[b]W CIENIU NIE-PARSZYWEJ TRZYNASTKI
czyli oderwane obrazki z krótkiej traski[/b]

No i stało się! Pierwsze w Polsce zawody adventure racing w swojej najczystszej, hołubionej przeze mnie formie (czwórki mieszane) przeszły do historii. Historycznych trzynaście zespołów zmagało się z przeciwnikami, trasą, pogodą i własną słabością, a ja przyglądając się zazdrośnie z boku tej „wiekopomnej chwili” miałem załatwić kilka spraw na trasie SPEED. Szybciutko – jak sama nazwa wskazuje – rozprawić się z przeciwnikami równolegle rozgrywanych zawodów dla uboższych krewnych.

…I poszliśmy w sinobiałą dal. Jak kibole Legii Wa-wa, równo, czwórkami, za policyjną suką na czele. W pulsującym blasku błękitnych kogutów, przez opustoszałe o dziesiątej w nocy ulice Lądka. Wszyscy – jak przed meczem – pełni energii, animuszu – i każdy wierzący w zwycięstwo swojej drużyny. Jedno było pewne – Tu dogrywki NIE BĘDZIE 😉

Jak powinien wyglądać ekstremalny rajd zimowy? To proste! Górska trasa, co najmniej pół metra śniegu i porządny mróz. Pierwszą sprawę załatwia lokalizacja. Kotlina Kłodzka już po raz kolejny (po Salomon Trophy 2000) pokazała, że zawsze „zwarta i gotowa” na rozgrywanie krajowych edycji „ar”. Na chętnych czeka jeszcze do obsadzenia termin wiosenny i jesień („Bielik”?, „Trzy Orły”? 🙂 ). Spełnienie pozostałych dwóch warunków przerosło nawet najśmielsze oczekiwania zawodników. Było i pół, i metr, i półtora białego puchu. W ostatniej chwili organizatorzy zmodyfikowali naszą marszrutę i tam gdzie było dwa i pół metra śniegu nas nie puścili. Albo bali się o nas, albo o siebie, albo o jedno i drugie. Temperatura w nocy spadała do -25°C. Podczas oddychania skrzydełka nosa sklejały się jak podlane „kropelką”. Jak i gdzie takie warunki „Sokół”, „Fąfer” i „Herci” (nie koniecznie w tej właśnie kolejności) wyprosili – nawet nie chcę wiedzieć, ale tam na górze wyraźnie ktoś ich bardzo lubi. Drugiego wieczora zaczęło do tego dmuchać – nieustające kilkadziesiąt na godzinę. Dopóki mi się bateryjka nie wyczerpała, niezdarnie poprawiając na głowie lodową skorupę, w którą zamieniła się moja buffa, nuciłem cichutko przebój sprzed lat: „Załóż czapkę skinie, załóż skinie czapkę, kiedy wicher wieje, gdy pogoda w kratkę (…) uszka ci wymarzną, kark zlodowacieje, resztki mózgu z głowy wiaterek wywieje”. A czerwone światełko pod kopułą było coraz bledsze i bledsze, niedwuznacznie sygnalizując, że właśnie kończy się rezerwa.

Znacie historyjkę o pesymiście i optymiście? Znacie? To posłuchajcie. Śniegu mam po pas. W cienkich, leginsach które naciągnąłem na tyłek, ptaszek skurczył mi się do rozmiarów, które każdą bez wyjątku niewiastę przywiodłyby o paroksyzm histerycznego, grożącego natychmiastowym uduszeniem śmiechu. Zamarznięty mózg chce swoimi rozmiarami dorównać ptaszkowi – co mu się bez problemu udaje. Tak ogólnie to jestem teraz sprawny, ale inaczej, bo nie mam czucia w kończynach. Może i lepiej, bo nie boli. Do niedawna bolało jak cholera! I tak od kilku godzin przecieramy szlak, że mało szlag nas nie trafi. Na mapie droga, w rzeczywistosci śnieżne pustkowie rodem z powieści Londona, czy innego Coopera. – Nie, Kurwa! – jako urodzony pesymista, zwracam się do Zbycha najuprzejmiej. – Już gorzej być nie może! Zbycha wystaje spod śniegu trochę mniej ode mnie. Bo Zbychu okrutnie wysoki nie jest – chociaż straszny byk! No więc to co jeszcze z niego wystaje spod śniegu optymistycznie rzuca – Eeee, może być Kiełbacha! Na pewno może!
Sprawę załatwiłyby dwie pary rakiet. Niestety na jednorazowy wydatek w sumie pięciuset złotych nie mogliśmy sobie pozwolić (ile w końcu w sezonie mamy zawodów zimowych?).
Przed zawodami objeździłem stolicę, a później pół kotliny, żeby jakieś pożyczyć. Trzeba było widzieć te niedowierzające, przechodzące w pełne drwiny spojrzenia w wypożyczalniach sprzętu zimowego. Człap, człap – przecieramy szlak. Człap, człap – marzę o rakietach. Człap, człap – o jakichkolwiek rakietach. Nawet takich od ruskich ze Stadionu Dziesięciolecia…

Rower fajna rzecz, jak działa. Mój nie jest fajny. Jedno przełożenie z przodu, jedno przełożenie z tyłu. I ze Scotta zrobiła się Ukraina. Sam jestem sobie winien. Nie wystarczy zdjąć rower z widełek w piwnicy, przesmarować łańcuch i heja! Już po zawodach rozmawiam ze starym znajomym ze Słowacji Peterem (Pierwsze miejsce w kat. Speed! Ręce same składają się do oklasków). – Ty masz rower na leto Michal – tłumaczy. – Pokazuje mi kilka ciekawych zimowych rozwiązań zastosowanych w swojej maszynie. Proste i skuteczne. Jakie? A w życiu Wam nie powiem! – Już dwa roki nie dotykalem pancerzy i regulacy – dodaje łamaną polszczyzną wskazując na przerzutki. To prawie tak jak ja. Też nie dotykałem, a teraz mam za swoje. Zbychu za to ma źle dobrane do warunków opony. Na efekty nie trzeba długo czekać. Jebut! – Zbychu żyjesz? – W dzień było lekko powyżej zera. Przy minus dwudziestu w nocy wszystko zamieniło się w taflę lodu. I dup! Żeby chociaż gleba, a tu lód jak beton, a betonu pod kołami brak. I jebut – powtórzył elegancko Zbyszek. A co będę gorszy? No to ja też JEBUUUUUUUT!!! Auuuuaaaa! To boli!

Achy i Ochy czas zacząć! Jeszcze raz brawa dla organizatorów za odwagę. W efekcie czego pierwszy raz w rodzimej historii wymóg startów (tak jak to się w świecie przyjęło) w zespołach mieszanych. Do tego salomonowe (o pardąsik!) rozwiązanie z równoczesnym poprowadzeniem trasy dla „amatorów”. Wyśmienita, wymagająca trasa. Bardzo dobre edytorsko mapy (chyba największy postęp w kilkuletniej historii rajdów organizowanych przez „Kompas”). Dbałość o szczegóły; obsada punktów kontrolnych, dobór zadań specjalnych do trudności zawodów, obsada techniczna i medyczna na wysokim poziomie, relacje internetowe na żywo, których próżno jak na razie szukać u konkurencji, zakwaterowanie w odpowiednich warunkach, ładne numery startowe, ładne koszulki, gorąca herbata z cukrem, gorąca herbata bez cukru 🙂 , niemałe nagrody, biba na koniec – jednym słowem duże i małe rzeczy składające się na pełny obraz sukcesu. Ufff! Od tego wyliczania jednym tchem, aż tego tchu mi zabrakło. I jeszcze jedno, może nawet najważniejsze – ATMOSFERA. Każdy z nas zawodników czuł, że jest ważny – on i jego wysiłek. Tak przed rajdem, w trakcie rajdu, jak i po rajdzie. Bez względu na to czy byłeś na pierwszej czy na OSTATNIEJ pozycji. Skoro już wszystkich od tych słodkości zemdliło, to dodajmy, że znalazłoby się jak zwykle kilka drobiazgów in minus. W każdym razie kto jak kto ,ale Kiełbacha jak zwykle by znalazł. Na mnie możecie polegać jak na Zawiszy. Tyle, że tym razem po prostu zostańmy przy beczce miodu, bo ogólnie było bomba. Panie i Panowie z Kompasu – odwaliliście kawał dobrej, solidnej i wszystkim potrzebnej roboty. Standing ovation! Tak trzymać! Dziękuję Wam! Dziękuję wszystkim zwycięzcom i pokonanym! Dziękuję partnerze mój Zbychu! Wysoki to Ty nie jesteś, ale JAKI BYK!

I już tylko mała refleksja na koniec. Długość zawodów „Speed” 125km. Czas zwycięzców 24h. Przyznajcie się moi drodzy organizatorzy, że po prostu zabrakło wam tuszu w drukarce, i że tak naprawdę nazwa trasy miała brzmieć „VERY LOW SPEED”!

Michał Kiełbasiński

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany