Krzysiek Dołęgowski i Piotrek Kłosowicz zdecydowali się na zabawną, towarzyską, chociaż solidnie napieracką akcję. Piotrek zaproponował w ramach spędzania weekendu – „przespacerować” się Głównym Szlakiem Świętokrzyskim. Piotrek znany jest zresztą z ustanowienia rekordu na trasie Głównego Szlaku Beskidzkiego, i to nie jego jedyny nietypowy pomysł na spędzanie wolnego czasu…

Krzysiek podchwycił pomysł na „spacer” chociaż chyba przez ani przez chwilę nikt nie wierzył, że akcja ta rzeczywiście przyjmie spokojną, spacerową formę. Szlak ma 105 kilometrów i prowadzi z Kuźniaków do Gołoszyc – dwóch niepozornych wiosek.

Chłopaki wystartowali rano, po 10 z okolic Strawczyna, gdzie zaczyna się Główny Szlak Świętokrzyski. Jeszcze w samochodzie narzekali, jak to bardzo im się nie chce i że w sumie nie mają jakiegoś parcia, a padający deszcz wcale nie pomagał im wysiąść z samochodu na 105-kilometrową trasę. W końcu jednak spakowali plecaki, przyodziali terenowe buty, pożegnali mnie i w towarzystwie miłej suczki, która się do nas przypałętała – wyruszyli. Suczka dotrzymywała im towarzystwa jeszcze przez jakiś czas.

Piotr Kłosowicz na starcie Głównego Szlaku Świętokrzyskiego. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Piotr Kłosowicz na starcie Głównego Szlaku Świętokrzyskiego. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Następnym razem spotkaliśmy się po ponad 60 km, prawie 7 godzin później. Chłopaki zaprosili mnie w Świętej Katarzynie na kawę i przepyszne naleśniki, serwowane prosto z białej przyczepy. Rewelacja. Idzie im zdecydowanie lepiej niż się spodziewali. Ich stan był zdecydowanie przyzwoity, nawet nie marudzili. Śmiali się tylko trochę z tego, że się nawzajem popędzają co i rusz. I z naleśnikowego klimatu się śmiali. Szlak zaserwował im trochę niewielkich podbiegów, trochę zbiegów. Piotrek opowiadał o dwóch spektakularnych glebach Krzyśka.

– Potknąłem się w jednej błotnistej kałuży, a upadłem w drugą – przyznaje się Krzysiek.

Padający przez dłuższy czas deszcz uczynił ze szlaku miejscami błotnistą breję. Niekiedy można się zapaść do połowy łydki w dobrze rozmiękłym podłożu. Jest dużo kałuż, a niektóre ścieżki są upstrzone licznymi kamieniami i głazikami, najczęściej ustawionymi na sztorc, niekiedy sięgającymi nawet kolan. Zwłaszcza w Łysogórach nie biegnie się pod górę łatwo. Na drodze na Łysicę trzeba sobie dobrze wybierać ścieżkę, bo kamienie są bardzo śliskie i nachylone pod wszystkimi możliwymi kątami. W dodatku jest ich mnóstwo, a między nimi głównie woda i breja. Na innych fragmentach szlaku jest mokra, śliska glina, ale jest też sporo asfaltów. Np. dużą część Pasma Łysogórskiego omija się dołem, asfaltem lub niemal płaską leśną ścieżką u podnóża gór. No właśnie – gór… Chociaż wiadomo, że z geologicznego punktu widzenia ten obszar to góry, momentami ciężko to poczuć, poruszając się po tutejszych szlakach. Ale niewątpliwie – już sam dystans da chłopakom w kość.

Asfaltowy fragment omijający część Łysogór. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Asfaltowy fragment omijający część Łysogór. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Spotkałam ich jeszcze po zbiegu do Kakonina, oraz przed asfaltowym podbiegiem na Łysą Górę – tu chłopaki byli już małomówni.

– Teraz jest ciężej – powiedział Krzysiek i nie był poza tym zbyt chętny do wyrażania swoich uczuć. Chłopaki wzięli kilka łyków coca-coli i pobiegli dalej. Po ich tempie nie widać, żeby było źle…

Dla przypomnienia – Góry Świętokrzyskie to obok Sudetów najstarsze z pasm górskich w Polsce. Ich najwyższym szczytem jest Łysica w paśmie Łysogór (612 m n.p.m.), którą chłopaki mają już za sobą. Wdrapywali się na nią tuż po naleśnikowym spotkaniu. Wątpię by chłopaki mieli na tyle siły i chęci krajoznawczych by popodziwiać jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tutejszego krajobrazu – gołoborza. Mieli za to niewątpliwie okazję popodziwiać bardzo stare – kambryjskie skały, wielokrotnie omijając je na szlaku.

Dzielna towarzyszka "spaceru". Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Dzielna towarzyszka „spaceru”. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Szybkiego pokonania Głównego Szlaku Świętokrzyskiego dokonali m.in. w 2003 roku Paweł Brudło, Mirek Rak i Jacek Bator. Nie robili tego jednak za jednym zamachem – chłopaki robili jakieś przerwy na spanie, cała zabawa zajęła im 27 godzin i 15 minut.

Za kilka godzin będę zdrapywać ich z asfaltu w Gołoszycach. Trzymajcie za nich kciuki!

Już po zdrapaniu (pisze Kshysiek):

Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Wypad naprawdę super. Przygotowania nie trwały dłużej niż pół godziny. Dwa telefony i z rana już siedzieliśmy w aucie (nie posprzątanym jeszcze po poprzednim wyjeździe).

Bardzo fajne były pierwsze kilometry. Sporo niewielkich górek. Bardzo mało asfaltu. Podbiegi i zbiegi po wąskich ścieżkach. Błota mało (przynajmniej w porówaniu z tym co zobaczyliśmy później). Cały czas padało i jakiś przemiły pan na rowerze sugerował nawet żebyśmy może na piwo poszli. Wyglądał jakby on już to zrobił, a brak zęba na przedzie sugerował w jaki sposób miał zwyczaj odkapslowywać butelki. Jak przekraczaliśmy główną drogę na Radom to wydawało się, że tam na placu budowy jest naprawdę błotniście. Nic z tego to była dopiero przygrywka. Po 6 godzinach dolecieliśmy do Św. Katarzyny. Nie zdawaliśmy sobie sprawy że za nami było już 61,5 km. Piotrek reklamował, że tam jest jakaś fajna budka z żarełkiem i się dobrze posilimy. Super sprawa. Zwłaszcza, że mi trochę nogi zesztywniały. Okazało się, że na te naleśniki trzeba odbić. No i że można spokojnie zajadać bo trzeba poczekać na Magdę (która zafundowała sobie maraton po okolicy). W sumie zanim byliśmy znów na trasie – minęła godzina. Ale naleśniki! Poezja. I kawa espresso i ciasteczka. Mniam.

Naleśniki w Św. Katarzynie. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Piotrek poczuł węglowodana i ruszył z kopyta, a ja czułem że coś mi mięśnie, powiedzmy to, miednicy, pobolewają. Zjadłem ibuproma i pomogło.
Łysogóry to według mnie najmniej efektowny fragment szlaku. Jest podbieg po kamieniach pod Łysicę, potem kawałek fajnego biegania grzbietem, ale później robi się płasko i asfaltowo. Przy naleśnikach powstał koncept by zakończyć imprezę w 12 godzin. Właściwie do samego Pasma Jeleniowskiego nie było przeszkód. Jak się w nie wbijaliśmy to zostawało 20 km i 2 h 20′. Ale zapadł zmrok i chyba przyszedł przypływ. I jeszcze ktoś porozwidlał drogi i napuścił mgły.
Generalnie zrobiła się sieczka. Odkryłem nowe elementy w słownictwie Piotrka i sporo błota wewnątrz skarpetek. Szlak rozchodził się i schodził, był źle oznakowany, a do tego poorany strumieniami. Teraz już się wcale nią nie przejmowaliśmy i cięliśmy kałuże na wskroś, niezależnie czy były tylko po kostki czy po łydki.
Na szczęście tylko kilka kilometrów tak wyglądało. Już za Przełęczą Karczmarka się poprawiło i przyspieszyliśmy.

Z Magdą zobaczyliśmy się po 12 h 28′ spędzonych na szlaku. Świetna zabawa! W bagażniku mieliśmy nabyte na tą okazję winko „Tur mocny”. Niezłe!


Bardzo polecam ten szlak na dłuższe treningi. Na mapie wygląda niepozornie, ale jest bardzo urozmaicony. No i naleśniki w Św. Katarzynie polecam.


Przy okazji robiliśmy trochę eksperymentów sprzętowych. Piotrek miał na nogach buty „z przyszłości” czyli brooks pure grit – sprzęt lekki – wywodzący się z biegania naturalnego.


Piotrek lubi pomarudzić, więc tekst że „buty mu nie przeszkadzały” uznajcie za komplement.

Ja natomiast sprawdzałem co moje nogi powiedzą na setkę w ultralekkich startówkach, które można zwinąć w rękach. Nazywają się inov-8 f-lite 220. Okazało się że nie ma problemu! Ani bólu podeszew stóp, ani jakichś sensacji ze stawami.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany