O Magdzie Łączak można śmiało powiedzieć, że jest częścią historii polskiego ultra. W tym roku znów pokazała, że potrafi pokonać najtrudniejsze wyzwania, w tym ból. Czasem nie do wytrzymania.

Pewnie wiele osób wyobraża sobie czołową polską ultraskę jako człowieka żyjącego na górskiej grani. Taka dziewczyna co wstaje rano wraz z pierwszą mgłą, miesza kawę patykiem, przełyka, zadziera głowę i wybiera szczyt na który wbiegnie. Po drodze przemywa oczy w zimnym potoku, na górze zjada garść jagód, a gdy już zbiegnie, wygrzewa zmęczone ciało w promieniach słońca słuchając śpiewu ptaków i beczenia baranów. Głowę nosi w chmurach, jak przystało na utytułowaną mountain runnerkę.
Dobra zgrzytnął już sam spolszczony zwrot, więc czar prysł i schodzimy na ziemię.

Magda rzeczywiście głowę często chowa w chmurach podczas górskich biegów. Zazwyczaj musi być jednak bardziej przyziemna. Zwłaszcza, gdy myśli o bólu nerwu kulszowego, a wiecie jak to jest z tym mięśniem gdy sporą część dnia spędza się na siedząco. Taki biurowy problem. Kurczę! Czołowa polska ultraska ma kłopoty z kontuzją także przez siedzenie za biurkiem. Zmienia to Wasze spojrzenie na osiągnięcia Łączak? Im dłużej rozmawiałem z Magdą tym bardziej zastanawiałem się jak to wszystko możliwe, bo czas na wywiad miała podczas przerwy na kawę w robocie. W Mielcu. Rozmowa jest trudna, bo cały czas przerywają ją przychodzące, służbowe maile. Magda z wdziękiem stara się je ignorować. Spodziewałem się ćwierkania ptaków, skończyło się na ćwierkaniu telefonu…

– Tak naprawdę w ciągu dnia do rozdysponowania mam ze 4 godziny. Nawet tego nie mogę w całości przeznaczyć na trening – przyznaje dziewczyna, która w tym sezonie wygrała dwie bodaj najbardziej prestiżowe imprezy ultra w Polsce: Bieg Ultra Granią Tatr i Bieg 7 Dolin. Wcześniej triumfowała jeszcze w Złotym Maratonie podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. W dodatku wszystko, jak sama mówi, na lekko zaciągniętym hamulcu.
– Ból cały czas potrafi być nieznośny, choć już nie chcę narzekać, bo biegam. Na przełomie grudnia i stycznia problemy z nerwem kulszowym były tak poważne, że nie bardzo mogłam chodzić. Nawet wiosną sukcesem były przetruchtane 2-4 kilometry – wspomina zawodniczka Salomon Suunto Team.

Czy to znaczy, że poziom ultra w Polsce jest taki niski, że może wygrywać ktoś, kto pewnie ma nadzwyczajne warunki, ale nie trenuje jak profesjonalista? Raczej nie, o czym mogły się przekonać dwie bardzo mocne dziewczyny: Edyta Lewandowska i Dominika Stelmach. Obie przebojem wbiły się do świata ultra wygrywając kilka ważnych biegów. Obie mają ogromne możliwości. Żadnej z nich nie widzieliśmy jednak regularnie wygrywającej w górach w tym sezonie w ważnych polskich imprezach. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego ?” jest skomplikowana. Dominika bardziej wierzy w sukcesy na ulicy i marzy o igrzyskach, Edyta obrała strategię startów w imprezach mistrzowskich za granicą.

– Widać jednak, że ultra to ciężki kawałek chleba i nawet dziewczyny z dużym potencjałem muszą realnie patrzeć na całoroczny kalendarz, specyfikę poszczególnych startów, złożoną taktykę i technikę, która liczy się w górach – zastanawia się Magda Łączak, choć jak zaraz przyznaje nie za bardzo lubi analizować formę, taktykę swoich rywalek. Nie ma na to czasu, ani nie przywiązuje aż takiej wagi do tego z kim walczy na trasie. Lekceważenie?
– Skądże! Mam ogromny szacunek i respekt do każdej dziewczyny, która staje na starcie. Wiem jedynie, że szkoda czasu na rozmyślania o tym w jakiej dyspozycji jest reszta stawki, jak dziś pobiegną, z kim mogę przegrać i wygrać. W górach przeciwnikiem jest tylko trasa i ja sama. To rywalizacja z własnymi słabościami, ograniczeniami jest kluczem do sukcesu.

Oskar Berezowski, napieraj.pl: Ale jak ten sukces mierzyć, skoro nie rywalka, nie czas, nawet nie do końca miejsce jest dla ciebie wyznacznikiem udanego startu?

– Musisz zajrzeć w siebie i być ze sobą szczera. Każdy bieg jest inny i każdy człowiek jest inny. Ja w tym sezonie wygrałam prestiżowe zawody. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Jak jednak pogadamy sobie o czasach, to… Nie ma się za bardzo czym ekscytować.

No to czym Ty się ekscytujesz, przecież musi Cię coś napędzać?

– Możesz wierzyć lub nie, ale tym razem ważniejsze było to, że… ukończyłam te biegi. Serio. Nie jest to fałszywa skromność. Znam swoje możliwości, wiem, że potrafię biegać znacznie szybciej, ale w tym roku za każdym razem startowałam z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam co będzie na trasie, czy w pewnym momencie ból nie będzie tak silny, że stanę. No i nie byłam też odpowiednio przygotowana.

Faktycznie, jeszcze wiosną nie było wiadomo co z Tobą, ale już w lipcu odnalazłaś się w Bettelmatt Ultra Trail we Włoszech, gdzie zajęłaś drugie miejsce.

– To był przełom. Wtedy uwierzyłam, że jednak mogę wrócić do biegania w tym sezonie, choć dalej człapałam, biegałam na zaciągniętym hamulcu.

Kokietujesz. Wygrywasz BUGT na zaciągniętym hamulcu?

– Na starcie byłam przerażona. W głowie miałam tylko taką myśl: „dolecieć jakoś do mety”. W trakcie trwania zawodów ten strach malał, ale cały czas musiałam walczyć z obawą, że zaraz może zaboleć jeszcze bardziej i nie ma się co cieszyć na zapas. To trochę odbiera przyjemność z samej wyprawy w góry. Jest pięknie, są emocje, czuję przyjemność z pokonywania kolejnych kilometrów, godzin, ale z tyłu głowy czai się niepewność.

BUGT coś Ci otworzył w głowie? Kobietom nie wypada zaglądać w metrykę, ale po tylu latach może trzeba po prostu biegać mniej, żeby nadal wygrywać?

– Mniej trenujesz, jesteś w gorszej formie. Dla mnie to prosta zasada i będę się jej trzymać. Nie ma co ściemniać, byłam w gorszej dyspozycji fizycznej. Czuję więc niedosyt i chcę powrócić do normalnych, codziennych, treningów. Mieszkam i pracuję w Mielcu, w górach byłam kilka razy w tym sezonie. Większość to były takie jednodniowe wypady. BUGT dał mi jednak nadzieję, że warto spróbować powalczyć w Biegu 7 Dolin. Jest co prawda dłuższy, ale czasowo zawody są porównywalne. Pomyślałam, że skoro jestem w stanie wygrać w Tatrach, to może jednak nie ma się co bać tej Krynicy.

Trochę Cię podpuszczę: rekordu trasy Ewy Majer jednak nie pobiłaś (9:41:52). Twoje 10:05:25 to…

– Nie podpuścisz mnie. Nie traktuję rywalizacji z Ewą osobiście. Bardzo ją szanuję. Wspaniale, że rekord należy do niej. Nie cieszyłam się jednak, że w tym roku akurat z nią wygrałam. Oczywiście kontrolowałam w czasie biegu dzielącą nas różnicę czasu, ale bieg wygrałam przede wszystkim ze sobą. I tyle. Czas? To tylko potwierdzenie, że nie jestem jeszcze w dawnej formie. Poza tym, nie jestem pewna tego, że zostając zawodową biegaczką robiłabym lepsze wyniki. Czytałam różne historie i nie u każdego ultrasa rzucenie pracy wpłynęło na lepsze wyniki. Oczywiście na pewno dobrze zrobiłby mi krótszy dobowy czas pracy, ale zupełne rzucenie pracy w moim przypadku nie wchodzi w grę, lubię swoją pracę. Po prostu, ale nie może być ona dla mnie pasją 🙂

To ciekawe, bo Ewa ma podobne podejście do rywalek. W ogóle w Polsce panie jakoś nie walczą ze sobą otwarcie. Rywalizacja Bartka Gorczycy z Marcinem Świercem jest widoczna. Bartek nie kryje, że chce pokonać Marcina. Jest między nimi takie sportowe napięcie. U Was tego nie ma. Dlaczego?

– Może to kwestia innego podejścia do życia? To nie jest tak, że my się ze sobą nie ścigamy. My również rywalizujemy, ale może mniej w tym napinki dlatego , że jak wstaję rano to nie myślę o treningu. Bieganie jest dla mnie formą relaksu, po prostu pasją. Nie wiem ponadto, czy tak jest u wszystkich dziewczyn. Mówię za siebie. Natomiast osobiście cieszy mnie to, bieganie ultra w Polsce się rozwija, takie jest moje zdanie. Nasze dziewczyny też gonią światowe ultraski i to jest super. Natalia Tomasiak rozwija się znakomicie, duże postępy robi Martyna Kantor i obie mają przed sobą dużą przyszłość biegową.

W Polsce czy za granicą?

– Tu i tam. Moim zdaniem w Polsce jest masa dobrych imprez w ultra i można się na nich rozwijać. Nieco inaczej jest ze sky runningiem, bo ten wymaga jednak wyjazdów i startów w Alpach, Pirenejach.

Jeśli wszystko dobrze się ułoży Ty też będziesz szukać szczęścia za granicą?

– Tak, uwielbiam wyjazdy w różne nowe miejsca. Mam jedno życie i nie chcę z tym czekać do emerytury. Jeśli zdrowie pozwoli, to postaram się sporo startować poza Polską.

Może pójdziesz śladami Piotra Hercoga czy Krzyśka Dołęgowskiego, którzy polują właśnie na różne „epickie” choć może mniej popularne wyzwania?

– Nie leży to w mojej naturze, ani nie mam takich możliwości, by wyjeżdżać na długo. Pozostanę przy obranej przez siebie drodze i z przyjemnością poczytam jak Krzysiek „ciora się” gdzieś tam na szkockich bagniskach, a Piotr walczy z dużymi wysokościami. Trzymam za nich kciuki i podziwiam.

Ja również nie kryję podziwu. Dla Ciebie 🙂
21457947_1437384449709626_2301740623668133723_o

O Autorze

Oskar Berezowski

Jestem autorem tysięcy artykułów w czołowych polskich dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach i serwisach online. Pracowałem m.in. dla gazety “Polska The Times” i “Dziennika Polska Europa Świat”. Dzięki nim mogłem relacjonować lekkoatletykę podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie, spotykać się z zawodnikami i trenerami podczas mityngów w Polsce i za granicą oraz analizować zmagania podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata. Sporo nauczyłem się także pracując w miesięczniku „Bieganie”. Współpracowałem i współpracuję z www.magazynbieganie.pl, „Esquire„, Gazeta Wyborcza, gazeta.pl, Forum Trenera.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany