Przedmiotem naszego eksperymentu jest maraton na orientację. Bierzemy długi dystans, co najmniej 50 km, dodajemy mapę z punktami kontrolnymi rozrzuconymi po niej jakby zupełnie bez sensu, dorzucamy zróżnicowany teren, obejmujący góry, górki, lasy, łąki, pola, jeziorka, jedną nieprzekraczalną rzekę. Na koniec dorzucamy zmienną pogodę, śnieg, deszcz, słońce i rosę. To co powinno wyjść to przepis na Rudawską Wyrypę.

Podmiot eksperymentu, a więc startujący w nim zawodnicy, zazwyczaj dociera do mety w kawałkach. Na początku docierają ultrasi, którzy czasem są w stanie wycisnąć czas w okolicach siedmiu godzin. Czas mety pomiędzy pierwszym a następnym wynosi zwykle pół godziny. Następni zawodnicy zazwyczaj skracają odległości czasowe, wrysowując krzywą rozkładu normalnego. Innymi słowy, ich czasy mety odzwierciedlają zasady statystyki: najmniej kończących ma czasy w okolicach 7 i 14 godzin, najwięcej kończy ze średnimi czasami – 11, 12 godzin.

Ciasno w pogoni

Rudawska 2017 mogłaby być uznana za poważną przesłankę do zakwestionowania zasad statystyki. Różnica czasu pomiędzy zwycięzcą (Paweł Jankowiak) a drugim na mecie (Maciej Kosiński) wyniosła grubo ponad godzinę. Natomiast różnica czasu pomiędzy drugim, a siódmą na mecie (fantastyczna „babcia” Magda Horova) to zaledwie 13 minut. Ja znalazłem się w środku „pogoni” tracąc do drugiego miejsca zaledwie siedem minut.

Siedem minut! Osiem, żeby stanąć na niższym stopniu pudła, sześć, żeby zająć trzecie miejsce. Gdzie znalazło się te sześć minut? Może w tym miejscu, w którym zapomniałem, że teren naszych zmagań przecięty jest wzburzonym po opadach Bobrem i z opadłą szczęką obserwowałem pędzące, pieniące się, brązowe wody górskiej rzeki, które nie pozostawiały nawet złudzeń, że nadają się do przejścia. A może tam, gdzie nie przeliczyłem sobie poziomic i wyszło mi, że mam dymać jakieś 350 metrów pod górę tylko po to, żeby zaliczyć jeden punkt. A może jeszcze w bazie, gdy z bólem głowy planowałem trasę przejścia. Tak, zapewne tam. Mruczał mi taki jeden nad głową i to na pewno przez niego zapomniałem o tej cholernej rzece. Zawsze miło zwalić na kogoś, nieprawdaż?

Bół głowy przy mapie

18155785_1422326397832823_5283806113041924311_o

fot. Avalanche Sklep Górski

Rudawy Janowickie są tak fantastycznym miejscem na rozgrywanie biegów na orientację, że organizatorom zawodów wystarczy nic nie zepsuć i już jest to udana impreza. Trzeba jednak przyznać, że nie spoczęli oni na laurach i pomyśleli o tym jak jeszcze uatrakcyjnić zabawę. Wymyślili więc, że w sam środek zawodów, w którym piętrzyły się górki i skałki, wrzucą siedem bliskich sobie punktów kontrolnych, zaznaczonych na dołączonej mapie do BnO (biegów na orientację). Reszta rozrzucona była na dużej przestrzeni wokół tej grupy. Spośród nich trzeba było wybrać sobie dokładnie 16 i do nich dotrzeć (formuła różniła się w zależności od długości trasy, podobno setkowicze mieli prawdziwy ból głowy). W tą szesnastkę należało wpleść siódemkę z centralnej BnO.

Tyłki ponad 70 osób pochylających się nad rozłożonym na podłodze mapami to zapewne też stały element eksperymentu po tytułem Rudawska Wyrypa. Liczymy w myślach: 13, 14, 15. Fuck, jednego brakuje, jeszcze raz. Jak tu wpleść BnO? Ten, co mi burczał nad uchem, sugeruje, żeby udać się tam na początku. Sam mam inny pomysł, ale co tam, szkoda czasu na spieranie się z gościem, którego i tak pewnie nie zobaczę na trasie. Po kwadransie analizy rodzi się w głowie perfekcyjna, sprytna, subtelna linia trasy. Ach, gdyby nie ta rzeka…

Przez krzaki na wschód

20170502_123504

fot. Borys Bińkowski

A na trasie – same atrakcje. Stadko dwudziestu saren, jakieś 30 km dalej – mniej liczne stado jeleni. Czasem napotykam współuczestników zawodów. Jedna dziewczyna stara mi się udowodnić, że jazda na rowerze jest wolniejsza od biegu. Nawet dałem się przekonać, szczególnie gdy leciałem na szagę przez las, a ona jechała ścieżkami na około. Na którymś tam punkcie spotkałem Jędroszkowiaka, który miał wtedy już w nogach z 15 godzin naparzania (jego setka wystartowała o 11 wieczorem poprzedniego dnia). Przywitaliśmy się, ale miałem wrażenie, że potrzebował dobrej minuty żeby zajarzyć co się dzieje wokół. Mimo braku przytomności spojrzenia, napierał szybciej ode mnie, mającego w nogach może ze 4 godziny ruchu. Żywił nadzieję, że go trochę podciągnę, ale okazało się, że to raczej ja przyczepiłem się na jakiś czas do jego pleców i tak dojechałem do kolejnego punktu kontrolnego. Bez zmrużenia oka (i zapewne bez świadomości, że za nim podążam) popędził na północ, ku zwycięstwu, a ja udałem się przez krzaki na wschód.

Dziwny był to dla mnie bieg. Od dawna nie byłem tak niezadowolony z wybranej trasy, którą starałem się ulepszać i zmieniać w trakcie biegu, zauważając kolejne elementy terenu, których nie wziąłem pod uwagę na starcie. Z drugiej strony przebiegłem prawie 60 kilosów i czuję się lepiej niż po koszeniu trawnika. Nogi nie ciążą, stawy nie bolą, endorfinki łagodnie buzują pod czachą. A to wszystko po miesiącu, gdy las częściej widziałem na wygaszaczu ekranu niż na żywo. Może opatentuję nowy cykl treningowy, napiszę książkę „biegaj przy komputerze”, będzie schodzić jak świeże bułeczki…

O Autorze

Borys Bińkowski

W wieku 7 lat na składaku przemierzał lasy Pojezierza Drawskiego z mapą będącą tajemnicą wojskową, a tak dokładną, że były na niej zaznaczone mrowiska. Chyba coś z tego zostało, bo jego żona mówi, że ma motorek w dupie i kompas w głowie. Z zawodu niezdefiniowany, z pasji nauczyciel kontestujący.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany