Napieraj.pl: Jak oceniasz ten sezon w zespole Hellmann Salomon?

Sezon dla nas jeszcze się nie skończył, bo najważniejszy start jest jeszcze przed nami – Mistrzostwa Świata. Na pewno dużym sukcesem jest to, że na te mistrzostwa pojedziemy. Staraliśmy się tam dostać od kilku lat i to jest pierwszy rok, w którym nam się udało i to z dosyć dużym zapasem. Natomiast pozostałe starty, a szczególnie nasz start w Stanach na Subaru Primal Quest trzeba zaliczyć do nieudanych lub bardzo nieudanych. Należy z niego wyciągnąć wnioski, które pomogą nam w przyszłości zmienić to, aby to działo się lepiej. Ciągle nie udaje się nam przebić do ścisłej czołówki – tam gdzie byśmy chcieli być. Nie udało nam się stworzyć w tym roku jakiegoś poważnego wyniku. Takim pozytywnym akcentem było na pewno zwycięstwo w Słowenii – bardzo przyjemny, fajny rajd. Ściganie się tam było przyjemnością, ale nie jest to na pewno impreza rangi światowej i zwycięstwo tam nie zaspokoiło wszelkich naszych ambicji. To był pozytywny start zwłaszcza ze względu na skład. Sławek Łabuziński dwa razy zastępował – raz mnie na Lion Winter Challenge i raz Pawła Moszkowicza w Słowenii. Fajnie, bo mamy świadomość, że nie tylko nasza stała czwórka jest mocna tylko mamy kogoś na kim jesteśmy w stanie polegać.

Czy Sławek zostanie waszym piątym elementem?

Sławek jest w tej chwili naszym pierwszym rezerwowym i jak to się dalej potoczy to zobaczymy. Natomiast na Mistrzostwa Świata zamiast Pawła Moszkowicza jedzie z nami Filip Pawluśkiewicz. Nie jedzie Sławek, bo wydaje nam się, że na tak długi rajd Filip będzie lepszym zawodnikiem, a ze Sławkiem raczej wiążemy nadzieje jeśli chodzi o Puchar Świata w przyszłym roku.

Czego Wam brakuje do światowej czołówki?

W Stanach zabrakło nam bardzo wiele i jeżeli chodzi o miejsce – bo miejsce gdybyśmy ukończyli byłoby szesnaste, a dobicie się do czołówki to co najmniej pierwsza dziesiątka. Wydaje mi się, że brakuje nam jeszcze doświadczenia i otrzaskania się w tych największych imprezach, no i może trochę szczęścia. Może zabrakło nam w Stanach też trochę determinacji, bo nie wszyscy byliśmy tak zmotywowani, zdeterminowani jak powinni byśmy być. No niestety jakoś tak to wyszło. Mówiąc szczerze, nie znam na to recepty. Bo jak bym ją znał to już dawno byśmy w tej czołówce byli.

Jaka jest wasza najmocniejsza strona jako drużyny? Jaki jest wasz klucz do zwycięstw?

Myślę, że ten klucz do tej pory tkwił w determinacji. Każdy był zdeterminowany by dbać o swoją formę, dbać o siebie, skupiać się jak, w jaki sposób poprawić – czy to za pomocą lepszego sprzętu, lepszego przygotowania czy stworzenia nowego „patentu”, przyczynić się do tego by zespół osiągnął lepsze wyniki i chyba to – pełne zaangażowanie było największym atutem. Niestety zaangażowanie ostatnio trochę szwankowało i dlatego pojawił się ten słaby wynik w Stanach.

Gdzie startowałeś w tym sezonie poza rajdami przygodowymi?

Startuję w imprezach, które niosą ze sobą jakąś jedną rajdową dyscyplinę, czyli albo biegam na orientację, albo jeżdżę na orientację na rowerze, albo startuję w dłuższych maratonach na orientację jak na przykład ostatnia Odyseja Ciężkowicka. Ale sportowo nie udzielałem się w żadnej innej dyscyplinie na tyle poważnie, aby tych startów było sporo. Dodatkowo startowałem jeszcze gościnnie z chorwackim zespołem w Terra Incognita wiosną tego roku. Praktycznie nie było w tym roku czasu, aby zająć się czymś innym. Poza tym moje prywatne sprawy pochłonęły sporo czasu i nie było czasu aby zająć się grą w tenisa.

Dlaczego tak mało widać Was było na rajdach w Polsce?

Startowaliśmy na Winter Challenge – to chyba największy rajd w tym roku i tak naprawdę jedyny prawdziwy rajd przygodowy, który odbył się w Polsce. Tam byliśmy obecni mimo mojej kontuzji. Musieliśmy wystartować w nieco zmienionym składzie. Właściwie to zespół zdecydował, bo ja nie miałem za wiele do gadania – miałem złamaną rękę i mogłem tylko kibicować, a nawet kciuków nie mogłem trzymać w jednej ręce.
Natomiast w reszcie pozostałych – mniejszych imprez, trochę dlatego że startowaliśmy dużo za granicą i nie da się tego wszystkiego połączyć. A z naszych doświadczeń i planu treningowego wynika, a właściwie sympatii treningowych, że jeśli już jesteśmy w Polsce i chcemy gdzieś wspólnie wystartować to raczej wybieramy imprezy, które skupiają się na jednej dyscyplinie. Dlatego startujemy na przykład w maratonach rowerowych, albo w Odysei Ciężkowickiej, albo w jakichś biegach na orientację. Nie staramy się jechać na jakiś rajd, który by wszystkie te dyscypliny łączył. Poza tym też prozaiczny fakt, że ja mieszkam w Warszawie, ale reszta zespołu na południu Polski i łatwiej nam dojechać na te południowe imprezy. Chociaż w Bieliku startowała Magda z Flekmusem (Pawłem Dybkiem przyp. red.). Ale na pewno tych imprez nie traktowaliśmy tak poważnie jak imprez za granicą, czy właśnie Winter Challenge. Tak jak mówię, nawet gdy mamy potraktować imprezę treningowo to wolimy wystartować w maratonie MTB, czy w jakichś zawodach na orientację, żeby skupić się na jednej dyscyplinie. Trochę z lenistwa, bo nie trzeba wtedy brać roweru lub butów do biegania i wszystkiego innego. Można się naprawdę skupić. Ale mam nadzieję, że to się zmieni, przez to że będziemy mieli szerszy skład w przyszłym sezonie będziemy mieli szansę więcej startować w polskich imprezach.

Szerszy skład czyli?

Szerszy skład znaczy, że Sławek nie będzie tylko pierwszym rezerwowym, ale będzie czynnie brał udział szczególnie w rajdach zaliczanych do Pucharu Świata i prawdopodobnie Filip Pawluśkiewicz na stałe zagości i będzie startował w niektórych z tych większych imprez. Wtedy chociażby ci, co nie wystartują, zostaną w Polsce, choćby w dwójkowym składzie będą mogli wystartować w Polsce dla podtrzymania formy lub dla treningu.
Chcemy współpracować z ludźmi, z którymi się rozumiemy. Nasza czwórka rozumie się już od pewnego czasu bardzo dobrze, ze Sławkiem startowaliśmy dwa razy i oba te starty okazały się sukcesem, bo raz byliśmy na pierwszym, raz na drugim miejscu. Z Filipem znamy się od dawna, wydaje się, że będzie nam się dobrze współpracowało, ale to pokaże najbliższy start. I to są aktualnie te osoby, z którymi chcielibyśmy współpracować. Natomiast czy ich jest sześć, czy więcej czy mniej to już nieistotne.

Co planujecie na przyszły rok?

To w dużej mierze zależy od naszego wyniku na Mistrzostwach Świata. Na pewno będziemy w przyszłym roku chcieli powtórzyć start w Mistrzostwach Świata i wystartować w tylu edycjach Pucharu Świata w ilu będzie to konieczne, by zakwalifikować się do Mistrzostw. Prawdopodobnie będą to dwie edycje. Może europejska, może afrykańska –zobaczymy. Bardzo chcielibyśmy wrócić do Kanady na zimowy rajd Ukatak, jeśli nie będzie kolidował z Winter Challenge, bo to jest następna impreza, w której na pewno chcmy wystartować. A co z resztą? Mamy sporo zaproszeń, zobaczymy jak to wszystko się ułoży. Nie mamy jeszcze ustalonego kalendarza.

Jak dużo trenujesz?

W tym roku było bardzo specyficznie, bo do początku marca musiałem wyłączyć się z treningów ze względu na złamaną rękę, ale też nigdy nie byłem w tak dobrej formie jak w tym roku, chociażby podczas pucharu świata w Alpach, który pomimo dziewięciu tysięcy metrów przewyższenia zniosłem bardzo dobrze. Więc wydaje mi się, że ten sezon pomimo, że zaczął się bardzo późno, to bardzo dobrze przebiegał.
Staram się więcej objętości wkładać we wczesne miesiące wiosenne a już w sezonie, czy tak jak teraz to są tylko takie treningi podtrzymujące. Staram się co weekend wystartować w jakiejś imprezie lub zrobić jakiś dłuższy trening – dłuższy, znaczy powyżej trzech-czterech godzin, żeby przyzwyczaić stopy i siebie i chociażby tyłek do siedzenia na siodełku na rowerze. A w tygodniu staram się zawsze dwa czy trzy razy wyjść, ruszyć się. W lecie są to głównie treningi rowerowe, a zimą głównie biegowe, bo po prostu łatwiej jest biegać. Bardzo w tych wszystkich treningach pomaga nam Jacek Kozłowski, który jest stałym naszym supportem, np. jeśli chodzi o Puchar Świata w tym roku. On nam pomaga w kształtowaniu treningu tak, żeby osiągać coraz lepsze wyniki.

Czy łączysz dyscypliny w czasie treningu?

W przypadku weekendu – tych dłuższych treningów staram się to robić i staram się wówczas pobiec w nocy czy pobiec z plecakiem – zrobić jakąś imitację rajdu. Natomiast treningi w tygodniu, kiedy tego czasu nie jest za dużo, są przywiązane do jednej dyscypliny. I albo jest to jakaś rundka na rowerze, albo bieganie. Niestety ze względu na to że mieszkam w Warszawie, a reszta zespołu na południu, rzadko zdarza się nam trenować wspólnie w tygodniu – czasami Paweł jest gdzieś w pobliżu przejazdem. Wiem, że trenowanie w grupie bardzo dużo daje – staram się często jeździć na rowerze razem z chłopakami z Legionu – to jest taka warszawska grupa rowerowa. Wiem, że te treningi bardzo dużo mi dają. Natomiast niestety wokół Warszawy jest płasko wszędzie, w związku z tym zainwestowałem w tym roku w rower szosowy, bo wydaje mi się to jedyna możliwość, żeby w Warszawie rozsądnie na rowerze potrenować. No i bardzo jestem z tego zadowolony.

Jak radzisz sobie z nawigacją? Jak nawigujecie w drużynie?

To się bardzo zmienia. Do tej pory naszym głównym, a właściwie jedynym nawigatorem był Paweł Moszkowicz. Jest on z nas najbardziej doświadczony. Ma najlepszy warsztat i największe umiejętności, ale doszliśmy do wniosku, że jedna osoba nie jest w stanie przenawigować rajdu, który trwa dłużej niż dwie-trzy doby. Błędy Pawła wynikały często z jego przemęczenia. Dlatego my również tą nawigacją się zajęliśmy. Mi szczególnie przypadła do gustu nawigacja rowerowa, może dlatego że w ogóle na rowerze się lepiej czuję i mam zawsze większą rezerwę, do tego żeby jechać razem z zespołem, a mieć trochę rezerwy na myślenie. Często się zdarza, że nawigację na rowerze robię ja, natomiast na pieszym staramy się coraz częściej nawigować wspólnie. To znaczy, nawiguje jedna osoba, ale staramy się te decyzje konsultować i informować resztę zespołu. Czy weźmiemy na przykład rajd w Słowenii, w którym startowaliśmy bez Pawła i też daliśmy sobie z nawigacją radę, czy występ na Subaru, gdzie część trasy przeszliśmy też bez Pawła – naszego głównego nawigatora, nie popełniając jakichś większych błędów. Świadczy to o tym, że jakieś doświadczenie już mamy – staramy się je kształcić, pogłębiać. Chociażby nasz start i wygranie Odysei Ciężkowickiej pokazuje, że już jakoś sobie z tą nawigacją radzimy.

Jak przygotowujecie się do Mistrzostw Świata?

Dopiero kilka dni temu okazało się, że pojedziemy z Filipem, dlatego te przygotowania trochę zmieniają formę. Na pewno wystartujemy w GEZnO, które będzie ostatecznym sprawdzianem formy i naszego zgrania, co prawda w dwójkach, ale zawsze jakiegoś. To zawsze tak jest, że treningiem czysto wydolnościowym zajmuje się każdy. Potem spędzimy jeden weekend w wysokich górach – w Tatrach, mniej dla aklimatyzacji, a bardziej dla przyzwyczajania się do poruszania w terenie wysokogórskim, natomiast głównie to przygotowanie sprowadza się do załatwiania formalności i różnych biurokratycznych spraw, kompletowania sprzętu i załatwiania biletów, co niestety nie sprzyja treningowi. Ale to już jest taki okres, że albo się tą formę ma albo nie ma. Już zbyt wiele zrobić się nie da.

Jaki skład?

Taki jak zawsze, ale zamiast Pawła jedzie Filip Pawluśkiewicz.
Magda Łączak, Paweł Dybek, Filip Pawluśkiewicz i ja.

Kto będzie głównym nawigatorem?

Nie będzie w ogóle takiej funkcji – myślę, że na rowerze będę głównie nawigował ja, a pieszo więcej może Flekmus. Ale nie mianujemy nikogo na pierwszego oficera.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Dziękuję.

 

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany