Co pomyśleć gdy stoisz na pewnym skrzyżowaniu a jeden z jego kierunków prowadzi twój wzrok na przerażająco wysokie szczyty. Pierwsza myśl – no fajne szczyty, ale lekko przerażają. Druga myśl już znacznie różni się od pierwszej – o fuck.

101,9 km
+6,699 m
-6,784 m

Tak pomyślałem gdy zobaczyłem część masywu wysokogórskiego w Terchowej. Po, już posiadaniu numeru startowego i przejściu obowiązkowej kontroli sprzętu, zobaczyłem mapę szlaków górskich na ścianie, która wisiała tuż przy sali sportowej w tamtejszym ośrodku sportowym. Jeden ze szczytów ma chyba identyczną nazwę jak jeden ze szczytów, który będzie na trasie. Odblokowywuje telefon i porównuje z trakiem……

Hm,a jednak. Kasprowy Wierch ma tylko 200m więcej niż najwyższy szczyt na tej trasie. Średnia wysokość szczytów do przebiegnięcia to wysokość Śnieżki w Polsce. Tak więc, trzeba będzie na początek pięciokrotnie zdobyć porównywalną wysokości do Śnieżki i to już na odcinku pięćdziesięciu kilometrów.

Wieczór mija spokojnie lecz, jak zawsze, lekki stres jest. Jest on spowodowany myślami o całkowitym przewyższeniu, które wynosi 6700m bez jednego metra, oraz łańcuchami. Nie byłyby one takie przerażające gdyby nie zdjęcie w internecie, które pokazuje gdzie one występują. O tym jednak za chwil kilka…

Bóg jednak zdecydował. Nadszedł czas na jeszcze cięższy trening, bo nie bez przyczyny cztery miesiące temu, przeglądając portal facebook, wzrok natknął się na nazwę „Malofatrańska Stóvka” i jej parametry. Podporządkuje  się więc losowi, bo teraz, kiedy tu jestem mam zawrócić? Nie. Jak zawsze nic sobie nie obiecuje.

 

U mnie wieczory przedstartowe nie obfitują w imprezowanie, bo jak każdy zawodnik, który jest świadom co będzie, idę wcześnie spać. Z rana, sam do siebie marudzę. Monika przygotowuje na szybko śniadanie, a ja …..już nie tu.

       To są chwile, nad którymi już nie panujesz przed startem. Musisz się temu poddać całkowicie, bo czy tego chcesz czy nie, to Cię wchłania jak miłość i twój opór jest zbyteczny.

„To mi się przyda,to nie. Wezmę może to, bo przepak jest, ale może przydać się szybciej” – sam do siebie mówię. Organizmu i świadomości nie oszukasz. Miałem założyć kurtkę na starcie, lecz każdy z zawodników, ma tylko krótką koszulkę z górnej części ubioru.

(zdjęcie Monika Hyska)

Po dwóch kilometrach wszystko już paruje a nałożony krem do opalania na twarz, zaczyna spływać jak zużyty olej z patelni. Pot z twarzy nie ma ujścia i wszystko spływa po szyi na plecy. No więc się zaczęło. Broniłem się chwilę, by nie używać jeszcze kijów, lecz niestety trzeba. Byłem tylko świadom tego, że na górze nie będzie błota, które by z pewnością znacząco utrudniało ten ultramaraton. Pojawiają się jednak inne trudności. Bardzo suche są zejścia. Zmieszany piach z kamyczkami, żwir, powoduje, że o poślizg bardzo prosto, w który wpadłem. Kończę taki trzymetrowy zjazd stykiem z podłożem.

        Leżysz, ale trzeba szybko wstawać, bo już słychać dobiegający tłum z góry. Śniadanie zdecydowanie było za słabe, bo świadomie już sięgam po sezamki. Będzie ciężko a niedobiegliśmy jeszcze do pierwszego punktu (checkpoint), który znajduje się na ósmym kilometrze. Tu kawa jest niepotrzebna. Momentami kieruje się myślą – tylko nie patrz w dół,bo samo przemieszczanie się po skalistej, ostwartej grani, mimo jeszcze małej wysokości, wymaga bardzo dużej uwagi stawiania kroków. Właśnie tak wita Mała Fatra – kamienna, wysoka, z długimi podbiegami dżungla, z której zbiegasz ostro w dół, przebiegasz dosłownie kilka metrów, jak na razie w wysokiej trawie, by ponownie wdrapywać się od razu ostro na górę, ale dosłownie  ostro. Wstępnie o nachyleniu – jest cięższe niż podejście pod Czantorię w Polsce.Jest może porównywalne do Szczebla w Polsce, ale o podejściach jeszcze za chwil kilka.

           Myślałem już, że mamy za sobą punkt na trasie, który jest obok krzyżyka (na powyższym zdjęciu) – marzenie (uśmiech). Tu się wogóle wszystko zaczyna od nowa tylko, że lekko ciężej jeszcze. Dobrze, że jeszcze słońce dobrze nie wstało. Podczas podbiegu robię przymusowego,dużego, łyka wody.

        Jakimś fartem bez przystanku wchodzę na to wzniesienie. Kilku zatrzymuje się, lecz to nie sposób dla mnie. Ten zbieg jest jednak cięższy niż poprzedni. Tamten obfitował tylko w piach z kamieniami. Tutaj wogóle jakby szlaku nie ma. Połamane gałęzie, duże głazy, woda, błoto i radz sobie a żeby było jeszcze weselej, przed wspominanym checkpointem (ok 8 km) jeszcze szeroki strumień bez żadnej możliwości bezpiecznego przejścia na drugą stronę – i przechodź.

        Pierwszy  raz poczułem już na wstępnie coś  z czym nigdy nie miałem do czynienia. Dwoje ludzi ze staffu stoi przede mną. Jeden spisuje numer, drugi przykłada mojego GPS-a do telefonu komórkowego i po chwili słyszę – „możesz”  – dziwnie się poczułem.

        Wow! Jak tak będzie wyglądać cały czas trasa, to trzeba wciskać w siebie więcej kalorii. Chwile pozwoliłem organizmowi wyregulować oddech i w nogi. Długi, wystarczająco, kawałek drogi asfaltowej oraz nawrót i bardzo długie podejście, lecz już nie takie ostre, zakończyło się niespodzianką. Oto Monika wita mnie z uśmiechem a ja jestem totalnie zaskoczony.

‚Jak się czujesz’ – pamiętam jej słowa.

‚Nie wiem co powiedzieć’ – odpowiadam całkiem szczerze.

‚Jest ciężko?’ – pyta i tylko kiwam potwierdzająco głową.

Wypijam tutaj duże ilości płynu jakim jest izotonik podawany chyba z dobrej woli.

           Bardzo smakował mi tutaj izotonik, którego wypiłem bardzo dużo. Z jednej strony troszeczkę mamy teraz lżej, ale czy na pewno? Bardzo wielu turystów już jest na trasie i spowalniają wszystko. Wyprzedzanie turystów stanowi nielada wyczyn.

           Blokują a zegar tyka. Jak ominąć turystę, kiedy cały czas  mamy wspólny szlak obfitujący w niestabilne, wilgotne, kamieniste podłoże. Jedyna opcja to zboczenie z tego niebezpiecznego gruntu na bardziej niebezpieczny i wyprzedzanie. Czasem, bardzo dużo mówi głęboki oddech, który był słyszalny przez osobę z przodu. Takim właśnie sposobem zachowuje się energię, nie mówiąc nic a uderzanie kijami jest prośbą o umożliwienie wyprzedzenia. Zyskuje się tak cenne kalorie i sekundy, by na kolejnym ‚checkpoincie’ nie usłyszeć – „nie możesz”.

           Poza tym mamy tu drabiny metalowe lub inaczej chodniki metalowe z poręczą metalową tylko z jednej strony tuż obok wodospadu. Problemem są tutaj same schody metalowe, których konstrukcja nie pozwalała wbiegiwać. Należało z bardzo szczególną uwagą stawiać każdy krok. Każdy stopień był wilgotny od spadającej wody. Składał się właściwie z niedużego kątownika, który służył jako schodek. Trzymaj kije w jednej dłoni, trzymaj się barierki drugą dłonią i patrz uważnie gdzie stawiasz stopę, bo spadniesz z drabiny.

           Póki strumień obok, warto zmoczyć buff a przy okazji napić się mocno lodowatej wody. Jeszcze widzę kilka razy możliwość wyprzedzenia kilku turystów i nie mogę się wahać. Trzeba korzystać. Jeden nieprawidłowo postawiony krok i zjazd bokiem w dół gwarantowany, do kamienistego strumyka.

Coś się kończy by coś się rozpoczęło…

           Drabiny się skończyły. Wychodzimy na przestrzeń. Widać po lewej stronie bardzo wysoką skałę i ludzi na niej ledwo widzialnych i myśl – nie. Obserwuje innych zawodników by wiedzieć gdzie dalej biec. Tu nie ma oznaczeń trasy. Jedynymi oznaczeniami są kolory szlaków i mapa wydana przez organizatora. Miejscowym zawodnikom idzie sprawniej czytanie okolicy. Widać, że spora ich część zna trasę na pamięć. Telefon zostaje w plecaku. Wspomniana skała jednak nie była częścią biegu. Po kolejnej części czerwonego szlaku, wdrapujemy się jednak na inne wzniesienie. Słychać znów ciężkie, głębokie oddechy. Jedna z zawodniczek przepuszcza mnie lecz odpowiadam na jej gest, ‚Relax’. Wszyscy na spokojnie, stawiając krok więcej, jesteśmy coraz wyżej i bliżej mety.

           Zaczynamy wychodzić z obszaru ochronnego jakim jest las. Dlaczego ochronny? Już kilka razy poczułem siłę słońca. Niczym nie chroniona grań. Słońce dotyka mnie z każdej strony a wspinaczki końca nie widać. Ciężko ale pewnie stawiane kroki w końcu doprowadziły do wysokiej grani. Spoglądam w bok a tu przestrzeń i urwiska. Przede mną jeszcze kawałek wzniesienia i widząc przed sobą w górze, jak inni się jeszcze wyżej wspinają, już wiem, że muszę napić się wody i odchudzić plecak o kolejnego sezamka. Na tym odcinku często kije już są zbyteczne. Trzeba dłońmi pewnie chwytać się stały. Jeden ruch w bok i zadrapanie jest możliwe. Pewien turysta informuje palcem, że muszę zawrócić i kierować się tuż zaraz w prawo. Lekko odetchnąłem, bo to co było przede mną nie wyglądało przyjemnie.

           Tak. Zobaczyłem obraz, który pamiętam że zdjęcia. Stoję przed wierzchołkiem a obok niego wąskie przejście a w ścianie asekuracyjne pręty. Mieć to już za sobą. Dużo pomaga uspokojenie samego siebie, nie spoglądanie w bok, skoncentrowanie się na tym co jest pod nogami.

           Pamiętam słowa turysty, który przed chwilą wskazywał mi szlak. Pokazywał również nasz checkpoint w oddali na dole. By na niego zdążyć, trzeba troszeczkę przyspieszyć lecz na tym zejściu, przez chwil kilka się dosłownie nie da. Cały szlak jest oblężony przez turystów. Nie ryzykuję, trzymam się łańcuchów, co pomaga bezpiecznie schodzić w dół. Bardzo strome to zejście i niebezpieczne.

Część zejścia z Velkiego Rozsutec-a. Zdjęcie raceshots.cz

           Przychodzi ochota na sfotografowanie tego co mam za plecami, lecz zrobię to gdy dobiegnę do punktu. Psychika jest stabilniejsza gdy dookoła zbiegu, tak mocno stromego zbiegu, znajduje się zieleń czyli nie widać urwisk. Tu już można biec slalomem w dół. Raz ześlizguje się, raz udaje mi się długie kroki stawiać. Już się przyzwyczaiłem.

Dobiegam ile sił w nogach do widocznego człowieka z kartką. Nie usłyszałem, ‚nie możesz’. Odetchnąłem. Popatrzyłem teraz jedząc kromkę chleba z czekoladą na to co za mną. To już za mną. ‚Velky Rozsutec’ już jest historią.

Uzupełniwszy zapas wody, zapas kaloryczny oraz dając chwilę płucom, biegnę szlakiem w nieznane tak jak inni zawodnicy. Co mnie teraz czeka?

Tutaj jest już łagodniej. Na ‚Stoh’-u troszeczkę odżyłem i robię sobie pamiątkowe zdjęcie.

Widok na Velky Rozsutec ze Stoh-a. Zdjęcie Mateusz Hyski.

           Trasa nie pozwala na odpoczynek głowie. Koncentracja podczas stawiania kroków przy zbiegu znów wysoka. Mocno czuć uda, oj mocno. W dodatku słońce ‚dorzuca swoje’. Tak jak poprzednio. Zbieg, chwilka po poziomym i do góry i tak będzie cały czas.

        Po jakichś może odczuwalnych pięciu kilometrach, bardzo długim podbiegach, dopytuje biegacza, poza zawodami, w  jakim kierunku teraz się udać. Tu wszyscy znają trasę tych zawodów. Wskazuje mi on po lewej stronie szlak i w oddali widać dach oraz duże oblężenie dookoła niego.

‚Checkpoint’ – mówi i pobiegł.

           Ten odcinek wydawał się prosty. Utrudnieniem na nim było nachylenie, bo biegłem wzdłuż boku góry, jak podczas Trans Gran Canarii, przypominając sobie setny jej kilometr.

‚Sorry,sorry’-słyszę z tyłu głos.

           Wyprzedziła mnie biegaczka również z tego samego dystansu. Skoro tak szybko pobiegła, musi coś to oznaczać. Również pędzę ile sił w nogach i nie zwracam uwagi na wystające korzenie, kamienie, jakby były zbyt małymi przeszkodami.

        Dotarłem szczęśliwie do, nazwę to, małego obozu, gdzie można znów uzupełnić zapasy. Częstują tutaj zupką chińską, o którą również proszę.

‚Zjedź coś’– mówi rodak do mnie.

‚Znasz tę trasę?’-pytam.

‚Biegliśmy tu rok temu pięćdziesiątkę. Tu na pięćdziesiątce jest 4500m przewyższenia’ – odpowiada.

           Jaka myśl mi się przewinęła? Przewyższenie porównywalne do ‚Piekła Czantorii’ na jeszcze krótszym dystansie i to w ostrym, bezlitosnym słońcu. Wypiłem tutaj cały litr wody gazowanej. Posiliłem się jeszcze tym w co punkt bogaty – chleb z nutellą i poczułem, że jestem gotów. Pozostały jeszcze dwa wzniesienia i połowa dystansu za mną.

        Jakoś łagodniej w tych górach teraz. Może już przyzwyczajenie.

‚Where now?’ – na skrzyżowaniu dopytuje turystę.

‚There, everything ok, except elevation’ – śmieje się jeden z zawodników gdy pytam czy w dobrym kierunku biegnę.

           Sięgam po batonika OSHEE. Małymi kęsami trzeba cały czas jeść. Nie wiedziałem, że będą one mi tak smakowały choć wstępnie był problem z połykaniem słodkości. W bardzo jakby szybkim tempie udaje mi się pozostawiać odległość za sobą. Takim sposobem doganiam zawodniczkę, która wcześniej wyprzedziła mnie.

‚That’s you again’ – widząc mnie a ja nawet nie wiedziałem, że kogoś dogonie.

‚What tells you your track?’ – bo jestem ciekaw ile pozostało kilometrów do połówki.

‚Abot 1k’ – skracając wypowiedzi przynajmniej wiem ile jeszcze będzie trwać ten bieg po lesie.

           Po lewej stronie widać ulicę a z przodu dach. Jeszcze zostało osiem kilometrów do połówki i jest to bardzo dobra informacja. Znów około jednego litra wody wypijam, Wysysam sok z kawałków pomarańczy i ….

Niespodziewanie dzwoni telefon. 

‚Czekam na Ciebie na mecie’ – słyszę Monikę.

‚No ok, mam jeszcze kawałek’ – kończąc połączenie, biegne non stop z włączonym trakiem w telefonie przed sobą. 

           Bazowałem na starszej wersji trasy przez co ominąłem punkt kontrolny w Lipovec i przebiegłem dodatkowo, niepotrzebnie osiem kilometrów. Dowiedziałem się, że limit został tutaj wydłużony o godzinę i trzydzieści minut. Wypiłem tu dwie rozpuszczalne kawy. Zjadłem kolejną zupkę chińską, która ciężko przez gardło przechodziła. Pozostawiłem w samochodzie bardzo już przepoconą koszulkę  oraz rękawice, które już nie będą potrzebne. Odstawiłem również część jedzenia (batoniki), którego wiem, że nie ruszę. Zawsze to kilka dekagramów mniej.

           Dopytałem człowieka o to jak mniej więcej teraz wygląda druga część. Podsumowywując dochodzimy do wniosku, że teraz już z górki i teraz pod osłoną nocy, ale nie ma co „otwierać jeszcze szampana”.  Teraz z telefonem w dłoni wdrapuje się na dziewięciuset metrowe podejście. Nie ma żadnych zawodników więc trasy nie widać. Własnym oczom nie wierzę. Kuna podchodzi od mnie. Nie boi się. Za chwilę jednak ucieka. Po prawej stronie leży człowiek i wygląda jakby faktycznie padł – zwłoki. On śpi. Część mocnego światła jednak budzi go.

‚Wstajesz czy zostajesz’ – pytam.

‚Wstaje, ale powoli’ – odpowiada.

           We dwoje będzie raźniej tymbardziej, że nie znam kompletnie tych terenów. Radość jednak nie trwa długo, bo chwilowy partner jednak troszeczkę się wlecze i nie pasuje mi to. Decyduje się jednak, w momentach jeszcze wyczekując na niego, że mając telefon i włączoną trasę, biegnę.

Nic poza nieznanym lasem i ciemnościami…

           Las, nieznany las, Na wyświetlaczu telefonu widzę różnice wysokości górskich. Tysiac dwieście, tysiąc trzysta. Po kamienistym, korzennym podbiegu, docieram do szlaku, który nazywa się ‚European long distance path E3 – part Slovakia’.

Noc, chłód, ale kurtka już dawno ściągnięta i schowana do plecaka a przede mną jeszcze kilka metrów by uzupełnić co nie co z płynów, coś zjeść. Obiegam dużą stację nadawczą a na punkcie, pod namiotem, otulam się przez chwilę kocem. Zjadam kolejną już zupkę a także korzystam z gorącej smakowej herbaty – aż cztery szklanki. Próbuje dwóch smaków piwa bezalkoholowego, lecz mi one kojarzą się z pomarańczami. NIe mogę tego przełknąć.

Mijając kogoś w śpiworze na trasie, biegnę powoli do przodu. Wolę pozostawiać te centymetry, metry, niż iść i myśleć o czasie. Trasa bardzo mocno złagodniała. Raz trzeba jednak pokonać przewyższenia, które nie są już teraz duże. Różnica pomiędzy zniegami i podbiegami wynosi około stu metrów. Raz w dół, raz w górę. Słychać ptaki. Aura poranna. Często przebiegam przez tzw punkty z osami i tutaj gubię trasę. Pozwoliłem sobie na kilka minut luzu i kosztowało mnie to dodatkowe trzy kilometry. Gdy się ma świadomość czasu, że nie ma się go dużo a trasa w lesie jest kompletnie nie oznaczona, musisz biec z telefonem w ręku. Wiesz, że limit czasowy jest powiększony, ale rzecz nie polega na tym by być co do minuty na min, bo może ci czasu brakować na następnym.

           O godzinie piątej czterdzieści melduje się w kolejnym namiocie. Piję już trzecią kawę rozpuszczalną. Czarna herbata również smakuje a chlen z boczkiem jest jeszcze lepszy. Godzina szósta wybija. Nie chcąc „zakotwiczyć” tutaj, z podziękowaniami, opuszczam namiot.

Dwa bardzo ciężkie podejścia, które opiewają na wysokość równą siedmiuset metrów zostały już w tyle. Nachylenie na nich sięgające do czterdziestu stopni już nie zaskakiwało. Teraz trzeba biec. Pod osłoną drzew, bo słońce już wstaje, przedzieram się przez niełatwy teren. Zarośniety szlak. Odczytuje z telefonu odległość do tego niemożliwego limitu godzinnego pomiędzy namiotami. 

Namiot ustawiony w dole. Odczytano dane z mojej branzoletki GPS i słyszę

‚A little…’ – człowiek uśmiecha się gdy sprawdził mojego GPS-a.  

‚You will run right now to the end, but since now you have nothing except that you have’ – słyszę.

‚How much?’ – pytam o kilometry.

’16 km. Do you continue?’ – na to pytanie nie umiem inaczej odpowiedzieć.

‚Yes’ – krótko i zwiężle.

‚Perfecto. I will call and give your number. Good look’.

           Wypiłem tutaj trochę wody. Nadgryzłem banana i chciałem już końca. Szesnaście kilometrów, myślę, to dystans, jaki spokojnie się biega, podczas „treningów ślężańskich”, lecz na takim trochę wykończeniu i tym terenie, inaczej podchodzi się do tej cyfry.

           Ciągle, mniej więcej wiem ile jeszcze kilometrów zostało. Nie wiem czy zawodnik, który jest przede mną ukończy zawody, ale ja chcę. Wyprzedzam go. Na przedostatnich podejściach, które nie są małe, ale nie robią wrażenia  choćby z racji wysokości, a jednak momentami (tysiac dwieście, tysiąc trzysta – ciężko), dobiegam do jeszcze jednej postaci z mojego dystansu. Szczerze, nie chce mi się gonić. Czuję, że spokojnie zdążę. Wchodząc z zawodnikiem, którego dogoniłem na szczyt, ukazuje się nam „Klak”, góra, która jako ostatnia pozostała na trasie. Nie wygląda ona na prostą. Dosłowne wdrapanie się na nią jednak jest już trochę ciężkie, jednak jedno co motywuje to to, że jest to ostatnie podejście.

Tuż przed metą. (zdjęcie Monika Hyska)

Nie mam ochoty już na robienie sobie zdjęć. Cieszy mnie bardzo, że zbiegamy, lecz nie okazujemy tego. Nie mamy na to sił, ale wewnętrznie wszystko się raduje. Właściwie to schodzimy szybkim marszem. Słychać już ruch na ulicy. Zapomniałem, że mam jeszcze Colę w plecaku i częstuje tymczasowego partnera tym co mam. Słońce pali na ostatnich metrach. Wszystko w środku puszcza. Nie mam ochoty nawet ściągać flagi Polski, którą mam na tyle plecaka. Jednak my już widzimy emblemat ‚Slovak Ultra Trail’.  Spokojnie docieramy do ostatniego już, nazywanego metą, punktu i oddajemy swoje bransoletki GPS. Jeszcze uściskiem dłoni gratuluje swojemu „tymczasowemu partnerowi” ukończenia zawodów a i organizator gratuluje nam dotarcia.

Koniec trasy. (zdjęcie Mateusz Hyski)

Jakie to piwo dobre! Arbuzy już nie smakują. Pomarańczy nie tknę przez tydzień. Coli nie napije się również przez długi czas. Myśl – zjeść porządny obiad. Po skorzystaniu z prysznica jeszcze chce mi się biec ale po łące do restauracji gdzie wspólnie z Moniką zamawiamy coś z karty.

Tuż przed restauracją. (zdjęcie Monika Hyska)

Teraz dopiero dopada mnie sen. Inny rodak gratuluje mi ukończenia „Malofatrańskiej Stovki”. A ja co zaczynam mysleć? Nic. Głowa powoli odpływa a kładąc się na tylne siedzenie samochodu, budzę się już w Polsce. Nie mogę już patrzeć na colę, wodę mineralną, ale lody bardzo mi smakują.

           Wielkie WOW dociera do mnie – dystans setki nie równy setce.Pięćdziesiąt procent zawodników nie ukończyło tego dystansu. Mi się to udało. Żadnego dystansu nie można lekceważyć i to się cały czas potwierdza. Ile jesteś w stanie znieść gdy wiesz, że odpoczywać będziesz dopiero na mecie. Co powiesz sobie gdy słońce doprowadzi Cię do stanu, gdy nawadnianie wodą, izotonikiem, colą nie wystarcza, gdy wszystkie batoniki, które najbardziej Ci smakowały, pozostaną w pewnych momentach elementami, których już nie będzie się chciało ruszać. Jaką silną człowiek czasem ma wolę, gdy styka się ze swoimi słabościami i musi to wszystko odstawić na bok, nie myśleć o tym, poszukać w głowie myśli, które uskrzydlają. Ten stan trzeba najwidoczniej kochać mimo, że daje on tak w kość.

 

O Autorze

Mateusz Hyski

Uwielbia biegać ultra. W zasadzie im dłużej, trudniej, tym lepiej. Autor bloga okrokwiecej.pl

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany