Pierwsza Łemkowyna zakończyła się finansową klęską i 40 tysiącami złotych długu. Teraz jest to nieźle prosperujące przedsiębiorstwo. Nie działałoby jednak sprawnie gdyby nie ludzie organizujący ŁUT i biegacze, którzy pokochali błoto, zupę dyniową, zimno i trudy Beskidu Niskiego.

W tym roku serwis napieraj.pl został partnerem „Błotowyny”. Dzięki temu będziemy mogli Wam dostarczyć sporo ciekawych rzeczy o biegu, który jest już legendą polskiego ultra, został także jako jedyny w naszym kraju dołączony do cyklu Discovery Race Ultra-Trail World Tour (UTWT). Z organizatorem chcieliśmy pogadać jednak szczerze o rzeczach, które często krążą w sieci i niektórych uwierają (jak kwestia pakietów). Może to pomoże w zrozumieniu tego jak robi się dużą imprezę i ile to kosztuje.

22550357_1500418183385773_6971579165627792074_o

Oskar Berezowski: W tym roku do palety biegów w ramach Łemkowyna Ultra-Trail dołączył bieg na 100 kilometrów. Dlaczego? I dlaczego nie ma 100 mil?

Krzysztof Gajdziński: Nie mamy ciśnienia na 100 mil. Te 150 kilometrów jest logiczne, bo to trasa całym pasmem Beskidu Niskiego i to jest jego niezaprzeczalna wartość. Dokładanie jakiejś pętelki na siłę jest bez sensu. 100 kilometrów z kolei zastąpiło 80. Głownie ze względu na metę. Ludzie, którzy przybiegali do Chyrowej i tam kończyli nie mogli liczyć na wielu kibiców. Dobiegasz i jedziesz do domu, więc miałem wyrzuty sumienia. Nie tak powinna wyglądać meta. Iwonicz będzie dużo fajniejszym miejscem na metę. Więc celem była meta w innym miejscu, a przy okazji wyszło 103 kilometry. Tę 80-tkę niesłusznie nieco lekceważono, a przecież ta pierwsza część jest dużo trudniejsza od pozostałych 70 km, to było nie tylko 10 km więcej, ale również dodatkowe 1000m podejść. Więc mamy 100 i już pojawiły się zarzuty, że to komercha, bo taki dystans łatwiej sprzedać…

Czy jest jakaś granica komercji, schlebiania gustom konsumentów, widowiskowości, dodawania kolejnych punktów żywieniowych, której nie przekroczysz?

Ciężko mówić o takiej granicy, bo nasza branża cały czas się rozwija, ewoluuje i wciąż powstają nowe rozwiązania, o których dziś nie mamy jeszcze pojęcia. Na dziś wiem, że na przykład punktów żywieniowych nie będzie więcej.

Dlaczego?

Są ustawione w takiej odległości, żeby poczuć trochę przygody i wziąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo na trasie. Taki zarzut, że mamy za mało punktów już się zresztą kiedyś pojawił. Podnosili go na przykład Węgrzy na jednej z edycji. Staram się być aktywnym organizatorem i cały czas rozmawiać z ludźmi, zbierać informacje. Zobaczyłem grupkę ludzi siedzących i żywo rozmawiających, ale odniosłem wrażenie, że nie wszyscy są zadowoleni. Spytałem ich o zdanie, bo przecież chodzi o to, żeby cały czas zbierać informacje o potrzebach biegaczy. Więc od nich usłyszałem, że najlepiej byłoby, gdyby te punkty stały co 10 kilometrów. I na twoje pytanie odpowiem tak, jak im: ten bieg jest pomyślany tak, żeby przez znaczną część trasy zawodnik musi umieć sobie radzić sam. To nie jest impreza, którą możesz przebiec bez plecaka, z małym softflaskiem w garści. My chcemy właśnie, żeby człowiek miał coś na plecach, żeby poczuł trudy trasy, głód, pragnienie.

Czym kierowałeś się ustawiając punkty w konkretnych miejscach?

Ha! Właśnie… One są dobrze przemyślane i mają swoje historie. Między innymi dlatego są nieregularnie. Nie dzieliliśmy trasy na odcinki, tylko wybraliśmy miejsca, gdzie da się wjechać, ustawić fajny punkt, dać ludziom trochę miejsca.

Gajdziński: Chcemy właśnie, żeby człowiek miał coś na plecach, żeby poczuł trudy trasy, głód, pragnienie. #Łemkowyna #ŁUT Click To Tweet

Nie jest to powszechna praktyka?

Nie. Słyszałem nawet o zawodach, na których banany na punkt są dostarczane helikopterem, bo ktoś pokazał na mapie, że tam ma być punkt odżywczy i nieważne, że jest grań – mają być banany. Mamy punkt w „środku niczego”, na Przełęczy Hałbowskiej, ale tam da się normalnie dojechać samochodem, rozstawić sprzęt i ludzi. To my dostosowujemy się do natury. Są więc odcinki 14 kilometrowe i ponad 20-kilometrowe bez punktu. Jest to właśnie uzależnione od ukształtowania terenu.

Nie ugniesz się przed żądaniami nowych punktów odżywczych. Przed czym jeszcze?

Założyliśmy sobie określony limit osób i tego też zamierzam się trzymać. W tej chwili jest to 2150 zarejestrowanych osób na wszystkich trasach. Moglibyśmy sprzedać więcej pakietów, ale wtedy wszystkim będzie gorzej. Nam trudniej to opanować i zapewnić określony standard każdemu uczestnikowi, a zawodnicy stracą też część z obecnej atmosfery. U nas wciąż można biec 2–3 godziny samotnie, nie widząc nikogo przed sobą i za sobą przez długi czas. Otacza Cię tylko przyroda, przestrzeń. Rozmawiałem z zawodnikami, którzy opowiadali, że nocą godzinami pokonywali trasę w całkowitej samotności, czasem tylko widząc gdzieś na horyzoncie przesuwające się światełko z czołówki innego uczestnika.

22792303_1502295129864745_7464057463807969752_o

Mówisz jednak o trasie 150 kilometrowej.

Tak. Mam świadomość, że na krótszych jest mniej takich sposobności, bo ludzi jest więcej, mieszają się biegacze z innych dystansów, ale to wciąż nie jest tłok. Ja osobiście mam złe doświadczenie ze zbyt licznych imprez, stania w kolejce na punkcie żywieniowym, wąskiej ścieżce.

Już słyszałem takie opowieści organizatorów: nie zwiększymy ilości gości, bo ma być fajnie, a tym czasem reguluje to na przykład Park Narodowy, który więcej ludzi nie wpuści.

U nas po Parku biegnie tylko ŁUT150 i ŁUT100. Tam mamy postawiony limit 500 zawodników, ale z tym nie ma problemu. Pozostałe dystanse moglibyśmy rozepchnąć komercyjnie do znacznie większych rozmiarów. Nie zrobimy jednak tego. Bieganie musi być na pierwszym miejscu.

Nie masz wrażenia, że bardzo liczne biegi mają mniej wiernych uczestników? Wraca się chyba tam, gdzie dostajesz coś więcej niż tłum wokół Ciebie?

Nie mam na to dowodu, ale mam takie wrażenie. W tym roku na liście są ludzie, którzy wystartują po raz piąty i… sam się im dziwię.

Jak to?

Ja na przykład staram się nie startować dwa razy w tych samych zawodach. Wolę odkrywać nowe miejsca. Dlatego mam ogromny szacunek i czuję się wyróżniony, gdy widzę ludzi wracających. Jestem pewien, że gdybyśmy poszli w ilość, to zaczęlibyśmy robić imprezę „na odhaczenie”: byłem, skończyłem i zapomniałem. Więc, Ci, wracający są dla mnie potwierdzeniem, że robimy fajny bieg. Podobnie zresztą jest na Maraton Wigry. Wyobraź sobie, że jest 18 osób, które zaliczyło wszystkie edycje. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że na pierwszej edycji było jakieś 120 zawodników, to mamy około 15% procent z tej stawki w gronie stałych bywalców.

Myślisz, ze ludzie wracają, bo jak inżynier Mamoń są umysłami ścisłymi i podobają im się melodie, które już raz słyszeli. Poprzez… No, reminiscencję. „No jakże może podobać im się bieg, który pierwszy raz biegną”?

Łemkowyna się bardzo zmieniła. Są ludzie, którzy woleliby ŁUT z tej pierwszej edycji niż z ostatniej, czyli 300–400 osób na trasie, a nie 1500. Trudno jest jednak zrobić bieg, który się zwróci, dla kilkuset osób. Ta nostalgia też jest ciekawa, bo ja uważam, że pierwsza edycja była słaba organizacyjnie. Wtedy dopiero się uczyliśmy. Z roku na rok coś dopracowujemy, zmieniamy, ŁUT podlega ewolucji na wielu poziomach.

OK… Przypomniało mi się. Sprawa jest.

Wal.

Mogę przepisać pakiet na kolegę? Bardzo Cię proszę. Mam chorego psa i nie ma kto z nim zostać. Da się?

Przykro mi, ale nie.

Ale dlaczego? Jesteście tak dużą organizacją, że technicznie nie byłoby to niemożliwe. Przypomniałem sobie, że jeszcze mam ślub stryjenki Zosi od strony ciotecznego wujka Zygmunta!

Hmmm… jakby to powiedzieć, żeby Cię nie urazić? Łemkowyna to bieg dla tych, którzy naprawdę chcą tu wystartować. To nie ma być kolejny bieg do odhaczenia. Dla wielu jest to wręcz główny, lub jeden z głównych, startów sezonu. Jeśli dla Ciebie to jest problem, że trzeba się zdecydować wcześniej, a potem konsekwentnie dążyć do udziału w ŁUT, to może po prostu poszukaj takich zawodów, gdzie można przepisać pakiet w ostatniej chwili.

Wiele osób to przekonuje?

Mamy bardzo duże grono biegaczy, dla których ta zasada jest jak najbardziej w porządku. Znam człowieka, który ma takiego pecha, że dwa razy nie wystartował w Maratonie Wigry i raz w Łemkowynie. On tę naszą zasadę szanuje, nawet nas w sieci broni, gdy ludzie wyrażają swoje oburzenie.

Dwa razy płaciłem za udział w ŁUT, a wystartowałem raz i też przyjąłem ze zrozumieniem Waszą decyzję.

W zagranicznych biegach przepisywanie pakietów to rzadkość. Sam z powodów losowych straciłem nie raz wpisowe. Ba! Nawet bilety lotnicze. Wydaje mi się, że ludzie, którzy dobrze czują się na Łemkowynie, akceptują naszą decyzję.

I względy organizacyjne nie są ważne?

Wręcz przeciwnie. Nie wprowadziliśmy tej zasady, żeby odsiewać ludzi, ale po to, żeby zapanować nad ogromem spraw piętrzących się przed organizatorami. Z mojego doświadczenia wynika, że jak bym nie zorganizował tego przepisywania, to zawsze jest ryzyko, że coś będzie zgrzytać i w dniu startu pojawią się rozczarowani, bo ktoś podał złe dane, ktoś źle je wprowadził w ostatniej chwili. Jak powiemy, że można przepisywać na miesiąc przed biegiem, to otrzymamy pytania: dlaczego nie dwa tygodnie?

Ktoś mógłby Ci zarzucić: nie dowiesz się czy tak jest, do czasu, gdy nie spróbujesz.

To nie jest celny argument. Organizujemy też Maraton Wigry i tam można przepisywać do tygodnia przed zawodami. To jest mniejsza impreza więc możemy to opanować. Nawet tam jednak jest ciągła próba przesuwania granic, negocjowania. Rozumiem problemy ludzi, ale czasem muszę postawić tamę, żeby problem naprawdę nie rozlał się na dużą skalę.

Gajdziński: Na #ŁUT mam wiele do zaoferowania uczestnikom. Zapewniamy emocje i doskonałą organizację. Możemy więc mieć też surowsze zasady Click To Tweet

Trudno jest się postawić biegaczom?

Żeby to zrobić, to trzeba mieć dystans do tego. W zeszłym roku zastąpiłem Rudą (żonę Krzyśka, Gabrielę Gajdzińska) przy telefonie i przyznam, że było ciężko. Ludzie dzwonią i opowiadają o swoich przypadkach, chorobach. Źle się czułem odmawiając. Teraz wiem, że na takie telefony nie może odpowiadać osoba, która wymyśliła to nieprzepisywanie pakietów.

Nie boisz się, że rozczarowani uciekną gdzie indziej?

Z roku na rok coraz szybciej kończą się zapisy. Mocno rozdmuchana sprawa pakietów nie jest więc chyba aż tak ważna. Ludzie w zamian za różne ograniczenia dostają bardzo dobrą organizację. To jest w ogóle ciekawe, że Polacy wyjeżdżający na bieg za granicę łatwiej akceptują przepisy. Jesteśmy drugą nacją na Lavaredo Ultra Trail, masa ludzi jeździ na UTMB i też akceptuje tamtejsze zasady. Jest więc grupa ludzi, która to rozumie. Może w Polsce jesteśmy w tej chwili ewenementem, ale to nie jest coś niezwykłego w skali międzynarodowej. Ponadto należy pamiętać, że na surowsze zasady możesz sobie pozwolić jeśli masz coś dobrego do zaoferowania, a my mamy.

To za co biegacz nabija ci kasę, funduje kolejnego mercedesa i wakacje na Haiti, płacąc 300 zł za pakiet?

Płacisz za emocje…

Eeeee… Emocje to ja mam za darmo w godzinach szczytu w korku, albo jak myję okna przed świętami w mieszkaniu na 8 piętrze. Konkretnie, to ja płacę Tobie za usługę.

Wartość pakietu nie jest materialna. Przynajmniej nie całkiem. Jakbym policzył ile kosztuje zawartość pakietu startowego, czyli mapki, katalog, batonik, worek foliowy, chusta wielofunkcyjna, to pewnie jest to 30–40 złotych.

Panie! Niezła przebitka.

Tak, słyszę takie argumenty.

Bo może nie mówisz ile naprawdę kosztuje to, za co zapłaciłem 2 lata temu na ŁUT.

Dostałeś jedzenie, które jest naprawdę drogie. Gdybym zrezygnował z 3 zup, które są na trasie, byłbym do przodu jakieś 20 tysięcy złotych. To jest jakieś 10 złotych na pakiet startowy. A to jest tylko zupa. A reszta jedzenia? Same paliwo to około 9 tysięcy złotych. Do tego dochodzi zabezpieczenie medyczne, które u nas jest bardzo drogie.

22550236_1498561783571413_5665062328522339840_o

Dzwonisz do GOPR, że zawody masz jutro i masz z głowy. Karetka na mecie to też nie jest majątek.

My nie możemy sobie pozwolić na takie właśnie zachowanie. Teoretycznie: to co mówisz by wystarczyło. Praktycznie: miałbym śmiertelny przypadek nawet na pierwszych zawodach. Była sytuacja, gdy człowiek wpadł w hipotermię. Gdybyśmy nie mieli wynajętych ludzi na quadach, to nie wiem, czy wszystko skończyłoby się happy endem. Mamy więc specjalnego koordynatora, który dokładnie zna trasę, zna specyfikę działania GOPR, pogotowia ratunkowego i lotniczego pogotowia ratunkowego. Dzięki jego doświadczeniu możemy bezpośrednio zadzwonić po helikopter i w razie potrzeby zabrać poszkodowanego do szpitala. Dodatkowo wynajmujemy doświadczonych ratowników GOPR ze sprzętem. Na każdym punkcie odżywczym są dodatkowo wynajęci przez nas ratownicy medyczni. To są najczęściej pracownicy pogotowia. Nie używamy do tego wolontariuszy po kursie, tylko ludzi z doświadczeniem praktycznym w ratowaniu życia. W sumie samej, wynajętej, opieki medycznej jest około 60 osób.

Ile to kosztuje?

Kilkanaście tysięcy złotych.

Jasne… Sponsorzy wam płacą grubą kasę. Z tego sobie wszystko opłacasz a z pakietów wypychasz kieszenie moją krwawicą.

No tak! Przyłapałeś mnie. Jak Jeep został naszym partnerem to wtedy na przykład usłyszałem: dali Wam z pół bańki, nie? Prawda jest taka, że partner motoryzacyjny jest ogromnym wsparciem, ale najczęściej bezgotówkowym. Wyobrażenie o sponsorach jest bardzo zniekształcone i trudno to odwrócić. Cały czas zabiegamy o wsparcie finansowe, mam rocznie chyba setki spotkań w firmach i nie jest lekko. To też jest kwestia kształtowania rynku przez innych organizatorów. Część firm wychodzi z założenia, że jak ja nie wezmę od nich czegokolwiek w barterze za prawo do reklamowania się na biegu, to oni pójdą sobie gdzie indziej, bo inny organizator weźmie cokolwiek.

To polska specyfika?

W wielu krajach, nierzadko mniejszych i z mniejszym potencjałem rynku trailowego, organizatorzy rozliczają się ze sponsorami głównie gotówkowo. Ostatnio gdy gościłem w krośnie człowieka z Ultra – Trail® World Tour, powiedział mi, że przecież na rynku jest bank. Jak do niego pójdę i porozmawiam to z pewnością dyrektor placówki da mi przynajmniej z 5 tysięcy euro. Próbowałem wyjaśniać, że u nas to tak nie działa, ale on nie mógł w to uwierzyć i przekonuje mnie, że w tym roku to byłoby 5 tysięcy euro, ale za rok, jak w centrali zobaczą, że robisz fajną imprezę, jest dużo ludzi, dobrze się bawią, to dostaniemy I 50 tysięcy euro. To zupełnie nie przystaje do tego jak funkcjonuje sponsoring w Polsce.

A samorządy?

To też ciekawy przykład, bo u nas jest z tym bardzo słabo. Jak wójt zgodzi się na zamknięcie drogi w jakiejś gminie, to dość często już uznaje, że to wielki wkład. Tylko nie bierze pod uwagę bezpośrednich korzyści.

Jakie korzyści odnoszą samorządy?

Uczestnicy Łemkowyny, w jeden weekend zostawiają w Krośnie pół miliona złotych. Poza sezonem turystycznym, w Krośnie i okolicy są zajęte przez biegaczy wszystkie miejsca noclegowe. Normalnie w październiku rynek jest pusty, a my przyciągamy ludzi z całej Polski i z innych krajów do tego miasta. Organizatorzy biegów ultra w Turcji potrafią wypełnić budżet w 70% pieniędzmi z samorządów. Ja nie mam nawet 5%. W chorwackiej Istrii władze lokalne rozumieją, że bieg nakręca turystykę i lokalny biznes, więc wspierają takie wydarzenie.

Tego trochę nie rozumiem. Biegi ultra pobudzają turystykę, a są traktowane jako problem, nie okazja. Przecież ja musze gdzieś trenować i pojadę w okolicę Łemkowyny, żeby pobiegać także w innym okresie. Gdzieś zostawię pieniądze na nocleg, jedzenie, benzynę…

Są samorządy, które to rozumieją. Piotrek Hercog na przykład ma szczęście do świetnych włodarzy. Ja się niestety z tym rzadko spotykam.

Może potrzebna jest edukacja?

Ale ja to robię od dawna. Przeprowadzamy badania i liczby, które wcześniej wymieniałem, nie biorą się z moich snów, tylko badań. Do Krosna przyjeżdża 1200 zawodników, ale każdy z nich przywiózł średnio jeszcze 1,1 osobę. Restauracje dzięki temu mają 3 razy większy obrót niż w normalny weekend. My jako organizatorzy wydajemy w Krośnie prawie 200 tysięcy złotych podczas jednej edycji. To co się da, robimy lokalnie. Impreza więc pobudzą miejscową gospodarkę. Łemkowyna Ultra Trail jest największą imprezą w Krośnie przyciągającą ludzi spoza regionu. W dodatku nasi goście zostawiają średnio około 400 złotych podczas imprezy.

Na Łemkowynę do Krosna przyjeżdża 1200 zawodników, ale każdy z nich przywozi średnio jeszcze 1,1 osobę. Restauracje dzięki temu mają 3 razy większy obrót niż w normalny weekend. Click To Tweet

Ale zostawiamy też pieniądze w regionie poza weekendem biegowym, bo trenujemy tam.

To jest kolejny argument i staramy się to tłumaczyć. Mam ciekawą relację człowieka, który mieszka niczym pustelnik w dzikim miejscu przy trasie. To taka chata w Przybyszowie, gdzie mamy punkt odżywczy. On tam mieszka bez prądu, bez bieżącej wody i praktycznie bez towarzystwa ludzi. Opowiadał mi, że niedługo po zasiedleniu chaty zaczął coraz częściej widywać ludzi biegających tuż obok. Niegdyś spotkanie tam człowieka poza sezonem było rzadkością, a tu każdego tygodnia mijało go kilku biegaczy. Zapytał jednego z nich, co tu się właściwie dzieje i jeden z biegaczy wyjaśnił mu, że jest tu organizowany bieg i ludzie chcą poznać trasę, więc przyjeżdżają, biegają. Od tego czasu robimy punkt żywieniowy przed jego chatą, a potem zostawiamy mu na przykład całą wodę, która zostanie i jemu ta woda starcza na jakieś pół roku. Zostawiamy też u niego pieniądze za noclegi i wyżywienie wolontariuszy. Nie są one może duże, ale z tego co wiem, przy jego kosztach życia to jest poważny zastrzyk finansowy.

W czym Łemkowynie pomogłyby dodatkowe pieniądze, na przykład z samorządu?

Chcielibyśmy mieć więcej funduszy na promocję za granicą: ściągnięcie dobrych zawodników z różnych krajów razem z kilkoma dziennikarzami, którzy to opiszą w swoich mediach. Tak było z Lavaredo czy Orobie, które zostały dobrze opisane w polskich mediach i z roku na rok startuje tam coraz więcej Polaków. U nas z kolei biega coraz więcej Węgrów, dzięki naszej współpracy z Ultra-Trail® Hungary.

22713556_1500418880052370_7951759549974483939_o

A po co Ci ta zagranica?

Bo chcę robić fajną imprezę. Finansowo to te same pieniądze, ale mnie kręci takie działanie, poznawanie ludzi, pokazywanie im, że u nas też jest pięknie i można zrobić wspaniałą imprezę ultra w Polsce.

A jak traktują polskie biegi na świecie?

Z tym właśnie jest ciągle problem. W Polsce mamy naprawdę świetne imprezy, a stosunek do nas jest taki, jakbyśmy byli jakimś marginesem. Nadal spotykam się z pytaniami czy w Polsce jest jakiś bieg ultra. Może zmieni to, fakt że Łemkowyna jest w cyklu Discovery Race UTWT. Ludzie, którzy przyjeżdżają do Polski dziwią się, że nasze imprezy są na tak wysokim poziomie. Ba! nawet wysłannicy UTWT wysoko ocenili to co robimy, i że na tle innych biegów w cyklu wprowadzamy wiele nowości.

Zrobiłem sobie taki research w środowisku i wbiję Ci szpilkę. Ty masz firmę organizującą różne imprezy i robisz z tego biznes.

Tak, to jest biznes. I nie uważam, że wbiłeś mi szpilkę. Nie wstydzę się tego. Wręcz przeciwnie, uważam, że dzięki temu mamy czas i energię, żeby zrobić dobre zawody.

To jak ty możesz się porównywać z legendami, które działają jako fundacje i robią to dla idei.

Po pierwsze Łemkowynę też organizuje fundacja, a firma jest tylko współorganizatorem. To nie jest nic szczególnego, bo to najczęstszy model działania dużych imprez w Polsce. Chodzi o dostęp do dofinansowań, grantów unijnych itp. Dla mojej firmy Łemkowyna to jest 80% pracy w ciągu roku. Musimy rezygnować z wielu innych szans na zarobek, żeby dobrze przygotować bieg. Gdybym ten czas, który wkładam w ŁUT włożył w mniejsze, bardziej komercyjne wydarzenia, to zarobilibyśmy kilka razy więcej pieniędzy. Wolę jednak robić coś co mnie kręci, daje satysfakcję i napędza do działania. Robienie eventów dla firm też jest fajne, ale jednak bieganie kręci nas dużo bardziej.

To do jakiego stopnia decyzja o „etniczności” biegu była podjęta na podstawie kalkulacji biznesowej?

W żadnym stopniu nie była to decyzja biznesowa. Tak jak sama Łemkowyna nie miała być biznesem. Ja dobrze zarabiałem, starczało mi na wszystko i nie szukałem nowych źródeł pieniędzy. Najpierw narodził się pomysł na Maraton Wigry. Wokół jeziora jest fajna trasa rowerowa, którą lubiłem. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby to przebiec, a rejon jest tak piękny, że innym też się może spodobać. Wiedziałem troche o organizacji imprez, więc spróbowałem i to się udało. Rok później zrobiliśmy Łemkowynę. Trochę na fali tamtej adrenaliny, a trochę przez to, że przeprowadziliśmy się do Krosna. Poznałem ciekawych ludzi. Dominik i Wojtek pokazywali mi nowe trasy. Któregoś dnia usiedliśmy i powiedziałem, że zrobiłem już Maraton Wigry, to może teraz coś tu wymyślimy. Wtedy w Beskidzie Niskim nie było żadnej długiej imprezy.

Gajdziński: Logiczną biegową osią komunikacyjną Beskidu Niskiego jest czerwony szlak. Postanowiliśmy, że fajnie byłoby pociągnąć trasę tym szlakiem przez całe pasmo. #Łemkowyna Click To Tweet

Do kolejnych edycji zachęcił Cię sukces finansowy?

Gigantyczną kasę, żeśmy wtedy… wydali. Budżet zamknął się z 40 tysiącami długu.

Jak to zrobiłeś?

Z kredytu w banku.

Jak to zrobiłeś, że żeś się zadłużył?

Bo miało być fajnie, więc jak planowałem bieg, to chciałem, żeby było dobre jedzenie. Zamiast małej porcji pierogów, niech będzie duża. Tak było z większością rzeczy… Było fajnie, a kredyt spłaciłem dopiero po trzeciej Łemkowynie. Po trzech latach wyszedłem na zero.

Dlaczego Łemko?

No właśnie dlatego, że tak prowadzi trasa. Logiczną biegową osią komunikacyjną Beskidu Niskiego jest czerwony szlak. Postanowiliśmy, że fajnie byłoby pociągnąć trasę tym szlakiem przez całe pasmo. Okolice te zamieszkiwali Łemkowie, więc naturalnie pojawiły się inspiracje ich kulturą. Myślę że ignorancją byłoby pominięcie wątku Łemków w tym biegu. Tu ciekawostka: ten wątek łemkowski jest atrakcyjny dla ludzi przyjezdnych, którzy nie znają lokalnych historii. Tu na miejscu wcale nam to nie pomaga, bo wciąż żywe są różne animozje, oskarżanie o ukraińskość. Jeden z włodarzy gminy leżącej na trasie biegu zaczął mi podczas spotkania wyzywać, krzyczał po ukraińsku. Zrobiło się nieprzyjemnie. Ta historia z Łemko ma więc dwa końce.

Do jakiego stopnia świadomie budujecie legendę Łemko? Choćby informacje o błocie?

To wychodzi akurat samo. Błoto jest tam zawsze, ale na serio nie sądziłem, że ono się aż tak spodoba. Podczas edycji 2016 roku byłem wręcz przestraszony, gdy widziałem co dzieje się na trasie; ludzi schodzących z niej. Pomyślałem, że to może być koniec Łemko.

I byłem jednym z tych, którzy się wtedy prześlizgali po Beskidzie, ale dzień po media społecznościowe szalały ze szczęścia.

W 2017 roku zapisy poszły jeszcze szybciej. Mało tego. Czułem, że część biegaczy było rozczarowanych tym, że na trasie było mniej błota niż w 2016.

W takim razie trzymam kciuki za epicką ilość błota tej jesieni.


Serwis napieraj.pl jest partnerem biegowym Łemkowyna Ultra-Trail

Łemkowyna_Ultra-Trail®

O Autorze

Oskar Berezowski

Jestem autorem tysięcy artykułów w czołowych polskich dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach i serwisach online. Pracowałem m.in. dla gazety “Polska The Times” i “Dziennika Polska Europa Świat”. Dzięki nim mogłem relacjonować lekkoatletykę podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie, spotykać się z zawodnikami i trenerami podczas mityngów w Polsce i za granicą oraz analizować zmagania podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata. Sporo nauczyłem się także pracując w miesięczniku „Bieganie”. Współpracowałem i współpracuję z www.magazynbieganie.pl, „Esquire„, Gazeta Wyborcza, gazeta.pl, Forum Trenera.

Podobne Posty

3 komentarze

  1. maciek

    Ja mam jeszcze pytanie: dlaczego regulamin nie obowiązuje? Według regulaminu za brak elementu wyposażenia obowiązkowego grozi dyskwalifikacja. Wymienione są długie nogawki (lub coś takiego, by noga w całości była zakryta). Przed startem pytałem czy wystarczy mieć w plecaku. Dostałem odpowiedź, że nie, że trzeba w tym wystartować. A potem widziałem start biegu na 150km i jakoś nikt z czołówki nie miał długich nogawek. Dodam, że na punkcie sprawdzano mi czy mam np. rękawiczki.
    Ktoś powie „czepiasz się”, ale czy nie po to jest regulamin żeby go stosować w całości, a nie wybiórczo albo w zależności od osoby?

    Odpowiedz
    • Edyta

      kogo pytałeś? jeśli wolo to nie musi znać regulaminu.
      słuchaj odprawy, czytaj regulamin, to jest dla Ciebie wiążące a nie pytanie ‚kogoś’ – Krzysiek zawsze podkreśla: nie musisz mieć na sobie, wystarczy w plecaku.

      Odpowiedz
  2. Tomasz

    Świetny wywiad! W ub. roku byłem na Łemko maraton a teraz wybieram się na ŁUT150. Na błotko oczywiście również liczę:) Pozdrawiam i trzymam kciuki!

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany