[size=x-large] Na gościnnych występach – Ścigaj się, jeśli tylko chcesz! [/size]

[size=large][b]Tieto Enator Adventure 2004 – Szwecja [/size]

Michał Kiełbasiński wraz z Bergson Kompas Adventure Team [/b]


Spotykamy się w Gdańsku. Agnieszka, Piotr, Paweł – wszyscy z Bergson Kompas Adventure Team, nasz support Maciek „Sokół” Sokołowski i ja. No i dotyka nas pierwsza klęska. Klęska urodzaju. Samochód, którym wjedziemy na prom, a później potniemy 600 km na północ Szwecji, jest tak wielki, że się nie ograniczamy i zabieramy ze sobą duuużo różności. Chwilami to mi się wydaje, że dużo za dużo…

Na promie Aga boi się sztormu. Nie zniesie tego ciągłego bujania. Perspektywa perypetii żołądkowych naszej partnerki wprawia resztę w szampańskie humory (W końcu jesteśmy zespołem!). Roztaczamy przed nią wizję setek papierowych toreb i fachowo radzimy korzystać zawsze z zawietrznej. Po okrzyku: „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego” nasze kroki kierujemy do pokładowego sklepu. Spoglądamy na ceny. Jeszcze raz uważnie spoglądamy. Witajcie w Unii! Spokojnie możecie zapomnieć o przymiotniku „bezcłowy”. Taka mała przeciwność losu na pewno nas nie zrazi! Ze sklepu z pełną siatką prosto na lufę (to jest rufę). Będziemy omawiać taktykę. W miarę ustalania strategii pokładem chybocze coraz bardziej.

No skoro ceny na promie unijne, to rzeczywiście poczułem się pełną gębą obywatelem wspólnej Europy. Podczas kontroli paszportowej podsuwam szwedzkiemu celnikowi mój nowiutki plastikowy dowód osobisty. – Paszport proszę! To jest nieważne! – pada szybka odpowiedź. Ech! Jest ważne. Tylko, że poza nami, nikt jeszcze o tym nie wie.

Jezu, jak tu czysto! To pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy w tym skandynawskim kraju. Przez setki kilometrów dróg, żadnych papierków, żadnych śmieci. Nawet źdźbła trawy na polach zdają się być ułożone równiutko, w jednym kierunku. Domki jak z bajki, albo z kiczowatego obrazka. Śliczne, zadbane, drewniane pudełeczka. Niemal wszystkie pomalowane na charakterystyczny wiśniowo-brązowy kolor z białymi ramami okien. Nikt się nie wyłamuje. Widać taka tradycja, której tutaj wszyscy są wierni. Wszystko to tonie w dziesięciu odcieniach zieleni wszechobecnych lasów. Efekt jest powalający. Próbuję sobie wyobrazić naszego Pawlaka, któremu ktoś sugeruje barwę zabudowań. Z miejsca walnąłby fasadę na pistacjowo, albo w biało-czerwone paski. Po drodze na przemian deszcz i słońce, oberwanie chmury, a za chwilę żar z nieba. Eche! Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Szwecja zaskoczyła nas jeszcze jednym. O tej porze roku zmrok zapada tu po północy. Świtać zaczyna krótko po trzeciej nad ranem. Cóż, wystarczy jeden komplet baterii.

– Zdaje się, że to nie będą wczasy – podsumowuje swą obserwację „Herci” taksując wzrokiem przyszłych uczestników zawodów. Faktycznie, nikt tutaj nie wygląda na przypadkową osobę z ulicznej łapanki. A zobaczcie jaki sprzęt mają! – zachwyca się Aga. – I z ich zachowania, po każdym niemal ruchu widać, że to zawodowcy – dorzuca z przekonaniem Paweł. – To tak, jak my. – podsumowuję cichutko, a mój cienki głosik ginie w narastającym gwarze zbierającego się przed wieczorną odprawą tłumu. Teraz siedzimy już od półtorej godziny słuchając (jak świnie grzmotu) prowadzącego spotkanie. Ciekawy język ten szwedzki! Jak dla mnie to skrzyżowanie węgierskiego z chińskim. Równie dobrze mogliby opisywać pokazywane na rzutniku wykresy i wyjątki z trasy po staroaramejsku. Robimy mądre miny, choć głowy coraz bardziej ciążą. Po chwili z letargu wyrywa mnie kuksaniec Agi, celnie wymierzony w żebra Piotrka. – Nie chrap! – syczy – Nie wypada! Dopiero podczas prezentacji ekip przedziera się błysk zrozumienia. – Bergson Kompas Adventure Team from Poland! I nagle wielkie owacje! Podnosimy się z krzeseł nieśmiało, a oklaski nie milkną. Aaaale miło! A przed campem na wielkich stalowych masztach powiewa pięć flag. Na porywistym wietrze wyprostowane jak do apelu. Cztery podobne do siebie – na jednobarwnych tłach kolorowe krzyże (Danii, Szwecji, Norwegii i Finlandii). Ta piąta – biało-czerwona.


Długa trasa, dużo przepaków, dużo taktyki. Tak w skrócie można opisać nasze zmagania. I chociaż kiedyś jeden z organizatorów polskich zawodów (których już nie ma) tłumaczył wszystkim zawzięcie, że bieganie od samego początku, na tak długiej trasie to głupota, wszystkich tutaj można nazwać „głupcami”. Tak jak na innych zawodach: w Szkocji, Austrii, Chorwacji, na X-adventure i tu od początku wszyscy biegną, a tempo jest bardziej niż konkretne. Na każdym etapie kilka arkuszy map. Trzeba tylko uważać na skale. Pełny przekrój: 1:4000, 1:10000, 1:15000, 1:30000. Są i „czterdziestki” i „pięćdziesiątki”. Śmiejemy się, że na „czwórkach” można nawet dostrzec wielkość żwiru na szutrowych alejkach. Przestawić się w locie z jednej skali na drugą wcale nie jest łatwo. Na szczęście Piotrek nie ma z tym żadnych problemów. Oby tak dalej, gdy przyjdzie zmęczenie.

Bieganie przeplata się z odcinkami rowerowymi i canoe. Wielkie aluminiowe trumny z krótkimi pagajami sprawiają na początku trochę trudności. Przyzwyczajeni jesteśmy raczej do technik kajakarskich. Tu podwójne wiosła są zabronione. Pierwszych sto odepchnięć i nasze krypy zaczynają płynąć tam gdzie my chcemy. W tym samym momencie my przestajemy płynąć tam, gdzie one chcą. Oczywiście od samego początku „droga” wiedzie pod prąd. A na tej drodze zadania linowe. Na próżno jednak szukać uprzęży, czy „małp”. Gruba sizalowa lina przywodzi na myśl młodzieńcze zmagania z zajęć „wuefu” Z dryfującego canoe po linie na górę, na most i po drugiej stronie w dół. Tylko trafić z powrotem do łódki, bo jak nie to będą rundy karne. Dobrze też było by trafiać bez specjalnego impetu. Żadnych zabezpieczeń, żadnego wahania. I choć, jak mawiają: „prawdziwa buła techniki się nie boi”, to my razem z Piotrem profilaktycznie i całkiem „technicznie” owijamy liny wokół nóg. W powrotnej drodze, (już mocno „zbułowanym” po trzydziestu kilometrach pagajowania) przyjdzie nam raz jeszcze się z tym mostem zmierzyć. Chwilowo bezpieczni w canoe mrugamy do siebie z Hercogiem porozumiewawczo. – Aga! Paweł! My drugi raz nie idziemy. Wasza kolej, powodzenia! Będzie Wam potrzebne…

Pomiędzy etapami ciekawostka. Zadanie specjalne na trenażerze symulującym pracę na łodzi wiosłowej. Siedząc na ruchomej ławeczce ciągniesz linę, która napędza koło zamachowe. Licznik mierzy czas i nabija dystans. Do „przepłynięcia” 2 km w siedem i pół minuty. „Wiosłują” wszyscy członkowie temu. Każdy, co najmniej 100m. Czas zmian na przyrządzie wliczony do ogólnego czasu zespołu. Agniecha dała popis! Miała zrobić stówę i już, a jak się spięła, jak naparła, to weszła na ambit wszystkim facetom. Moja kolej. Już po kilkunastu ruchach oczy wychodzą z orbit, a w głębi ducha cieszę się, że jestem na startowej diecie, a nie po porządnej grochówce.

Inlines, czyli rolki. Trzydziestopięcio kilometrowy etap wypada w nocy. Może to i lepiej, bo nikt nie będzie nas widział. Ćwiczyłem przed zawodami całe dwie noce po osiedlowym asfalcie (jedyny w okolicy bez dziur), kiedy umilkł całodzienny warkot przejeżdżających samochodów. Tylko czy takie doświadczenie wystarczy, żeby przeżyć?
– Jak dotrzemy na koniec tego etapu w jednym, no powiedzmy w czterech kawałkach, to nasze szanse na ukończenie rajdu gwałtownie rosną – ocenia Paweł sceptycznie taksując moją rozkraczoną pozycję „na żabę”. – No to drzemy! – dodaje, a ja sam już nie wiem, czy to pobożne życzenie, czy cieknąca szeroką strugą ironia. I o dziwo darlibyśmy zupełnie przyzwoicie gdyby nie nieszczęście – właśnie – Pawła. Jakiś „życzliwy” podsunął mu wrotki. Nowe. Ładne. Podobno bardzo dobre. Może i dobre, tyle, że nie jeździły, a prawą stopę wykrzywiały w sposób, który z ergonomią i fizjologicznym ułożeniem nie miały wiele wspólnego. Męczył się chłop okrutnie. Zmienił go na trochę Piotr, ale i on szybko złapał z tymi cackami na nogach kontuzję. Miała później dać nam się mocno we znaki. Paweł obiecał, że pokaże nam zdjęcie tego faceta od wrotek, po tym jak po powrocie pójdzie mu serdecznie podziękować. I zamiast dwóch i pół zrobiły się cztery godziny. Za to trasa – miód! Dawne tory wąskotorówki pomiędzy Karlstadem i Deje. Teraz wylane gładziutkim jak szkło asfaltem malowniczo wijącym się pomiędzy leśnymi ostępami, nielicznymi płatami pól i cudnymi oczkami jezior. Wszystko w nocnych oparach mgieł utrzymujących się nad licznymi mokradłami.

Jak jest nam ciężko i źle na trasie to rozmawiamy o kanapkach Sokoła. Ten temat nigdy nam się nie nudzi. Na każdym przepaku Sokół krząta się wokół nas jak dobra ciocia. My leżymy i dyrygujemy: „Przynieś to, zanieś tamto, przejrzyj rower, herbatka za mało słodka, a do kawy więcej mleczka. Więcej gazu do coli…” A jego kanapki to istna poezja. W każdej kilkanaście składników dobranych z artyzmem, którego mógłby pozazdrościć niejeden Makłowicz. Wchłaniamy je łapczywie i bez słowa, bo na gadanie szkoda czasu. Tylko po naszych błogo rozmarzonych twarzach czasami skapuje samotna łza. To ze wzruszenia!

W trakcie odcinków rowerowych Agniecha ma pierwszy raz na nogach espedy. I właśnie na trasie rozpoczęła bolesną naukę wypinania. Wygląda to tak jak ze ścinką w lesie. Najpierw ostatnie uderzenie w podstawę, a później wielka sosna majestatycznie i bez pośpiechu kładzie się z charakterystycznym skrzypieniem na bok. W ostatnim etapie głuche uderzenie w podłoże.
– Wypinaj się jak lecisz! – raz po raz pohukuje rozbawiony Paweł. – Kiedy ona wypina i to całkiem elegancko!– odpowiadam zza jej pleców. – Tyle, że tyłek!!! Rechoczemy obleśnie i długo. Niemal do następnej „wypinki”.

– Technicznie jest – rzuca fachowo Piotrek. Nasz nawigator ma rację. Z miejsca widać, że punkty kontrolne rozmieszczali spece od orientacji. Takich tu przecież nie brakuje. Biegi na orientację, przełaje, rolki, narty, rowery – uprawia tu niemal każdy. Sport w Szwecji jest powszechny i masowy. Widać to na każdym kroku. Czy poza rajdowcami często widujecie w Polsce ludzi zasuwających po płaskim z kijkami treckingowymi w dłoniach? To tutaj powszechny widok. Szczególnie utkwiła mi w pamięci pewna pani, tak na oko pod siedemdziesiątkę, dziarsko wymachująca kijkami. Gest pozdrowienia i zniknęła w gęstwinie. Niejeden tutejszy „amator” zawstydziłby formą niektórych naszych „zawodowców”. Czasem w trakcie jazdy na rowerach pedałuje się cholernie ciężko. W kilkunastocentymetrowej warstwie trocin, rozsypanych na całej szerokości drogi, rowery oporują jak w błocie. Pod koniec etapu dowiadujemy się, że to dla biegaczy. Żeby dojść do przyzwoitych wyników trzeba dużo trenować, a kręgosłup człowiek ma tylko jeden… Wracając do punktów kontrolnych, to umieszczono je albo w gęstwinach, albo pod zalesionymi szczytami, albo na środku bagien. Pomiędzy punktami prawie żadnej drożności (brak dróg, czy ścieżek wiodących bezpośrednio na punkt). Jedyną pomoc stanowi rzeźba terenu. Nawigator radzi sobie z tym znakomicie. Dobry jest. Czasami już tracę nadzieję na szczęśliwe zakończenie, a tu nagle przed nami wyrasta z nikąd punkt. Mała rzecz, a tyle radości. Od czasu do czasu konsultujemy, który wariant będzie lepszy. Spokojnie, rzeczowo. – Kto za? Kto przeciw? Dziękuję. – Kto się wstrzymał? Dziękuję. Większość decyzji podejmujemy przez aklamację.

Każde canoe pływać może. Jedno lepiej, drugie znacznie gorzej. Przyszedł czas na dziesięciokilometrowy odcinek spływu Lerälven zwaną przez miejscowych „rzeką morderców”. W tym wypadku morderczość nie polega na wartkim nurcie, spienionych grzywach fal, czy gigantycznych przełomach. Kręta, wijąca się niczym wściekła żmija, kilkumetrowej szerokości rzeczka z klifowymi brzegami stała się rajem dla bobrów. Co dwa, trzy metry drogę przegradzają zwalone pnie drzew, setki gałęzi i patyków. Canoe miejscami trze o kamieniste podłoże. Co chwilę wyskakujemy do wody. Wpadamy w nią raz po kostki, raz po pas. Czasem włazimy do wody, czasem na kamulce, a czasem grzęźniemy w lepkim szlamie. Dokoła noc. Powietrze +1ºC. Blachy gną się pomiędzy kłodami i głazami. Pod koniec etapu nasze łodzie bardziej przypominają zużyte i pogięte puszki po konserwach niż profesjonalne narzędzia wodniaków. Meta odcinka. Najlepsi pokonali go w niecałe pięć godzin…

Skrócili nam ostatnie rowery. Zamiast 170 – 140 km. Jakoś nie jesteśmy zmartwieni. Zwłaszcza, że etap zlokalizowano pod samą granicą z Norwegią, a tu zaczynają się niezłe góry. Potem jeszcze kolejnych 50 km canoe…
Nie dane nam było długo rozpamiętywać przygód tego rajdu. Szampan na mecie, uściski organizatorów, wspólna fotka, pięć minut na zdjęcie mokrych ciuchów i wrzucenie do wspólnego wora. Dziesięciominutowa kąpiel i jazda! Do przejechania przeszło 550 km i sześć godzin do odpłynięcia promu. Odkryliśmy kolejny wrodzony talent naszego supportu. Sokół, jak to sokół – po prostu frunął! Jak mu się to udawało w tym kilkutonowym volkswagenie z brezentową plandeką na pace nawet nie chcieliśmy patrzeć. – Jak mnie mocno przygniatało do ściany – relacjonował później Piotrek, który okupował przednie siedzenie – to otwierałem oko. Tylko na moment. Nawet gdybym nie padał ze zmęczenia, to po tym, co przez tę krótką chwilę widziałem starałbym się błyskawicznie z powrotem zasnąć! Trzydzieści kilometrów przed celem pojawia się radiowóz. Chwilę jedzie za nami, po czym nakazuje zjechać na pobocze. Policjant bardzo uprzejmy, ale stanowczy. Kontrola dokumentów, dmuchanie w balonik. W końcu zadaje pytanie: – Co, spieszycie się? – Tak bardzo! Na prom! Mamy jeszcze tylko 20 minut! – Przekrzykujemy się nawzajem. – Wiecie – opowiada funkcjonariusz z uśmiechem – Od pewnego czasu dostajemy telefony od lokalnych mieszkańców, że na trasie pojawił się jakiś „red crazy polish car” łamiący wszystkie możliwe przepisy. – Nieprawda! – oburza się Sokół – Nie wszystkie! – O.K. jedźcie. Mam nadzieję, że zdążycie – zaskakuje nas na koniec policjant. Zdążyliśmy.

Mógłbym Wam teraz jeszcze długo i rozwlekle opowiadać, jacy, to my byliśmy twardzi, jak tygodniami przygotowywaliśmy się do tego występu. Jak było ciężko, jak bardzo pod górę, z jakim poświęceniem darliśmy do przodu przelewając pot i krew. Mógłbym roztaczać wizję walki z monstrualnymi przeciwnikami, którzy zbudowani niczym cyborgi nie musieli przez całą trasę ani jeść, ani pić. Powiedziałbym wam o przyjaźni, braterstwie i o tym, że wszyscy w zespole traktowaliśmy się jak równorzędni partnerzy. Ale to możecie przeczytać w pierwszej z brzegu relacji rajdowej. Choćby nie wiem z jak fascynującego i egzotycznego zakątka świata pochodziła…
…A my po prostu zebraliśmy się w sobie po północy i przytuptaliśmy na metę na piątym miejscu. I było pięknie!.


[i]Wraz z organizatorami na mecie rajdu[/i]


P.S. Ta nieco dziwna dla nas nazwa rajdu skłoniła całą ekipę do błyskawicznego konkursu na nasz krajowy odpowiednik. Były różne propozycje – od „Taki Amator” do
„ Mnie to łopatą”. Bezkonkurencyjna okazała się propozycja Agi:
„Tata Wibrator ”!

Z gościnnych występów relacjonował
Michał Kiełbasiński
Foto. Maciej „Sokół” Sokołowski

[b]Zobacz również[/b]


[b][url=/xoops/modules/xcgal/thumbnails.php?album=14]Galeria zdjęć z wyprawy[/url]

[url=/xoops/modules/news/article.php?storyid=184]Relacja na żywo[/url]

[url=/xoops/modules/news/article.php?storyid=182]Zapowiedź[/url]

[url=www.multisport.org]Strona rajdu (po szwedzku niestety)[/url]
[/b]

O Autorze

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany