Za dużo! Zwykle słychać na internetowym forum. – Więcej niż 350 nie dam! – to podejście z jednej strony. A z drugiej – przychodzą klienci i kupują topowe serie po 1000 i więcej złotych.

Siedzę na tym rynku od dawna. Wcześniej wyłącznie jako kupujący, teraz jako dystrybutor i sprzedawca. Co jakiś czas mam okazję pogadać z projektantami, a także z ludźmi, którzy zlecają produkcję na dalekim wschodzie. Nie ukrywam, że buty są moją pasją, stąd ten artykuł będzie pełen szczegółów, które dla przeciętnego biegacza wydadzą się nieistotne.

Jazda cen w górę

Terenówki i ogólnie buty do biegania drożeją. Przez ostatnie 10 lat ich ceny podjechały w górę o jakieś 30-40%. A ostatnio drożeją szybciej. Dzieje się to z kilku powodów.

W Chinach rosną płace i wymagania odnośnie warunków pracy. To tam powstaje większość butów świata. Około 60% wyjeżdża z Chin. Europa pod względem obuwia sportowego się nie liczy. Na starym kontynencie robi się głównie obuwie skórzane, we Włoszech, Hiszpanii i Portugalii. Nie wygląda na to by trend się odwrócił.

Kilka lat temu New Balance chwalił się, że ich produkty są robione w Wielkiej Brytanii. Ale fabryka skupia się głównie na modelach z elementami zamszowymi. Na butach “na miasto”. Nowe biegowe modele co najwyżej przypływają do fabryki w dwóch kawałkach i są zszywane.

3d-flyknit-shoe-upper-knitting-machines-nike

Przykład oferty cholewek tkanych maszynowo. (Zdjęcie z oferty Guomao Knitting Technology Co.)

Dlaczego nadal produkuje się w Chinach skoro to drożeje?

To proste. Tam jest ogromny rynek fabryk i ogromna elastyczność. Są całe centra handlowe, w których oferuje się wyłącznie komponenty butów sportowych. Są zarówno fabryki renomowane, takie w których stołują się największe marki, jak i brudne podrzędne manufaktury, gdzie robi się najgorszą tandetę. Chińczycy potrafią stworzyć wyroby wspaniałej jakości. Ale naprawdę zaskakujące jest doświadczenie tego jak paskudnie tandetny produkt są w stanie zaproponować bez żadnego obciachu. But może być zaskakująco piękny jak i śmierdzący klejem na kilometr, rozpadający się jeszcze przed wyjęciem z pudełka.

Przyjeżdżasz i masz pełen wybór. Możesz wybierać między 40 wzorami wyszywanych cholewek, które Nike nazwał flyknit, a które teraz rozprzestrzeniły się po całym rynku. Możesz wybierać grubości i rodzaje pianek. Możesz przebierać w gotowych wzorach bieżnika. A jeśli to Cię nie zadowoli – idziesz do biur projektowych i specjaliści zrobią produkt ściśle według Twojej specyfikacji.

Na rynek wchodzą ostatnio również fabryki Wietnamu, Kambodży, Bangladeszu, Chiny nieco tracą na znaczeniu, ale to nadal potęga. Jeśli masz buty biegowe, możesz strzelać w ciemno, że zrobiono je w Chinach.

“Najki to chińska tandeta, Mammut to porządna firma. O Decathlonie to w ogóle nie myśl”!

Brzmi ciekawie… dopóki nie sprawdzimy gdzie dokładnie zostały zrobione te buty. A powstają w jednej fabryce. Może się zdarzyć, że ten sam robotnik jednego dnia szyje Nike za 600 zł, a drugiego dnia Kalenji za 200 zł.

Clip_2

Spis klientów zamawiających obuwie w jednej z fabryk. Źródło: Fulgentsun.com

 

 

Production_cost_adidas_shoe

Koszty produkcji butów na przykładzie kilku modeli adidasa.
Źródło: solereview.com (maj 2016), a dokładniej: świetny artykuł o kosztach produkcji butów biegowych.

Skąd więc różnice w jakości i cenie?

Składa się na to kilka czynników. Oczywiście istotna jest cena materiałów użytych do produkcji. Ale nie tylko. Liczy się wielkość zamówienia i wielkość całościowego kontraktu z fabryką. Wielkie marki zamawiające po milion par, mogą wynegocjować rabaty nawet rzędu 35% w porównaniu z rynkowymi debiutantami.

Na niekorzyść tych drugich grają też koszty wprowadzenia na rynek nowych modeli. Jeśli chcesz zrobić but swoich marzeń, musisz zapłacić nie tylko za czas projektantów i pracowników, którzy przeniosą dizajn z komputera na język wykrojów, szwów, kopyt. Do tego dochodzi kilka pokoleń prototypów, wersji testowych. To wszystko trzeba albo obejrzeć w fabryce, albo płacić za dziesiątki paczek kursujących przez pół świata.

Zatem jeśli kupujemy but od małego producenta lub but specjalistyczny, koszty jego wykonania są znacznie wyższe niż np. Nike Pegasus.

Do tego dochodzą inne ciekawe kwestie.

Można się zastanawiać, skąd takie marki jak 4F (czyli nie zaawansowane technicznie) mogą nagle wypuścić kolekcję bardzo tanich butów sportowych. Nie namierzyłem konkretnego wykonawcy butów (przez przypadek trafiłem natomiast na fabrykę robiącą dla nich koszulki). Ale najprawdopodobniej proces wygląda tak: przedstawiciel marki przyjeżdża do Chin i zamawia jedną z setek gotowych cholewek, dobiera do tego podeszwę z katalogu. Ustala kolor i zamawia.

Nie uzyskuje w ten sposób żadnej nowej jakości. Ale nie o to takiej marce chodzi. Liczy się przede wszystkim cena. Wykorzystując gotowe podzespoły można obyć się bez specjalistycznej wiedzy, bez testerów, bez projektantów. Dodatkowo nie trzeba płacić za wykonanie form czy zamawiania nowych kopyt. A to już bardzo duża oszczędność. Komplet form to wydatek co najmniej 35 000$ na jeden model.

Clip

Ile kosztuje samo zrobienie buta?

Cena większości butów u bram fabryki to około 30 dolarów (+/- 50%). Taki rachunek producent musi uiścić aby jego buty mogły zostać załadowane na statek. W tym artykule nie będziemy rozbijać dokładnie ceny elementów składowych. Ta cena zwie się FOB. Następnie trzeba zapłacić za dostarczenie produktu do kraju przeznaczenia i opłacić cło.

Do morskiego kontenera wchodzi około 5000 par. A jego transport kosztuje w granicach 10 tysięcy zł. Tu można wrzucić kolejną porcję anegdot, bo armatorzy ustalają swoje ceny podobnie do linii lotniczych i nigdy do końca nie wiadomo ile zapłaci się za transport. Można np. dostać mail o nagłej podwyżce o 50% bo… bo tak sobie wymyślili.

Tak czy siak – koszty transportu są niewielkie. Jakieś 2 zł na parę. Większe jest cło. To dokładnie 16.9%. Zatem z 30 dolarów u drzwi fabryki, po dojechaniu do Warszawy robi się 35. I kontener kosztuje już 175 000$. Jeśli jest to zakup przez oddział ogólnoświatowego koncernu, polska placówka rozlicza się z centralą, a but jedzie do sklepu lub hurtowni.

Często bywa tak, że po drodze jest dystrybutor. Czyli odrębna firma mająca wyłączność na polskie terytorium. Tak działają np. Brooks, New Balance, inov-8, Saucony.

Wówczas polski dystrybutor, zanim zobaczy buty w Polsce, musi dać zarobić centrali. Tak, żeby mieli z tego około 30%. Czyli z 35 dolarów robi się 50. W ten sposób płaci firmie za budowanie reputacji przez ostatnie np. 100 lat (tak, przykładowe Saucony zostało założone w 1910 roku), za to, że odwalili robotę projektową, za to, że dogadali się z fabryką. Za to, że sponsorują sportowców na arenie międzynarodowej. No i oczywiście za obsługę zamówienia i jeszcze dolę dla akcjonariuszy. A producent się cieszy, bo poszerzył swoją sprzedaż i zarobił swoje.

ben-mounsey-inov-8-roclite-290

Inov-8 roclite 290 – bohater naszej opowieści.

Magazyn w Łomiankach

Załóżmy, że magazyn jest pod Warszawą gdzieś koło Łomianek (bo tam taniej i rzeczywiście do niedawna był tam magazyn Icebuga). Buty stoją w kartonach. Są jeszcze całkiem tanie, ale z każdym dniem generują koszty. Trzeba zapłacić za powierzchnię, na której stoją (jakieś 20 zł za metr na miesiąc), zapłacić odsetki od kredytu, za który się kupiło ten towar, ubezpieczenie od kradzieży pożaru, itp. Potem sypnąć magazynierowi, firmie ochroniarskiej. Do tego przyda się postawić jakąś stronę internetową, która będzie po polsku pokazywać co jest w sprzedaży. Do tego przyda się handlowiec, budżet na sponsoring lokalny, na rozdanie butów do testów. I przyda się jeszcze zarobić. Tak ze 30%. Żeby opłacić wszystkie rachunki, pracowników, własną pensję, podatek dochodowy i żeby zrekompensować ryzyko. Bo przecież biznes może się posypać i to na głowie właściciela firmy będzie odzyskanie zainwestowanych pieniędzy. A rozmawiamy tu o kwocie 245 000 $, bo tyle kosztuje wspomniany kontener, gdy już jest wypakowany w Łomiankach. To kwota, za którą można kupić i wynajmować mieszkanie w Warszawie, nie trzeba bawić się w pracochłonny biznes biegowy. Więc żeby to miało sens, pensja powinna być wyższa niż zysk z wynajmu, lokaty bankowej czy funduszu. Pieniądz też nie jest za darmo. A oprócz zwykłego ryzyka związanego z prowadzeniem biznesu, dochodzi jeszcze kwestia kursów walut, które mogą rozchwiać budżet.  

Zatem mamy tą parę butów, gdy jedzie do sklepu. Na fakturze widnieje już kwota powiększona o marżę dystrybutora, czyli 71$, co daje na polskie jakieś 257 zł. To kwota netto, jak wszystkie wcześniejsze. Podatek VAT pojawi się na końcu.

Ile ma z tego sklep?

– No dobra, chłopaki, ile chcecie mieć żeby Wam się rachunki zamknęły?

To prawdziwe moje pytanie sprzed tygodnia.

– Tak ze 40% – brzmiała odpowiedź od właściciela sklepu, który interesował się wprowadzeniem butów inov-8 do swojego asortymentu. – Bo będą prosić o rabat, bo mamy tu koszty….

Jeśli uda się dobić targu, buty zostaną wystawione na sprzedaż po 428 zł netto. Po dodaniu VAT, na metce pojawi się “okrągłe” 529 zł. To cena np. modelu inov-8 roclite 290.

I jeśli pojawi się klient, chwyci buty i przejdzie do kasy, nie będzie się targował, da zarobić te 40%, to po odliczeniu podatku VAT, sklep zarobi 171 zł.

Kto ile dostał?

chart (1)

Skąd się biorą tak niskie ceny w Decathlonie czy Lidlu?

Chwyćmy model Kalenji Ekiden One. Jego cena jest naprawdę powalająca! 49 zł! To przecież mniej niż 1/10 tego, co widzieliśmy w poprzednim przykładzie. Skąd ona może się wziąć?

Po pierwsze weźmy pod uwagę wielkość firmy i skalę produkcji. Decathlon ma jedną z najmocniejszych kart przetargowych w Europie. W Polsce to 45 wielkich sklepów. We Francji ponad 300 plus inne kraje, zwłaszcza, że Decathlon ponownie próbuje podbić ogromny rynek w USA. Oznacza to, że produkcję jednego modelu można liczyć w milionach. Kto by nie chciał takiego klienta? Kto by nie dał zniżki?

Do tego dokładamy skrajnie prostą konstrukcję. Minimalna liczba elementów, kilka przeszyć, brak zewnętrznej podeszwy,  jedna wersja kolorystyczna. Idąc dalej, za dystrybucję odpowiada globalnie sam producent. Ściąga kontenery do centralnego magazynu i stamtąd rozwozi do sklepów. Nie musi płacić osobnym firmom – hurtownikom, nie musi dzielić się zyskiem, a dodatkowo wszyscy korzystają z jednego systemu logistycznego, co obniża znacznie koszty.

big_e9da88462bcc492c80449d5cde001f76

Kalenji Ekiden One – najtańszy but na rynku.

Ostatni czynnik jest jednak najciekawszy. Decathlon nie zarabia na najtańszych produktach!

Nie taki jest cel ich wprowadzania. To tylko wabik by ściągnąć klientów do siebie. Gdy biegacz już chwyci za koszyk i przejdzie się po sklepie, na pewno nie wyjdzie z jedną parą butów. Sięgnie po okulary, po jakieś żele, kupi klapki, na których sklep zarabia 75% ceny. A nawet jeśli ten jeden klient wyjdzie z samymi butami, statystycznie wszystko zamyka się na plus.

Jest jeszcze jedna opcja, do której żaden producent się nie przyzna. Ustawienia kontroli jakości.

Jednym z etapów produkcji jest kontrola jakości. Pracownicy dzielą buty na kupki A, B i C. Z czego A to produkt praktycznie bez zarzutów, a C jest postrzegany jako dalece wadliwy i mogący sprawić krzywdę. O dokładnie wiadomo co należy zrobić z A i C, tak B… jest tym ogniwem pośrednim i można taki produkt przepchnąć mimo wszystko na rynek, a można zniszczyć, tak jak dobra praktyka nakazuje. Firmy, które maksymalnie tną koszty, mogą pójść tu na kompromis.

Znalazłem buty przecenione o 50%!

a) Tak. To znaczy, że sklep już na nich nie zarabia. Chce tylko odzyskać swoje pieniądze. Albo nawet nie to. Chce odzyskać chociaż ich część, by zainwestować w inny produkt, dzięki któremu sobie odbije.

Czasem klienci myślą sobie, że fajnie by było żeby wszystkie buty kosztowały połowę ceny. Bo skoro się udaje czasem, to powinno działać zawsze.

Ale nie. Żeby móc “spuszczać” kilka par za pół ceny i nadal mieć na chleb, właściciel sklepu musi sprzedać większość par w pełnej cenie, bądź z minimalnym rabatem. W Polsce jest mniej takich superokazji, bo sam rynek jest stosunkowo mały. W Wielkiej Brytanii dużo łatwiej trafić na sensowny model za 150 czy 200 zł. Ale przyczyna jest prosta. Na każdą taką gratkę przypada 10 par sprzedanych z sensownym zyskiem. 

Do tego dochodzi zamożność klienta. Przeciętny Smith czy Johnson za swoją miesięczną wypłatę może kupić 30 par butów. Kowalski tylko 6. Zatem jest to zakup dużo mniejszej wagi. Nie trzeba szperać w internecie, korzystać z 10 porównywarek cen. Się wchodzi do ulubionego sklepu i kupuje. Nie trzeba mierzyć w sklepie, a potem zamawiać w internecie.

Na takiej samej zasadzie w Polsce przeciętny obywatel nie rozgląda się za przecenionymi wczorajszymi bułkami…w Biedronce 😉

b) Druga możliwość to sztuczne zawyżanie cen i kopiowanie ich z bogatszych rynków. To zjawisko nasiliło się w ostatnich latach. Adidas, Salomon, ASICS wypuszczają nowe modele wyceniając je kosmicznie wysoko. Nierealnie jak na nasz rynek. Ale już po chwili pojawiają się promocje. I realna cena sprzedaży jest zupełnie inna niż ta, którą można zobaczyć w katalogach. Stąd tak dużo efektownych %. Bo cena nigdy nie była adekwatna do możliwości rynku. Przedstawiciel Salomona pewnie będzie na mnie zły, gdy powiem, że w sklepach specjalistycznych podaż spotyka się z popytem, gdy ich topowa seria S-Lab zjedzie z 759 zł do poziomu 499 zł.

c) Coraz więcej produktów w branży biegowej przestaje funkcjonować na racjonalnych zasadach (kwestie techniczne, materiałowe, etc.), a na czoło orkiestry wychodzi moda. Stąd niesamowite ceny koszulek, gatek. Inov-8 trzyma się pod tym względem nieźle, ale sam łapię się za głowę, gdy widzę spodenki za 499 zł. O ile w przypadku butów można bez końca dyskutować o tym jakie cechy są istotne, tak w przypadku spodenek świat jest prosty jakby widziany oczami organu w nich schowanego. Jeśli spodenki kosztują 5 stów, znaczy, że są ładne i producent liczy, że Cię zauroczą.

Skąd się biorą podróbki i czemu są takie tanie?

Wiele razy słyszałem, że są pewnie robione w tej samej fabryce, tylko że na nocnej zmianie. Ale nie wierzę w to. Podróbki dotyczą najpopularniejszych produktów i największych firm.

I przez te ostatnie są zwalczane na równi z terroryzmem.

Dlatego uważam za skrajną głupotę robienie abidlasów w fabryce gdzie gości się adidasa. Wystarczy, że klient przez przypadek przejdzie się po magazynie. Albo idąc po nitce do kłębka wyśledzi kto zrobił podróbkę. Nie dość, że przestanie zlecać produkcję w danym zakładzie, złoży pozew, to jeszcze przekaże informacje do znajomych z branży.

I zamiast dobrego interesu będzie bankructwo.

Żeby zrobić tanią podróbkę, trzeba oszczędzać na wszystkim. A więc używa się najtańszych materiałów, które wyglądają podobnie, najtańszych nici, klejów. Ponieważ pianka amortyzująca jest jednym z droższych komponentów, to na niej można przyciąć sporo.

Oczywiście należy wybrać też inną fabrykę. Tańszą. Czyli taką co płaci mniej pracownikom (opowieści o misce ryżu to szkodliwy mit, w przeciętnej chińskiej fabryce robotnik zarabia równowartość ok. 1600 zł). Kiepskie zakłady nie spełniają norm gospodarowania odpadami, ściekami, zdarza się tam więcej wypadków, a pracownicy nie mają zabezpieczenia socjalnego (w lepszych fabrykach do świadczeń należą m.in. kwatery i żywienie). Podróbki robione są na starych niedokładnych maszynach i zużytych formach. Jak wcześniej wspominałem, w kulturze azjatyckiej słowo „obciach” jest używane rzadko. Jeśli nie powiesz dokładnie z czego ma być wykonany bieżnik, prawie na pewno projektant wstawi tam najtańszą możliwą mieszankę (odkryjecie nieznany poziom smrodu gumy). A więc tam używa się bez zażenowania najgorszego szmelcu. Karbon zamienia na czarny plastik.

Ponieważ oszczędności już na pierwszym poziomie, czyli fabryki, mogą sięgnąć 50-70%, to cena końcowa również. Ale to mało. Trzeba jeszcze popracować nad kolejnymi ogniwami. Zatem podróbki oferuje się albo w internecie, albo w podrzędnych sklepach, gdzie płaci się minimalny czynsz, a pracownicy nie mają istotnego przeszkolenia.

Bo czemu sklep biegowy, który płaci za metr powierzchni 100 zł czynszu miałby oferować but za 150 zł, z którego w kasie sklepu zostaną 2 dychy? Dlatego trzeba tego szukać na allegro lub u szemranych zagranicznych dostawców.

No i oczywiście, jeśli ktoś mimo wszystko kusi się na ten produkt, powinien wiedzieć, że wspólny będzie jedynie wygląd.

Internet kontra sklepy stacjonarne.

Znowu dygresja: ostatnio byłem na otwarciu nowego wcielenia Sklepu Biegacza na warszawskim Powiślu. Jeśli się nie mylę to największy tego typu obiekt w kraju. Dwa piętra poświęcone wyłącznie bieganiu (na moje oko z wbudowanym kalkulatorem, to nie może przynosić zysków).

Na uroczystym bankiecie szef sieci opowiadał, o tym jak polski rynek się rodził, rósł, a teraz, że dojrzewa i zaczyna sprawiać problemy wychowawcze. Stoimy z szampanami, w świetle reflektorów, a tu nawet przy tak uroczystej okazji weszła fałszywa nuta. „Niedobrze”, pomyślałem.

Te “problemy wychowawcze” to przede wszystkim walka sklepów stacjonarnych o przetrwanie. Pojawiło się ich w ostatnich latach sporo. Dużo też upadło. Ale tendencja jest taka, że handel przenosi się do internetu. I będzie to robił dalej i bardziej.

Nie próbuję tego oceniać. Pokazuję proces.

Sklep internetowy z założenia nie inwestuje w łatwo dostępną lokalizację, nie inwestuje w licznych fachowych sprzedawców. Koszty utrzymania czy serwera bledną przy tym ile trzeba wydać na eleganckie oświetlenie choćby niewielkiego lokum.

Dodatkowo często sam nie płaci za towar dopóki go nie sprzeda. W modelu zwanym „dropshippingiem” sklep internetowy to tylko fasada. Finalny produkt jedzie wprost z hurtowni do końcowego klienta. Czasem sam hurtownik wrzuca umówione ulotki, kupony, okleja paczkę taśmą z logo fasadowego sklepu.

Na krótką metę to działa. Ograniczając koszty można obciąć cenę o 20% i nadal funkcjonować “na plus”.

Często również sami właściciele marek zabierają się za handel internetowy i zaczynają konkurować z detalistami. W ten sposób skracają łańcuch kontrahentów. Mają zarówno marżę brandu, jak i dystrybutora, jak i sklepu. To potężna broń. Ale obosieczna.

Pięknie to było widać w przypadku wschodzącego rynku crossfitowego. Marka Reebok postanowiła zawłaszczyć całą nową dyscyplinę i zainwestowała ogromne pieniądze. Udało się przejąć najważniejszy cykl zawodów, wyciąć konkurencję z rynku, ale przy okazji nie udało się stworzyć sensownej sieci sprzedaży. Reebok tak zasypywał promocjami, zniżkami, darmówkami, talonami, że do tej pory sklepy z asortymentem crossfitowym oferują wszystko prócz butów. Nikt nie był w stanie wypracować sensownej marży na rynku, gdzie często producent na swojej stronie oferował buty taniej niż cena zakupu dla kontrahenta.

Problem w tym, że w sieci jakość usług jest niższa. Nie ma mowy o przymierzeniu 10 par i skonsultowaniu tego ze sprzedawcą. Nie mówiąc już o bieżni mechanicznej. Znacznie łatwiej o wpadkę. Oczywiście prawo dopuszcza zwroty, a sklepy internetowe pozwalają czasem na zwrot po 90 dniach. Ale nie przyjmą butów, w których zrobiłeś rozbieganie i które będą nosić ślady używania.

Oczywiście powstają różne aplikacje, które starają się zastąpić doradcę np. Shoefitr, który opiera się na skanie wnętrza buta (kupiony jakiś czas temu przez Amazon i wrzucony do szuflady). Internet wojuje tworząc coraz to nowe modele sprzedaży – kluby zakupowe, strony afiliacyjne. Do tego dochodzą newslettery, wysyłki za granicę, możliwość negocjowania ceny online, porównywarki, etc.

Sklepy stacjonarne rewanżują się tworząc grupy biegowe, wspólne treningi, budowanie społeczności. W ten sposób mogą tworzyć wartość dodaną, która zrekompensuje wyższą cenę sprzętu. No, ale w tej chwili przegrywają.  

Zamiast amen

Podsumowując ten przydługi tekst, który dotknął jedynie powierzchni problemu, proponuję rozwagę przy szafowaniu radykalnymi opiniami. Często pochodzą z niesprawdzonych źródeł lub są zafałszowane. A jeśli wydaje się, że życie sklepikarza, importera, czy właściciela marki jest usłane różami, proponuję spróbować swojej roli w jednym z tych zawodów.

Kalkulator w dłoń i do dzieła!

Trochę literatury

Artykuł o fabryce New Balance (ang.)

www.highsnobiety.com/2015/08/12/new-balance-flimby-real-ale

Ile kosztuje zrobienie buta (ang.) – od fabryki aż na półkę w USA.

www.solereview.com/what-does-it-cost-to-make-a-running-shoe

Starszy (2014) artykuł oparty na danych wziętych z Nike i szacujących ile kosztuje zrobienie buta, który na półce kosztuje 100 dolarów

www.bizjournals.com/portland/blog/threads_and_laces/2014/12/the-cost-breakdown-of-a-100-pair-of-sneakers.html

Artykuł Andrzeja Bikowskiego (projektanta marki adidas) na bieganie.pl

Rzeczy drukowane:

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy Nike

How Shoes are made – książka opisująca wszystkie etapy produkcji butów sportowych.

How To Start Your Own Shoe Company – książka szczegółowo poruszająca kwestie prowadzenia firmy obuwniczej – od strony biznesowej.

 

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

22 Responses

  1. Andrzej

    Krótko i profesjonalnie. Tylko prawda jest taka, że jak nie biegałeś w jakimś modelu, to wszystko okaże się dopiero po rozbieganiu. Dwa razy kupiłem buty po profesjonalnej konsultacji – raz w Sklepie Biegacza, na samym początku i po miesiącu służyły na spacerach z psem, bo okazało się, że jednak nie jestem pronatorem (a była bieżnia, konsultacja i duperele). Drugi raz w Sklepie biegowym, gdy nikt nie powiedział mi, że przejście z dropu 10 mm na 4mm nie będzie komfortowe i skończy się kłopotami przy dużym kilometrażu. Teraz buty kupuję po konsultacjach z innymi, obserwuję na biegach, wypytuję, dręczę kumpli i nieznajomych. Tak przeszedłem na Hoki z powodzeniem, tak pożegnałem się z Salomonem, tak nie przeszkadzam radości z biegania. Ale cenię sklepy stacjonarne, za to, że nie wpakują mnie w podróbki i wolę kupić je tam, niż z nieznanego źródła w necie.

    Odpowiedz
  2. Michał

    Artykuł tak profesjonalny i rzeczowy, że pozwoliłem sobie udostępnić link do niego na stronie głównej portalu MaratonyPolskie.PL – mam nadzieję, że nie zostanie mi to zarzucone 🙂

    Odpowiedz
  3. Bartek

    Fajny artykuł, ale prawda jest taka że tak długo bieganie będzie modne to ceny będą na nierealnym poziomie. Firmy nie widzą powodu żeby je obniżać skoro można zarobić. Jak moda minie rynek się skurczy powrócą lepsze czasy dla biegaczy.

    Odpowiedz
    • Magdalena Ostrowska-Dołęgowska
      Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

      Nie do końca. Rynek biegowy jak każdy inny opiera się na konkurencyjności. A rynek asfaltowy ostatnio przestał rosnąć i ceny wcale nie spadły. Jeśli to co piszesz byłoby prawdą, w USA byśmy mieli do czynienia ze spadkiem cen. A nie mamy. Ja uważam, że ‚nierealne ceny’ jeśli rzeczywiście by były nierealne to zostałyby dość szybko skorygowane przez konkurencję. Bo przecież można wyskoczyć z własną marką i spróbować zagrać na wartościach które uważa się za realne. I takich skoków było wiele. Ale z czasem okazuje się, że brakuje na coś funduszy. Na któreś z opisywanych ogniw. Pokazuję zarówno budowę ceny drogiego buta jak i taniego. I oba modele funkcjonują równolegle na rynku. A na dojrzałych rynkach funkcjonują wszystkie wersje równocześnie – i sprzedaż po pełnych cenach i wyprzedaże i producenci w rodzaju Lidla. (pisze Kshysiek)

      Odpowiedz
    • Oskar
      Oskar

      Bartek, co masz na myśli pisząc nierealne? Ceny zawsze są realne 🙂 Możliwość kupienia tego buta dla określonej osoby może jednak, w pewnych warunkach, być nierealna. Już nie raz widziałem coś, co strasznie chciałem mieć, ale było dla mnie za drogie, a znajomy miał twierdząc, że kupił za „przyzwoitą” cenę. But kosztuje ponad 500 złotych z powodów opisanych w artykule, który właśnie odsłania kulisy kształtowania się tej ceny. Możesz więc wskazać, na którym etapie ta cena jest zawyżana?

      Odpowiedz
  4. sbs

    Naprawde fajny tekst, ciekawa analiza. Natomiast odniose sie do ceny buta na poziomie 759PLN czy krotkich spdenek za 499PLN. Zaslyszalem ongis opinie, ze to tyle kosztuje na tzw zachodzie i taka jest wartosc danego produktu w UE. Zapomina sie tylko, ze na zachodzie wynajem wspomnianych powierzchni handlowych jest bardziej kosztowny, pracownicy rowniez, nie inaczej z transportem… Dlatego jesli widze buty drozsze w PL niz w Germanii to smieje sie i kupuje przez znajomych u zachodnich sasiadow, bo widze, ze ktos probuje mnie zrobic w tzw. ciula;)

    Odpowiedz
    • Krzysztof Dołęgowski
      Krzysztof Dołęgowski

      Wg mnie te grupy produktów działają na innej zasadzie niż reszta. Zwróć uwagę, że Salomon sprzedaje serię S-Lab (180 €) w tych samych sklepach, gdzie Speedcrossy (125 €). Więc raczej nie chodzi o koszty powierzchni handlowej i pracowników. Na różnicę składają się: a) faktyczne różnice w kosztach produkcji, b) efekt skali – buty robione w mniejszym nakładzie są droższe, c) kwestia mody – w bogatszych krajach jest więcej ludzi gotowych zapłacić więcej bo im się coś podoba, bo jest prestiżowe, bo jest kojarzone z gwiazdami, etc. Jeśli wprowadza się buty kosztujące np. 80 € to wcale nie podbijają one rynku.

      Odpowiedz
  5. Piotr

    „A na dojrzałych rynkach funkcjonują wszystkie wersje równocześnie – i sprzedaż po pełnych cenach i wyprzedaże i producenci w rodzaju Lidla” – dokładnie, ale to porusza jeszcze jedną kwestię, o której Kshychu nie wspomniałeś: prestiż, chęć wyróżnienia się etc. A to warte każdych pieniędzy ;). Zwłaszcza przy znacznym rozwarstwieniu społecznym. Wiadomo jak to działa. Będą więc klienci i na taniochę (zwłaszcza w kraju gdzie mało się zarabia), i na nieprzyzwoicie drogie rzeczy… Byle podparte dobrym marketingiem 😉

    Ale tak naprawdę nie o tym chciałem… Rozbawiła mnie grafika pt. Kto ile dostał? Świetnie ukazuje absurdy. Teoretycznie największym beneficjentem tego podziału jest sklep, ale jak sam wspomniałeś, raczej nie ma co liczyć, że sprzeda wszystkie buty w pierwszej cenie. Więc na pewno nie zarobi średnio po 171 zł na parze. Kolejny w kolejce jest fabrykant, a po nim w granicach błędu (więc właściwie nie mamy pewności, czy aby nie na drugim miejscu) jest fiskus. Jeśli przyjmiemy, że sklep opędził większość partii w obniżonej cenie, to fiskus w tej karuzeli wychodzi na prowadzenie 😉
    Ktoś, kto na litrze paliwa zarabia najwięcej wcale nie nosi turbana na głowie… To my właśnie, znaczy Państwo! Więc stać nas na drogie buty biegowe.
    Co należało udowodnić 😉

    Odpowiedz
    • KejDablju

      No nie wszystko jest takie jak piszesz. Jeśli sklep sprzedaje po niższej cenie to i maleje fiskusowi, więc nie do końca wyjdzie na prowadzenie. 😉

      Odpowiedz
      • Piotr

        Masz rację, trochę się zagalopowałem w obliczeniach ;). Ale na pocieszenie fiskusowi warto zauważyć, że pieniądz za który kupujesz buty (lub cokolwiek innego) jest dwa razy opodatkowany: dochodowo i konsumpcyjnie. Wiec tak czy owak fiskus na tym nie straci i raczej obstawiam go jako faworyta w naszym podziale tortu.

  6. Piotr

    W sklepie internetowym też potrzeba fachowców.
    Tak samo dropshipping jest w PL raczej mało popularny i nieznany.

    Patrząc w temacie biegowym i odzieżowym, to stacjonarka ma chyba jednak łatwiej.
    Ubranie przymierzysz, zwłaszcza buty, zorganizujesz spotkania biegowe.
    Jak masz biuro plus magazyn jako s. internetowy to już tak prosto nie jest w tym temacie.

    Odpowiedz
    • Oskar
      Oskar

      Ale „stacjonarka” ma też koszty promocyjne. Sam napisałeś: „zorganizujesz spotkanie biegowe”. Ktoś musi to zorganizować, ktoś musi o tym wiedzieć, więc jakoś trzeba do tych ludzi dotrzeć i czymś zachęcić 🙂
      Marketing sklepu offline też częściowo musi być prowadzony online 😀

      Odpowiedz
      • Piotr

        Jasne, że ma koszty promocyjne. Każdy ma mniejsze albo większe.
        Szkoda, że najczęściej ta organizacja spotkań to robota dla pracowników w czasie godzin pracy, poinformowanie znajomych i znajomych grup biegowych i post na Facebooku/ewentualnie mail z newsletterem.

  7. Robert

    Świetny artykuł. Jasno i przejrzyście.
    Mimo, że moją ulubioną marka jest jedna z tych uznanych, w tym tygodniu kupiłem w niemieckiej sieciówce „spożywczej” buty z serii PRO za 119 PLN. Nie planowałem tego, ale gdy z pewnym zdziwieniem przeczytałem na kartonie (bo był !), że mają praktycznie równoważne technologie i rozwiązania z butów „markowych” nie wahałem się. Treningi pokażą czy był to dobry wybór. Oglądając je w sklepie zupełnie nie miałem wrażenia, iż jest to produkt tani i kiepski. Różniły się znacząco od oferowanych w tym samym sklepie popularnych modeli za 69 złotych.

    Odpowiedz
  8. Michał

    Oto przykład z podobnej branży pod względem siły nabywczej ( tj ilość kupowanych produktów w jednostce czasu )
    Oprawa okularowa :
    koszt fabryki : 0,2-5$
    koszt w chinach – 1-15 $
    koszt importera – 2-30$
    koszt lokalnego dystrybutora – 3-100$
    cena na półce sklepowej – 8-300$

    Jak widać w teorii marże są kosmiczne , ale realnie nie wygląda to tak kolorowo… a dlaczego?
    Ponieważ należy pamiętać ,że produkt który poleży 3 lata jest już praktycznie nie sprzedawalny i trzeba go przecenić często do poziomu ujemnej marży, około 20% towaru zostaje w tzw. zasobie reklamacyjnym , handlowiec który objeżdza tysiące kilometrów prezentując nowe modele to też nie mały koszt itd/itp

    Widziałem także wypowiedzi o tym ,że ceny w ciągu ostatni lat znacznie wzrosły co jest oczywistą oczywistością ale nie jest to spowodowane chciwością ,a sytuacją na rynku… jak zaczynałem biegać 8 lat temu to na rynku Warszawskim znałem kilka lokalizacji w których mogłem nabyć buty i uzyskać jakąś dodatkową informację, teraz mamy ich kilkadziesiąt do tego lidle,biedrony i inne pokryły szczenie rynek „oszczędnego” biegacza, duże marki pootwierały przedstawicielstwa i swoje sklepy ( także outletowe ) , rozwinął się internet itd/itp
    Naprawdę nie zazdroszczę dzisiaj sprzedawcą którzy muszą setny raz tłumaczyć dlaczego „to tyle kosztuje”
    Podsumowując: Streetfood w Tajlandii jest kosmicznie tani gdyż łańcuch pokarmowy od twórcy głodnej gęby tworzą dwie osoby. Rynek biegowy to wyjątkowo długi łańcuch, a każda gęba głodna i należy uczciwie uwzględnić jej potrzeby.

    p.s. nigdy jeszcze nie „skończyłem butów” , zawsze chęć zakupu motywowana jest u mnie zwykłym chciejstwem większość dobrze dobranych i rozsądnie użytkowanych butów wytrzyma 1,5-2 tyś km. przy przebiegu 150km miesięcznie ( chyba przeciętny Kowalski więcej nie biega ) jedna para powinna starczyć na około rok…jeżeli cena butów to średnio 300-500zł to miesięcznie mamy 20-40zł to chyba jednak nie tak dużo… prawda?

    Odpowiedz
  9. KejDablju

    Artykuł świetny. Właśnie podsuwam córce do poczytania w ramach „podstawy ekonomii/przedsiębiorczości/prowadzenia biznesu”. Dzięki ! 🙂

    Odpowiedz
  10. Karol

    Świetny artykuł, wiem,że prowadzenie sklepu/interesu/biznesu nie jest łatwe, niektórym może się wydawać, że z tych 500 zł właściciel sklepu zarabia 70-80% a tak naprawdę ma z tego kilkadziesiąt złotych. Czytałem kiedyś artykuł o tym, że lepiej w Polsce niektóre ubrania kupić w obcej walucie, ponieważ przelicznik np. z euro bardziej się opłaci i można zaoszczędzić. Sam przymierzam się do kupna nowych butów, przeważnie wybierałem markę New Balance w granicach do 300 zł, a teraz zastanawiam się nad butami z Decathlonu, tak do 200 zł, wszak but to but, nie wiem czy aż tak różnią się od bardziej uznanych marek, mam kilka rzeczy z Decathlona i jestem bardzo zadowolony z jakości i ceny ich produktów.

    Odpowiedz
  11. Robert

    Fajny artykuł, dużo wyjaśnia. Uważam, że obecnie popyt/ podaż robi różnicę w cenie i będzie tak jak długo kupujemy dużo butów biegowych. Tak przy okazji ciekawe jak się rozkłada cena produkcji zegarków z GPS, które są takie drogie? Jaka tu jest marża sklepowa? 🙂
    …”Oczywiście prawo dopuszcza zwroty, a sklepy internetowe pozwalają czasem na zwrot po 90 dniach. Ale nie przyjmą butów, w których zrobiłeś rozbieganie i które będą nosić ślady używania.” To oczywiście robią sklepy np. w USA więc może i kiedyś trafi to do nas.
    Pozdrawiam.
    Robert

    Odpowiedz
    • Andrzej

      A jak myślisz, co sklepy w USA robią z tymi używanymi butami? Koszt ich jest wliczony per saldo w cenę produktu, więc można spokojnie powiedzieć, że w Polsce płacimy za luksus amerykańskich konsumentów

      Odpowiedz
      • kshysiek
        kshysiek

        Używane buty przyjęte jako zwroty w USA, trafiają później na ebay mniej więcej po 1/4 ceny półkowej (przyglądałem się temu kilka lat temu w przypadku REI – mogło się zdezaktualizować). My za to nie płacimy, tylko amerykański konsument.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany