciałem swoje dać dopiero na przepak, ale zapomniałem i zostały w samochodzie…

Po minięciu trzech przełęczy, na zbiegu wyprzedza nas spotkany wcześniej kilka razy Andrzej z drużyny o dźwięcznej nazwie Zapierdalacze – nazwa zobowiązuje. W naszych rozwalonych butach nie mamy szans go gonić. Mój prawy też zaczął już regularnie kłapać paszczą. Paluchy wyłażą z niego na zewnątrz, by się przewietrzyć i zażyć błotnej kąpieli. Lewemu też niewiele brakuje do tego stanu. A właśnie się zaczyna zapowiadany ciekawy kawał zbiegu do samego Zdziaru – ponad 1000 m w pionie w dół.

Coś takiego rzadko się spotyka na górskich biegach. Strome skały pokryte błotem. Gdzie się da, łapiemy się drzew i roślinności. Ania zalicza jedną bolesną glebę. Ja tylko jedną podpórkę na kolano. Ale i tak idzie w miarę sprawnie. O ile szybsi byśmy byli w dobrych butach? Pewnie z kilkanaście minut albo więcej.

Wreszcie koniec i równa droga aż do Zdziaru… no prawie, bo strzałka kieruje w lewo stromo pod górę narciarskiego stoku. Nadaję ostre tempo, chcąc mieć to szybciej za sobą. Jeszcze bieg trawiasto-leśnym grzbietem z widokiem na wieś, kawałek łąką w dół, hop nad rowem, przez szosę i wraz z jeszcze jednym zawodnikiem kilka minut przed 18:00 wpadamy na bufet. Niecałe 11 godzin w trasie, trzy przed limitem. Przetrwaliśmy Tatry! Przybijamy z Anią piątkę.

Próba charakteru

Gorąca, słodka kawa stawia nas na nogi i znowu szybko się zbieramy. Wyruszamy razem z Andrzejem Zapierdalaczem. Podchodzimy polną i leśną drogą na prawie 1200 m na Magurkę. Wkrótce doganiają nas Ania z Waldkiem, których też spotykaliśmy już wcześniej. Jeszcze nie wiemy, że w piątkę będziemy wspólnie napierać bardzo długo i stworzymy wspaniałą drużynę.

Chyba większość uczestników Legendy najbardziej się bała tych pierwszych 46 km przez Tatry. A dla mnie to była zabawa. Zdaję sobie sprawę, że dopiero w łagodnej i przebieżnej Magurze Spiskiej czeka mnie próba charakteru. Zastanawiałem się, jakim cudem cisnąc przez Tatry z taką zawodniczką jak Ania to ja większość czasu nadawałem tempo – czy to ona biegnie dziś na zupełnym luzie, czy ja mam dzień konia? A wynikało to po prostu z mojej naturalnej przewagi w technicznym, skalnym terenie. Dopiero teraz wytrzymanie jak najdłużej jej tempa będzie prawdziwym wyzwaniem. Na biegach górskich najwięcej tracę na płaskim.

janosik 1_resize

I właśnie głównie Ania nadaje teraz tempo. Płasko, łagodnie w dół, czy nawet lekko w górę – biegniemy. Pogaduchy i wspomnienia z różnych zawodów odciągają myśli od rosnącego zmęczenia. Na zbiegu przez las zapalamy czołówki. Już w zupełnych ciemnościach wypadamy na szosę.

Jedyna widoczna odblaskowa taśma wskazuje jakby w lewo, więc kawałek tam biegniemy. Ktoś sprawdza ślad w GPS-ie – niby się zgadza, ale następnych taśm nie widać. Wyciągam mapę – z niej wynika, że szosą w prawo na serpentynie i później zboczyć w teren między jej odnogami. Tam też widzimy błyski czyjejś latarki przed nami. Wracamy kawałek szosą, aż ktoś dostrzega odblask taśmy ponad nami, tam gdzie się spodziewamy trasy. Walimy na skuśkę przez łąkę i wkrótce jesteśmy na ścieżce. Nawigacyjna współpraca wyszła nam doskonale.

Frankowa Góra, 2 września, 20:00

Krótkie podejście niewyraźną ścieżką. Środek lasu, środek niczego. Słupek graniczny. Wspólne zdjęcia. Cieszymy się, jak to powie później Ania, jak żołnierze wracający z długiej wojny do domu. Albo, jak mi się skojarzyło, jak Franek Dolas po wylądowaniu na drzewie koło klasztoru. Jakby nie było, jesteśmy na Frankowej Górze. Z tą tylko różnicą, że największa wojna dopiero przed nami.

Tu miał być lotny punkt kontrolny z nieprzekraczalnym limitem do północy. Ale nie ma znaku życia, poza odległym szczekaniem psów i pobrzękiwaniem owczych dzwonków. Pomiar czasu będzie w Kacwinie. Dopiero minęła ósma. Według ostatnich prognoz, deszczu mamy się spodziewać przed północą. Kierując się taśmami, zbiegamy ledwo widoczną w gąszczu ścieżką.

W stronę światła i oazy

Tempo mamy bezlitosne, więc wkrótce jednego po drugim wyprzedzamy grupkę współnapieraczy. Jeden z nich to mój kumpel Romek, z którym się serdecznie pozdrawiamy. Ktoś siedzi w trawie. Narzeka na kłopoty żołądkowe i wygląda na mocno wychłodzonego. Zachęcamy go, a raczej każemy mu wstać i pomału iść w kierunku bliskiego już przepaku.

Kolorowe lampki już z daleka wskazują miejsce zapowiadanej przeprawy przez rzekę. Bez zastanowienia włazimy w zimną wodę do pół łydki. Idziemy w kierunku widocznych świateł wsi. Spotkanym goprowcom zgłaszamy, żeby wyszli po tamtego zawodnika.

Kacwin. Tata, też stary górołaz, mi opowiadał, że kiedyś w latach 60. spotkał tu w upalny dzień na polnej drodze… marynarza w mundurze. Najpierw myślał, że to fatamorgana. Teraz jest chłodna, wilgotna noc. Drogę wyznaczają nam światełka, mieniące się różnymi kolorami… jak latarnie morskie, prowadzące marynarzy do portu. Chyba nie są złudzeniem. Zakrzywiliśmy czasoprzestrzeń.

Włazimy na przepak, łapiemy nasze worki. Dwie michy pomidorówki z makaronem, zmiana skarpet i butów. Spotykam Jacka, starszego i dużo bardziej doświadczonego kolegę z klubu wspinaczkowego, który zawsze jest ode mnie dużo szybszy. Teraz nie biegał od dwóch miesięcy, bo wychodzi z kontuzji, i na punkcie potrzebuje trochę dłuższego odpoczynku. Niezawodna Ania mobilizuje naszą drużynę do szybszego zebrania tyłków w troki. Chwilę po dziewiątej przekraczamy pomiarową matę na wyjściu z punktu. Do mety oficjalnie jeszcze dystans maratonu. A naprawdę sporo więcej. Pierwotny limit 24 h ma być wydłużony. Myśleliśmy o złamaniu 20 godzin, nie wiedząc jeszcze, co nas czeka…

janosik 5_resize

Kto tego nie przeżył, ten nie wie ile punktów do psychy i mocy dodają suche stopy. Ten etap ma się składać głównie z podejść. W szybkim marszu pod górę ciągle jestem mocny, wydolnościowo czuję się świetnie. Jedyne, co mi coraz bardziej szwankuje, to wszystkie mięśnie nóg na odcinkach biegowych. Po bardzo technicznym maratonie przez Tatry, na którym czułem się w swoim żywiole, ostatnie na co mam ochotę, to długie biegi ciągłe w tempie 6 min/km nadawanym przez Anię. Niestety, ale płaski ultras jest ze mnie jak z koziej rzyci trąba.

Ale teraz jest pod górę. Wyrywamy naprzód z Waldkiem, pozostała trójka walczy kawałek za nami. Mścicie się za poprzedni etap? – śmieje się się Andrzej. Według profilu szczyt podejścia miał być wyraźny, ale wysokościomierz od dawna wskazuje około 1000 metrów i płaski odcinek nie ma końca. Siąpiący od jakiegoś czasu deszcz przechodzi w ulewę. Wreszcie zbiegamy na następny punkt w Łapszance. Cola, arbuzy, pomidory. Tu ostatni raz na trasie widzę znajomego z górskich biegów Bartka, który  wychodzi jak my wchodzimy. My też się błyskawicznie ogarniamy, żeby się niepotrzebnie nie wychładzać.

Pieprzony Janosik!

Teraz ma być długo płasko, a potem lekko w dół. Tego się najbardziej boję. Najpierw szosą, potem polną drogą. Biegniemy bezlitosnym tempem. Profil trasy równie bezlitośnie zapowiada 10 kilosów ciągłego biegu. Chyba robię się marudny dla moich towarzyszy, ale naprawdę zaczynam nienawidzić ich, tego pieprzonego Janosika razem z jego pierdoloną Legendą, bólu wszystkich mięśni nóg, lejącego deszczu i całego świata. Zostaję trochę z tyłu.

Na zbiegu ich znowu doganiam. Krótka narada w biegu. Ania i Andrzej, którzy wydają się mieć najwięcej sił, mają wątpliwości, bo już tak długo razem napieramy. Pozostałą trójką jednak wręcz każemy im się na nas nie oglądać i lecieć naprzód. Ich czerwone tylne światełka pomału się oddalają. Biegnę swoje. Druga Ania i Waldek zostają kawałek za mną.

Człowieku, ogarnij się. Może właśnie tego mi teraz trzeba – samotnego napierania. Już nie muszę trzymać niczyjego tempa, w ogóle nic nie muszę. Pomału wracam do swojego naturalnego stanu kochania całego świata. Deszcz – a niech sobie pada, im trudniej, tym lepiej. Moja grupka – gdyby nie oni, byłbym teraz dużo dalej od mety. Każde z nas samemu byłoby gdzieś w czarnej dupie. Ja trochę pomogłem Ani w Tatrach, Ania przeciągnęła nas przez tą cholerną Magurę Spiską. Kiedy mogłem, ciągnąłem jeszcze wszystkich pod górę. Druga Ania, Waldek i Andrzej na ostatnich kilku kilometrach ciągnęli mnie. Jak w dobrej kolarskiej drużynie na trudnym górskim etapie, każdy dawał dobre zmiany (przepraszam za brzydkie określenie) i odwalił wspaniałą robotę, a teraz niech każdy dociągnie swoim tempem do mety. Ania, Ania, Andrzej, Waldek – jestem Wam bardzo wdzięczny!

Zbiegam do szosy we wsi. To Trybsz. Deszcz bębni o asfalt. Dwaj schowani pod parasolami strażacy kierują mnie na zorganizowany przez siebie nadprogramowy punkt. Ania z Andrzejem właśnie wybiegają, kiedy na niego wpadam. Za chwilę docierają Ania z Waldkiem. Posilamy się grulami z solą, jak mówi nasz gospodarz. Popijamy gorącą herbatą. Bufety po naszej stronie granicy są zdecydowanie bardziej wypasione. Wybiegam sam, życząc towarzyszom powodzenia. Strażak mówi, że do Dursztyna mam 5 km.

Zapowiadane podejście wchodzi szybko – pod górę nogi pracują znakomicie. Zachowuję wzmożoną uwagę, we mgle i ścianie deszczu rozglądając się za taśmami.

Gdzieś między Trybszem a Dursztynem, 3 września, 1:00

Cisnę odkrytym, trawiastym grzbietem. Po obu stronach w dole majaczą światełka jakichś osad. We mgle i świetle czołówki ledwo widać trochę bardziej wydeptaną trawę, bo czasem to nie jest nawet ścieżka. Co jakiś czas taśmy potwierdzają, że się nie zgubiłem. Ulewa przeszła w oberwanie chmury, ale już mi wszystko jedno. To znaczy niezupełnie wszystko jedno, bo właśnie z zimna zaczyna mnie telepać. Żeby się rozgrzać, próbuję biec nawet pod górę, chociaż mięśnie nóg odmawiają posłuszeństwa. Myślę już tylko żeby dotrzeć na punkt, ściągnąć mokrą kurtkę, owinąć się NRC-tką i na wierzch założyć gumiankę.

Maszt komórkowy na Grandeusie. 5 km musiało już dawno minąć. Gdzieś daleko za mną majaczą czołówki współnapieraczy. Zbieg polną drogą, później asfaltem. Dursztyn, znowu kolorowe lampki jak po sznurku prowadzą na punkt.

Błyskawicznie pochłaniam gorącą herbatę i dwie michy gęstej zupy. Trzęsie mnie z wychłodzenia, ale na szczęście umiem o siebie zadbać w takich warunkach. Ściągam mokrą kurtkę, wyjmuję NRC-tkę, scyzorykiem robię w niej dziury na ręce, z pomocą wolontariuszki się nią szczelnie owijam, na wierzch gumowana przeciwdeszczówka z kapturem. Mimo przemoczonej bielizny termicznej, przynajmniej będzie mnie grzało od środka.

Żar – ściana błota, ściana płaczu

Później się dowiem, że kogoś właśnie tu zdjęli z trasy, bo już bardzo źle wyglądał. Ja też przez chwilę myślałem o zejściu, ale pewnie nie dałem tego po sobie poznać. Najwyraźniej w moich oczach było widać tylko dziką, zawziętą determinację. Jak się przepłynęło morze, to nie można utonąć przed samym brzegiem (znowu ten marynarz…).  To już ostatni etap, jakieś 15 km do mety. Całość miała mieć 98, a naprawdę wyjdzie coś koło 107 i 5200 metrów do góry.

W bez przerwy napieprzającym deszczu zbiegam w dół asfaltową, a później polną drogą, próbując się rozgrzać. Ktoś mnie dogania, razem się rozglądamy za taśmami. Coraz bardziej błotnista trasa staje dęba. Tu ma być ta zapowiadana góra Żar. Na wieczorną odprawę nie zdążyłem i przedstartową noc przespałem w samochodzie, a autokary przed piątą rano zabrały nas na start, więc nie znam szczegółów. Wkrótce szczegóły dają mi się osobiście poznać aż za bardzo.

Ściana błota staje dęba. Kto biegł długą wersję Chudego Wawrzyńca, to zna ścianę Oszusta. Teraz to jest coś porównywalnego, albo nawet gorszego. Dwa razy cisnąłem Oszusta w ulewie, ale nie takiej jak teraz. Kijków, jak wspominałem, zapomniałem dać na przepak, więc pod tym względem jestem w dupie. Ścieżka zmieniła się w rzekę błota i nie da się nią iść wprost. Łapiąc się korzeni i roślinności, raz z prawej, raz z lewej, i dysząc jak pies pomału posuwam się w górę. Dzięki ogólnorozwojowym treningom do biegów przeszkodowych, na szczęście wydolność mam całkiem niezłą. Przynajmniej się na dobre rozgrzewam i oddalam widmo hipotermii.

Koniec podejścia. Na drzewie kartka od organizatorów. „Witamy na Górze Żar. Był żar z dupy?” Dzięki, Sławek…

Na długo ciągnącym się grzbiecie Żaru dogania mnie Jacek, którego ostatni raz widziałem w Kacwinie. Mobilizuje mnie do mocniejszego przyciśnięcia. Zbiegamy, znowu lekko pod górę, potem równo… kiedy to się skończy?

Rozkminy filozoficzne

Trasa jest tak rozmoknięta, że już od dawna się nie przejmuję i lecę jak dzik w błocie ponad kostki. To jest jak Łemkowyna. Ból przyczepów ścięgien nad kostkami będzie mi jeszcze później towarzyszył przez wiele dni. Żar z Góry Żar niestety dawno przestał działać i znowu zaczyna mnie telepać. Wreszcie zaczyna się chyba końcowy zbieg do Niedzicy. Znaczą go ponownie kolorowe lampki. Wciąż biegniemy razem z Jackiem. Doganiają nas jacyś dwaj współzawodnicy, ale nie mamy już siły się ścigać.

Zbiegamy asfaltem w okolice zamku, potem główną drogą i skręcamy na zaporę. Niekończącymi się, podświetlonymi schodami w dół. Deszcz leje coraz mocniej, jeśli w ogóle to jest możliwe, bo już chyba bardziej nie może. Półtora kilometra asfaltem wzdłuż dolnego zbiornika. W spokojnym truchcie o piątej rano zbiera nam się z Jackiem na jakieś filozoficzno-życiowe rozkminy.

Już widać metę. Jeszcze tylko kawałek szosą, schodkami w dół i honorowa runda do bramy. Mamy 83. i 84. miejsce. 22 godziny, 6 minut i 44 sekundy piekielnej, naprawdę legendarnej trasy. Na 159 startujących w oryginalnym limicie 24 h zmieściło się 111 osób. Sklasyfikowano w sumie 124 zawodników. Z mojej wspaniałej drużyny – Ania i Andrzej 50 minut wcześniej, Ania i Waldek niecałe pół godziny później. Z pozostałych wspomnianych ziomków – Bartek 14 minut przede mną, Romek 11 minut za mną. Główny organizator Sławek Konopka wszystkich nas osobiście wita, wręcza nam imienne medale i cieszy się wraz z nami, jakby to on sam dobiegł do mety. Wspólne piwo i gulasz w tej nieludzkiej godzinie i pogodzie i po tym wariackim biegu smakują jak nigdy wcześniej.

janosik 6_resize

Wygrali Rafał Kot (Przekot!) (13:55:36) i Marta Wenta (16:05:22, 10. open).

Pełne wyniki wszystkich dystansów Ultra Janosika.

***

To był naprawdę ciężki, a przy tym dobrze zorganizowany bieg. Ktoś powie, że trudna technicznie była tylko pierwsza, krótsza część przez Tatry, a potem to już tylko łatwo przez Magurę Spiską. A g… znaczy trzecia góralska prawda księdza Tischnera! Jedni się lepiej czują w terenie przebieżnym, inni w technicznych trudnościach. Legenda Janosika wymaga wszechstronności, i dlatego jest taka trudna! Tutaj zarówno typowo górski ultras, jak i specjalista od bardziej biegowych tras równo dostaną po rzyci. A jak pogoda dorzuci swoje, to już się robi totalna rzeźnia.

Miał być start na mocne przetarcie między dwoma trudniejszymi biegami. Wyszła bardzo mocna walka, może na równi z nimi. Dotarłem do mety jak do zbawiennego portu. Przez ostatnie siedem godzin żeglowałem w sztormie, jak ten marynarz z Kacwina.

O Autorze

Kamil Weinberg

Biegacz, wspinacz, zawodnik OCR i dziennikarz sportowy. Tak samo kocha napieranie, jak pisanie o nim. W każdym sporcie lubi dać z siebie maksa i się ostro sponiewierać.

Podobne Posty

2 Responses

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany