Kiedy nadchodzi czas na pierwszy ultramaraton? Dlaczego nie warto się spieszyć? Co ma wspólnego ambicja z głodem? Jak zrobić z ultra pełnowartościowy pokarm a nie byle jaki fast-food? O swoich refleksjach mówi Paweł Ignac.

Ultra chodzi za mną już od dawna, przyczepiło się do mnie chyba chwilę po przebiegnięciu pierwszego maratonu, który zresztą do dzisiaj budzi we mnie skrajne emocje – od trudnej do opisania ekscytacji po traumę. Ultra przyciąga, bo jest w nim jakaś magia, której jeszcze nie potrafię nazwać. Pomimo tego, że co kilka miesięcy jak bumerang powraca w mojej głowie pytanie, czy to już teraz, to staram się nie spieszyć. Nie chcę na siłę naciągać mojego startu w ultra, żeby po prostu nie spieprzyć tego przeżycia.

Ambicja jest jak głód, który można zapchać byle jakim fast foodem, który w końcu nas dobije, albo pełnowartościowym pokarmem, po którym nie chce się spać, a który dodaje energii do działania. A bieganie i ambicja są ze sobą nierozerwalnie związane, bo chyba dla każdego z nas sport wiąże się z jakimiś wyzwaniami, które przed sobą stawiamy. Trzeba tylko pamiętać, że w bieganiu kluczowa jest cierpliwość i wytrwałość, bo każda droga na skróty kończy się brutalną ścianą.

Chyba mam ostatnio pecha, bo kilka razy obiły mi się o uszy heroiczne opowieści ultrasów, którym to niemalże udało się ukończyć bieg na tak niewyobrażalnym dystansie. A że ostatnimi czasy jestem jakiś zmierzły i zgryźliwy (chociaż chyba jednak jestem taki po prostu z natury), to strasznie mnie ta gadanina wnerwiła i wjechała na psychikę do tego stopnia, że od kilku tygodni ten temat nieprzerwanie za mną chodzi.

Przebiec, chociaż to chyba zbyt duże słowo, ultramaraton to hardkor. I co z tego, że ledwo zaliczam maraton i klepię głównie połówki i dyszki? Fejm na mieście będzie i to jest najważniejsze. Taki jest chyba tok rozumowania wielu biegaczy, jeżeli nie większości. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie z zasłyszanych rozmów. Czy dla kolesia i babki w średnim wieku, biegających ledwo od paru lat i u których wciąż widać wyraźne ślady zasiedzenia, maraton to naprawdę za mało? Czy to już ten moment, kiedy nie ma pola manewru na krótszych dystansach, czy może chodzi jednak o coś innego? O nienażartą ambicję.

Niedużo jej zabrakło, a dostałaby medal…

Żeby zmieścić się w limicie zabrakło mu tylko kilkanaście kilometrów…

Takie zdania słyszę wypowiadane z nieskrywanym podziwem przez znajomych owych ultrasów, ale we mnie te dokonania nie budzą żadnego podziwu. Pomijając jakieś niefartowne przypadki, jeżeli nie ukończyłeś biegu, to po prostu nie byłeś do niego odpowiednio przygotowany. To nie jest tak, że już wbiegałeś na ostatnią prostą, już widziałeś linię mety i zmieniające się cyfry na dużym zegarze, już byłeś tuż tuż. Nie! Jeżeli miałeś do mety kilkanaście kilometrów, to byłeś w czarnej dupie. Chyba nie pomylę proporcji jeżeli powiem, że skoro tobie zabrakło tylko kilkunastu kilometrów, to ja prawie złamałem trzydziestkę na dychę, bo zabrakło mi tylko siedem i pół minuty.

Możecie się ze mną nie zgadzać, ale moim zdaniem bieganie byle jak ultra zamiast na przykład solidnego przygotowania do dychy, to właśnie droga na skróty. Na sąsiadach złamana czterdziestka na 10 km nie zrobi wrażenia, ale jeżeli ukończymy bieg na setkę, to nikt o czas pytał nie będzie.

Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

Ilość ponad jakość to przypadłość, która dotyka dużą część biegowego grona. Trenowanie dużo, ale bezmyślnie. Startowanie często i bez sensu. Bieganie ultra bez przygotowania.

Mnie takie coś nie kręci. Nie wiem jeszcze, jakie będę miał ambicje stając na linii startu mojego pierwszego ultra, ale nie chciałbym biec ze świadomością, że ścigam się z limitem czasu. Bez względu jakie wtedy wyznaczę sobie cele, chciałbym mieć świadomość, że startuję po treningu, który przygotował mnie na walkę o spełnienie moich marzeń.

Jakiś czas temu spotkałem na treningu pewnego starszego pana. Biegliśmy kawałek razem i od słowa do słowa okazało się, że ma on na swoim koncie jakieś niesamowite ultra. Aż mi się głupio zrobiło, kiedy ja wspominałem o swoich startach, więc chcąc ratować sytuację zacząłem opowiadać o swoich planach na ultra. On na to: „Spokojnie, nie spiesz się. Dzisiaj wszyscy chcą biegać w górach, wszyscy chcą biegać ultra, a do tego potrzeba spokoju”. Wiem, że teraz mam czas na inne wyzwania.

Mam sobie jeszcze dużo do udowodnienia na asfalcie, życiówki do nabiegania, które uciekną bezpowrotnie, jeżeli teraz się z nimi nie rozprawię. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Zresztą, nie chodzi tutaj tylko o życiówki, ale o pewną progresję, która w moim odczuciu jest naturalna i logiczna. Dzieciaki w szkołach sportowych nie zaczynają biegać od krótszych dystansów dlatego, że ktoś ma takie widzi mi się tylko dlatego, że ma to sens. Porównywanie gibkich młodzików z zasiedziałymi ramolami może nie do końca jest zasadne, ale ja jednak dostrzegam w tym metodę.

Trening szybkościowy, mocny trening na krótszych dystansach, rozwija nasz aparat ruchu i przygotowuje go na coraz większe obciążenia. Wydaje mi się, że biegając mniej, ale bardziej intensywnie mam większe pole manewru do dopracowywania wszelkich niuansów technicznych i wprowadzania korekt tam, gdzie coś nie gra, niż robiąc bardziej monotonny i większy objętościowo trening pod ultra. Wydaje mi się, że poprawianie się na krótszych dystansach i przechodzenie na coraz dłuższe, to odpowiednia kolej rzeczy. Wierzę, że jeżeli teraz odpowiednio się „napędzę”, to mogę uzyskać satysfakcjonujący poziom na dystansach od piątki po maraton i nabiegać wyniki, które później mogłyby być już poza zasięgiem. Mogę wejść na poziom, który przełoży się również na starty w ultra, a nie jestem pewien, czy działa to również w przeciwnym kierunku.

W książkach i artykułach o treningu, które czytałem powtarzało się stwierdzenie, że na bieganie należy patrzeć w wieloletniej perspektywie i oprócz celów na dany sezon, wyznaczać sobie również założenia długoterminowe – myśleć o tym, jakimi biegaczami chcemy być za 5, 10, 15 lat.

Ja mam w tej chwili 30 lat i czuję, że jest to idealny moment do walczenia na dystansach od 5 km do maratonu. Czuję, że mój organizm jest właśnie teraz przygotowany na takie bieganie i jeżeli teraz będę słuchał tego instynktu, to później również to zaprocentuje. Dzisiaj skupiam się na szybkości, a o ultra myślę w 5-10 letniej perspektywie, kiedy jako 40-latek z nie byle jakimi wynikami z asfaltu, będę mógł wejść w ultra i biegać na poziomie, który zapewni mi satysfakcję.

Może jednak się mylę? Nie mam przecież monopolu na prawdę, a moja racja nie jest lepsza tylko dlatego, że jest mojsza niż twojsza. Może niepotrzebnie się rzucam na, co prawda niedoszłych, ale rozentuzjazmowanych ultrasów? Sam swój pierwszy maraton pobiegłem bez odpowiedniego przygotowania i chociaż dzisiaj patrzę na to z pewnym przerażeniem, to nie żałuję. Cieszę się jednak, że z całego tego rozochocenia nie zapisałem się przez przypadek na żadne ultra. Wszystko ma swoją porę, a dla mnie jeszcze nie nastał czas na ultra. Kiedy jednak przyjdzie, ja będę gotowy.

 

O Autorze

Paweł Ignac

Biegacz-amator z zamiłowaniem do biegania minimalistycznego. Z zapałem testuje buty do biegania naturalnego, startówki, jak i innego rodzaju sprzęt biegowy. Jego recenzje można znaleźć na blogu heavyrunslight.wordpress.com.

Podobne Posty

4 Responses

  1. Andrzej

    Słusznie jak ktoś biega dla wyników. Ja nie mam 20 lat na poprawianie wyników. Mam 45 lat i biegam kilka lat, biegam dla przyjemności, bo kocham biegać. Wystukałem swoje na asfalcie, maratony też, choć czas był raczej powyżej 4 godzin. Wtedy odkryłem, że można latać po górach, cieszyć się wolnością na szlakach. Można odmówić mi biegania ultra tylko dlatego, że moim celem jest zmieścić się w czasie i ukończyć bieg? Pięć lat temu z trudnością wchodziłem na 3 piętro, dzisiaj przygotowuję się do kolejnego maratonu górskiego i do ŁUT70. Biegam, cieszę się tym jak dziecko, ćwiczę ogólnorozwojówkę, stabilizację i obwody 2 razy w tygodniu dodatkowo. To moja pasja, której nigdy wcześniej nie miałem. Wszystkie biegi, w których startowałem ukończyłem w limicie czasu, nie mówię sobie „jakoś to będzie”, biegnę by dobiec do mety, ale przede wszystkim żeby biec (no czasem iść, jak się nie da biec), ale jak widzę widok jak z bajki to się zatrzymuję i patrzę, bo wiem, że dzięki temu pobiegnę dalej i szybciej. Cóż, rozum w bieganiu jest ważny, ale czasami także przydaje się serce……. A moje jest co raz starsze :))

    Odpowiedz
  2. Piotr

    Dłuższy komentarz jeszcze osobno napiszę, jednocześnie kilka zdań jak ja to widzę.
    Ultra mnie nie pociąga. Nie wiem, z czego to wynika. Może to kwestia mojego racjonalnego podejścia, pewnie w dużej mierze tak jest.
    Może to kwestia tego, że mam plany na krótsze dystanse.
    Może to kwestia tego, że wolę bieg niż marszobieg/chociaż w górach wiadomo jak jest. Lepiej czasem iść, niż potem cierpieć.
    Ostatnio jednak znalazłem sobie bieg, który mogę pobiec jako swoje pierwsze ultra albo jako swoje wymarzone ultra. Sławny, wymagający, kosztowny (bo inny kontynent) bieg.
    Jeśli bym miał „męczyć aka więcej trenować” pod ultra, to pod ten właśnie bieg.

    Co do monopolu na prawdę. Każdy biega swoje i może sobie odpowiedzieć na pytanie czego oczekuje od swojego biegania i czy mu ono wystarcza. Jeśli mu z tym bieganiem dobrze, to who cares?

    Odpowiedz
  3. Marcin

    Podoba mi się Twoj artykuł i myślę że masz dobry tok rozumowania (podobny do mojego 🙂 ) Sam teraz przygotowuje sie do pierwszego maratonu i choć mam dużo ambitniejszy cel to i tak jeśli ukończe go w czasie okolo 4 godzin czy nawet ciut gorszym a będę mial świadomość że naprawde solidnie trenowałem to będę zadowolony. Plan tez jest taki żeby maraton robic co najwyżej 1 w roku albo wcale a skupic się na 10 ewentualnie paru polówkach i rozwijać aie w tym kierunku a moze faktycznie za parę lat pomysle o jakimś ultra ale tez zrobie to gdy będę gotów a nie po to by zaliczyć i nosić sie jako ultras 🙂 Pozdrawiam i zycze wszysrkim chłodnej glowy i realizacji marzen 🙂

    Odpowiedz
  4. Guziec Chaosu

    W 100% zgodzę się z tym co w komentarzu napisał Andrzej. Masz rację jeśli ktoś biega dla wyników i tu raczej nie ma dyskusji. Wydaje mi się jednak, że w każdym innym przypadku to po prostu sprawa biegającego i… nic nam do tego z jakich robi to pobudek. Jeśli dzięki temu, że chce zaimponować sąsiadowi, ktoś przebiegnie 80 km, to… no właśnie, co? Jest to niemoralne? Nie z takich pobudek powinno się biegać…? No nie wiem, ja nie podejmuję się oceny:) A jeśli przy tym zrobi sobie krzywdę, bo leciał bez przygotowania? No cóż, jego sprawa. A nawet jeśli nie przebiegnie, nie doleci do mety, skicha się 20 km od finiszu… Z takiego doświadczenia można wyciągnąć wiele wartościowych wniosków, nawet jeśli się biegło aby dopiec sąsiadowi 🙂 Nie bawiłbym się w zbiorowy głos sumienia do momentu, w którym nie ma to negatywnego wpływu na innych.
    Możemy się zżymać, sam nie biegam jakoś specjalnie długo, kilka lat i ludziom którzy pytają mnie jak zacząć biegać, sam mówię, powoli, marszobiegiem, masz czas, spróbuj znaleźć w tym przyjemność, nie tylko cel. A z drugiej strony tak jak ty, w pierwszym maratonie wystartowałem po 7 miesiącach trenowania… Wygląda na to, że ta prosta, podstawowa wiedza w stylu „zacznij spokojnie, masz czas” przychodzi właśnie z czasem 🙂
    Piszesz: „Mam sobie jeszcze dużo do udowodnienia na asfalcie, życiówki do nabiegania, które uciekną bezpowrotnie, jeżeli teraz się z nimi nie rozprawię. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce.” Świetnie! Andrzej napisze „Nie mam czasu. Chce biegać teraz.” Też dobrze. Stefan napisze „Stara mnie wkurza, ja jej pokażę kto tu rządzi” Dla mnie spoko. Każdy ma swoje powody i każdy biega na swoją odpowiedzialność. Tak ja to widzę:)

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany