O wymykaniu się z rzeczywistości na sześć godzin, 665 schodach, złośliwych kamieniach, walce o trzecie miejsce i karmieniu piersią opowiada Patrycja Dettlaff.

Nie planowałam tego, samo wyszło. Bąbelek ma już skończone półtora roku, a ja wciąż karmię go piersią i biegam. O tyle o ile Osesek odstawił się sam w wieku 9 miesięcy z sobie tylko znanego powodu i to ja walczyłam o to, aby przez jakiś czas jeszcze mu to swoje mleko do kaszek i innych posiłków przemycać, o tyle Bąbelek jest zupełnie innym dzieckiem. Przychodzi do mnie wlokąc za sobą dużego pluszowego pieska, bierze mnie za rękę prowadzi do poduszki-rogala do karmienia i mówi z tym swoim rozbrajającym uśmiechem :

– Cyś!

No i jak tu mu odmówić? Nie odmawiam. Kolejne biegi przynoszą więc wciąż ten sam problem jak to zrobić, aby był Bąbelek syty i matka szczęśliwie zmachana?

Przykładowo do Rytra na Visegrad Ultra 55+ zapisuję się tylko dlatego, że z miejsca, gdzie mogę Bąbelka zostawić u dziadków, mam dobry i szybki dojazd pociągiem, wyjeżdżam na jeden dzień, przyjeżdżam wieczorem dnia poprzedzającego, śpię, biegnę i wracam czym prędzej po biegu. Kiedy wchodzę do rodziców w środku nocy, moje dziecko smacznie śpi. Po chwili jednak przebudza się i cieszy na mój widok. Padamy sobie w objęcia, karmię Bąbelka, zasypiam. Uff, jest happy end!

Osty

Mijają dwa tygodnie, a we mnie znów do głosu dobijają się góry. Tym razem postanawiam jednak, że nic nie będzie na wariata. Supermaraton Gór Stołowych to bieg dla mnie szczególny. Miejsce nie jest byle jakie, bo to, od którego wszystko 5 lat temu się zaczęło. Cała moja miłość do sinusoidalnego biegania i choć mam już za sobą 4 edycje tych zawodów, Góry Stołowe nigdy mi się nie nudzą. Udaje mi się namówić moją Szybszą Połowę na wspólny wyjazd, z którego każdy będzie miał coś dla siebie. W tym roku dołożono bowiem małe after party w postaci trasy LIGHT dzień po. Jest jednak jeden warunek – wyjazd bez dzieci. W pierwszej chwili buntuję się i jestem lekko przerażona Nie przecież to są dwa dni, to się nie może udać. A jednak wierzę, że niemożliwe są tylko takie rzeczy, których nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Nie pozostaje mi więc nic innego jak planowane szaleństwo. Znów ten sam scenariusz – Bąbelek wieczorem w przeddzień biegu zostaje u dziadków. Tyle, że w związku z tym wyjeżdżamy do Pasterki na noc, licząc, że dojedziemy na 1:40 – 2 w nocy. Pakuję kanapki na drogę, jeszcze woda i jedziemy. O bankomat nie zahaczamy, szkoda nam czasu. Jazda na zmianę upływa nam nawet dość szybko, na miejscu jednak reflektujemy się, że brak gotówki może być poważnym problemem. Udaje się na szczęście w hotelu załatwić wstępne formalności na ładne oczy. Jest klucz pokój i prysznic, z którego leci tylko zimna albo gorąca woda. Jest nawet lampka nocna, ale przypominam sobie, że przecież śpię bez dziecka i mogę całkowicie zgasić światło. W pokoju nastaje ciemność, a ja jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, nie mogę zasnąć. Myślę o dziecku, o biegu, o tym, że dwa tygodnie temu sponiewierałam się na 58 kilometrach z mniejszym przewyższeniem niż to 2200 m w pionie na 50 km tutaj, i właściwie po co znów sobie to robię? Ostatecznie jednak wygrywa potrzeba snu.

***

O poranku wychodzę czym prędzej, gdyż muszę jeszcze odebrać pakiet. Trzeba było wstać wcześniej, ale nie ma tego złego, prawie całą ekipą śpimy w jednym miejscu, więc wyprawa na start mija nam na wspólnych pogawędkach. Sympatyczny stomatolog dziecięcy Damian martwi się swoją mopsiczką, która przed wyjazdem zżarła mu żel z kofeiną. Zawsze uśmiechnięta Karolina obawia się jak turbo matka wariatka Pela pobiegnie prawie nic nie widząc (z powodu zapalenia rogówki tuż przed startem), a sam trener zwany Mistrzem, jak zwykle zdaje się niczym nie przejmować i ma totalny luz. Po szybkim załatwieniu formalności w biurze decyduję się jeszcze na kawę i marsa, i otwieram tym samym dyskusję o zdrowym odżywianiu… – Ja już wiem co trzeba jeść na śniadanie żeby bić rekordy trasy – chwali się Damian.

– Co, co ? – pytamy zaciekawieni.

– Cały słoik nutelli!

Ufff, czuję się choć trochę usprawiedliwiona jedząc tego marsa i zastanawiam się czy na pewno starczy mi żeli. Pogoda jest dość łaskawa żeby nie powiedzieć, że jak na te zawody w tym roku jest nawet dość zimno. Mając w pamięci ponad 6 godzin biegu w deszczu 2 tygodnie temu i brak kurtki, czuję się lekko nieswojo i zaczynam szukać na niebie najmniejszych oznak nadchodzącego deszczu. Nie ma już jednak zbyt wiele czasu na chodzenie z głową w chmurach i zaklinanie pogody bo za 15 minut start. Tłumnie idziemy do bramy startowej pod schroniskiem Pasterka. Turbo matka wariatka mówi, że nie spodziewała się tu aż tylu kobiet, w sumie ja też nie, będzie co ma być, myślę sobie. Na starcie spotykamy jeszcze jedną parę górali od nas z drużyny, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na starcie i już słychać w tle końcowe odliczanie.

Na starcie SGS

***

Ruszamy! Jak na miejsce na końcu świata do walki zagrzewa nas całkiem spora grupa kibiców. Pierwsze metry z górki pozwalają nabrać rozpędu, a ja zdaję sobie sprawę, że dziewczyny ustawiły się za mną. Staram się nie przesadzić z tempem na starcie, co mam w zwyczaju, ale co zrobić gdy nogi same niosą,. Już na pierwszej górce czuję, że mam dobry dzień i staram się tego nie zepsuć zwalniając trochę. Dziewczyny jednak odskakują wchodząc mi tym samym na ambicję. Zrównuję się z inną góralką z drużyny – smukłą Ewą, chwilę biegniemy razem jednak już na pierwszym zbiegu Ewa daje mi popis swoich możliwości znikając z pola widzenia za najbliższym zakrętem. Nie odpuszczam jednak. Kolejne, póki co jeszcze – pagórki – łykam w pełnym biegu. Im bardziej kręta i wyboista trasa, tym dla mnie lepiej. Z tyłu głowy mam jednak doświadczenia poprzednich edycji, że zbyt beztroskie skakanie po skałkach na początkowym odcinku może skończyć się źle w dalszej części trasy. Zachowuję więc szczyptę rezerwy. Mimo takiego zachowawczego podejścia, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu, cały czas przesuwam się do przodu w stawce biegu. Doganiam matkę wariatkę zwaną Pelą, jak na bieg w okularach, w których od lat nawet nie chodzi i opuchnięte oczy radzi sobie wspaniale. Ale i tak jej współczuję, bo wiem, że stać ją na znacznie szybsze tempo. W tych okolicznościach musi jednak biec bardzo ostrożnie. Kawałek przed nią biegnie z uśmiechem od ucha do ucha – Karolina. Kiedy się zrównujemy od razu łapiemy wspólny klimat biegu. Raz ona biegnie z przodu, raz ja, i tak aż do pierwszego punktu na 8. kilometrze. Przez matę przebiegamy praktycznie jednocześnie. Ja upijam ciut wody z bidonu i uzupełniam jego zawartość, organizator dbając bowiem o piękno przyrody i nawiązując do zagranicznych standardów zrezygnował z plastikowych kubków, co uważam za słuszną decyzję. Karolina ma w plecaku jeszcze sporo wody więc ogranicza się do pomarańczy i czym prędzej opuszcza punkt.

Po chwili doganiam ją i znów biegniemy razem. Na zegarku mamy niespełna godzinę biegu. Właśnie wyszło słońce i pierwsze krople potu spływają mi po czole. Znów odzywa się we mnie hamulec bezpieczeństwa. Rok temu na tym odcinku byłam kilkanaście minut później.

– Powiedzieć jej czy nie powiedzieć, że biegniemy chyba ciut za szybko – zastanawiam się. Patrząc jednak jak Karolina zachwyca się każdą górką powtarzając:

– Ale fajnie! – odkładam sobie tę myśl na potem. Cieszę się, że mam towarzyszkę biegu. Zwykle walczę sama i wydawało mi się, że tak wolę. Teraz jednak odpowiada mi ta sytuacja i, co najważniejsze, żadna z nas nie stara się na siłę sztucznie podtrzymać tego stanu, po prostu pasuje nam to samo tempo.

Po ok. 11 km doganiają nas znajomi Karolinie biegacze, zamieniają z nami kilka słów i biegną dalej, a my za nimi. Chwilę później jeden z nich rzuca:

– Słuchajcie, nie widzę tasiemek…

Choć jestem przekonana, że dobrze biegniemy, rozglądam się wokół i też ich nie widzę. Mimo że byłam przekonana, że 5. raz mogłabym przebiec tę trasę z zamkniętymi oczami, popełniam prosty błąd patrząc na biegaczy przede mną, zamiast na taśmy trasy. No to jesteśmy w lesie! Dosłownie i w przenośni. Na dodatek jest to czeski las. Zbiegam kawałek żeby zobaczyć czy dalej są taśmy, ale gdy odwracam się i wołam:

– Karolina?! – odpowiada mi tylko śpiew ptaków.

– Ale refleks –  mówię do siebie, bo znów jestem sama.

SGS Patrycja Detlaff

Na szczęście okazuje się, że nadrobiłyśmy tylko jakieś 200 m i szybko wracam na właściwy szlak. Przed oczami śmiga mi Pela w pełni skupiona na nierównych kamieniach, reflektuję się więc, że jestem w plecy o jakieś 2 minuty. Nie jest źle myślę i zaczynam odrabiać straty. Mimo, że biegnę teraz naprawdę dobrym tempem i ścinam wszystkie zakręty jak tylko się da, po Karolinie ani śladu. Na szczęście do 2. punktu jest już rzut beretem. Mam nadzieję, że może tam ją spotkam i znów będziemy razem biec. Tymczasem zamiast Karoliny w punkcie dostrzegam uśmiechniętego Damiana. Zjadam kilka ćwiartek pomarańczy i lecę dalej. Po chwili doganiam kolegę z drużyny.

– Jak Ci się biegnie? – pytam.

– Nie najlepiej, odbiłem sobie stopy na kamieniach, zły wybór butów – dodaje.

– Aaa, no to trzymaj się.

Biegniemy obok siebie jakiś czas, ale na długim kamienistym zbiegu odrywam się na kilkanaście metrów zupełnie tego nieświadoma. Gdy zbieg się kończy i zaczyna podejście, słysząc kroki za mną mówię do Damiana

– No to teraz z pół godziny pod górę.

Odwracam się i widzę, że zamiast kolegi biegnie za mną ktoś inny. Po raz kolejny walczę sama pod górę idzie mi to nawet całkiem nieźle. Zegarek odliczył mi już 22 km więc wiem, że do 3. punktu w Pasterce jeszcze jakieś 6 km. Zjadam żel i popijam go wodą. Słońce też walczy choć zaczyna mieć już jakby mały kryzys. Na szczęście nie pada i jest ciepło. Choć zdecydowanie wolę biegać jak powietrze jest tak gorące, że parzy w płuca, nie narzekam. Obecna aura daje odetchnąć, momentami na bardziej płaskich odcinkach, kiedy to nic się nie dzieje. Tak mija mi droga do Pasterki. Gdy znów słyszę wiwatujący w tym miejscu tłum kibiców, w oddali dostrzegam niewyraźny zarys sylwetki dziewczyny przede mną. Wiem, że biegła przed nami jako trzecia kobieta, a więc to znaczy… Tak! Karolina wyprzedziła ją i jest trzecia! Choć zaczynam już powoli czuć pierwsze trudy biegu, ta nowina podnosi mnie na duchu. Dodatkowo wiem, że jeśli dziewczyna przede mną jest w zasięgu wzroku to z pewnością jest też w zasięgu moich nóg. Trzeba tylko i aż, jak na tą cześć biegu, szybciej tymi nogami przebierać. A to, jak to zwykle bywa, jest prostsze w teorii niż praktyce. Widzę konkurentkę jeszcze na łące, ale gdy znów wbiegamy do lasu znika bez śladu. Dobiegam do agrafki, gdzie łączy się trasa w dół do wodospadów z trasą pod górę na Mały Szczeliniec i tu zaskoczenie. Spotykam starego dobrego znajomego komandosa od biegów ultra z urwaną nogą, z którym niegdyś pojechałam na najbardziej odległą i męczącą wycieczkę biegową do Chamonix. Witamy się z uśmiechem i każde z nas biegnie dalej w swoją stronę.

Odcinka trasy, który mam teraz przed sobą wybitnie nie lubię. Zbieg jest tu stromy i wredny, a po 30 km mocnego napierania zwykle w tym miejscu mam już dość drewniane nogi. Oczekuję, że za chwilę spadnie na mnie jakaś ściana płaczu, ale nic takiego się nie dzieje. Zbiegam wciąż dość sprężystym krokiem. To jednak nie koniec atrakcji w tym miejscu, bo trzeba się jeszcze wdrapać z powrotem na górę. Maszeruję żwawym krokiem przysłuchując się rozmowie dwóch biegaczy przede mną:

– Trzeba było sprawdzić profil trasy biegu jak się zapisywałem…

– To najcięższe podejście, później będzie już dużo łatwiej – pocieszam.

Biegacz chyba czuje się nawet pokrzepiony, dziękuje za informację gdy go mijam, szorując jak wszyscy nosem po kamieniach. Pomimo pełnej pokory pozycji idzie mi jednak całkiem nieźle. Według zegarka upływają mi właśnie 4 h biegu, a do mety mam jeszcze jakieś 16 km. Chyba nawet idę na swój rekord!

Patrcja Detlaff na SGS Fot LukszBuszka

***

Zbiegam do punktu na 35. kilometrze i oczom moim ukazuje się upragniona cola. Tak, cola i pomarańcze to zestaw obowiązkowy w tym miejscu. Nigdzie tak nie smakują te dwie rzeczy jak na 35. km SGS-u. Wielokrotnie podczas dłuższych treningów, gdy łapię zmułkę, przypominam sobie ten smak, to orzeźwienie. Tym razem nie mam jednak czasu delektować się chwilą, gdyż oto do punktu razem ze mną wbiega inna kobieta. Niczym kolejka ludzi z koszykami w markecie w przeddzień długiego weekendu, rzucamy się w dalszą część drogi jak do nowo otwartej kasy, i żadna nie chce odpuścić. Na łagodnym zbiegu prowadzącym przez łąkę, blondynka z kucykami przyspiesza próbując mnie odstawić. Nie poddaję się i trzymam tempo, chociaż coraz mniej jest mi do śmiechu, a bliżej do rozpaczy. Patrzę na zegarek 5:00, 4:40, 4:30, 4:10 min/km. Wpadam w lekką panikę – nie no, szybciej nie dam rady. Odpuszczam i zostaję dwa kroki za nią. W tym samym momencie słyszę jak ktoś z mijanych kibiców krzyczy w moim kierunku:

– Brawo! Świetnie ci idzie!

– Tak, bardzo świetnie – cedzę przez zęby sama do siebie.

Mając świadomość, że do mety zostało 15 km, a ja właśnie spadłam na 6. pozycję. Upadam nieco na duchu, ale nie przestaję gonić. Po około 2 km teren wyrównuje się, po czym znów zaczyna lekko unosić. Biegniemy w słońcu przez wysoką trawę, która przyjemnie masuje łydki. Godzę się z zaistniałą sytuacją – jestem 6. i właśnie wtedy staje się cud. Wybiegamy na asfaltowy zakręt drogi prowadzący na podejście pod Ostrą Górę i widzę przed sobą nie jedną, a dwie dziewczyny, na dodatek obie idą. Teraz albo nigdy! Rzucam wszystko na jedną kartę i ruszam w pogoń za nimi mając w pamięci w miarę łagodny podbieg w dalszej części drogi, już pod Błędne Skały. Wyprzedzam pod górę obie dziewczyny i jeszcze kilku innych biegaczy.

Nie zwalniając tempa biegnę dalej pod górę ile się da. Jeden z chłopaków dołącza do mnie i biegniemy razem. Za pięknym widokowym punktem czeka już na nas 5., ostatni punkt na 42. kilometrze. Na zegarku mam jakieś 5:18, to jednak nic nie znaczy w obliczu dość trudnego technicznie kolejnego odcinka najeżonego kamieniami, które wyglądają jakby ktoś je tak złośliwie poukładał. Zbieram się w sobie próbując szybko opuścić punkt odżywczy i wtedy dostrzegam przed sobą Karolinę. Jestem lekko zaskoczona, olewam wodę i z pustym bidonem ruszam na ostatni odcinek trasy. Koleżanka z drużyny nie wygląda dobrze, ale cieszy się na mój widok. Biegnę w jej kierunku mając nadzieję, że gdy się zrównamy znów zaczniemy wspólną walkę. Nieoczekiwanie Karolinie towarzyszy moja Szybsza Połowa. Jak się okazuje wybrał się akurat na przebieżkę i spotkał w tym miejscu koleżankę z zespołu. Doganiam Karolinę, a ona każe mi biec dalej, mówię:

–  Chodź, biegniemy razem, pudło będzie nasze!

Ale w jej oczach widzę tylko wyraźny spadek mocy. Mając w pamięci dwie dziewczyny, które przed chwilą wyprzedziłam biegnę dalej co sił w nogach zostawiając Karolinę pod dobrą opieką. Moja Szybsza połowa krzyczy za mną:

– Minuta straty do 2. kobiety!

Po raz pierwszy dostrzegam swoją szansę na pudło w tym biegu. Choć zwykle w tym miejscu łapią mnie już skurcze, wydobywam resztki sił próbując oszukać ciało, że wcale nie jestem zmęczona. Doganiam drugą kobietę po ok 1 km, gdy zatrzymuje się, aby zjeść żel. Dziewczyna natychmiast orientuje się w sytuacji i zaczyna mnie gonić. Dopóki jest nierówno i pod górę idzie mi w miarę nieźle. Cały czas jednak czuję oddech rywalki na karku. Na zbiegu podkręcam tempo ile mogę, ale ona wciąż się trzyma, z przerażeniem czekam co się stanie na asfalcie, który nie jest moją mocną stroną. Biegniemy ramię w ramię przez Karłów i żadna nie chce odpuścić, już wiem, że wszystko rozegra się na schodach. Na podbiegu tuż przed schodami czuję, że puchnę i zaczynam słabnąć, a jednak za mocno. Na schody wpadam 10 m za Beatą. Nogi mam jak z waty i zawisam na barierce co schodek, a przede mną 665 takich schodków. Droga pod górę zdaję się nie mieć końca. Już wiem, że jej nie dogonię, ale walczę chociaż o czas przed chwilą wybiła mi szósta godzina biegu, co oznacza, że będę na mecie prawie godzinę szybciej niż rok temu. Turyści na schodach dopingują. W pewnym momencie ktoś krzyczy:

– Uważaj, goni cię!

Odwracam się z przerażeniem za siebie, lecz widzę tylko rząd schodów. Na szczęście to tylko głupi żart bądź próba zmobilizowania mnie na końcówce. Nic tak jednak nie mobilizuje jak ostatnia tabliczka z napisem 250 m +3 m. Nie pamiętam kiedy ostatnio 3+ tak mnie ucieszyło. Zaczynam finisz ze łzami w oczach, mijam bijącego mi brawo przyjaciela od najdłuższej biegowej wycieczki i wpadam na metę na ugiętych z powodu skurczy nogach.

Jest!

Zrobiłam to!

Choć jeszcze w to nie wierzę, łapię się za głowę i analizuję co się stało. Wskoczyłam na 3. stopień podium Supermaratonu Gór Stołowych, pobijając swój zeszłoroczny wynik o 51 minut. Czas 6:06:52 to minuta starty do drugiej kobiety, lecz nie mam w ogóle o to żalu po prostu wiem, że obie dałyśmy z siebie na tym ostatnim odcinku wszystko. A ona była o tę minutę lepsza. Podchodzi do mnie trener, któremu po raz kolejny udało się pobić rekord trasy i oczywiście wygrać całe zawody. Gratulujemy sobie nawzajem, a ja wciąż jestem jakby nieobecna. Śmieję się, płaczę i jem żelki w nieskończoność.

Po chwili na metę wpadają kolejne kobiety: blondynka z kucykami, potem ta dziewczyna, którą dogoniłam w Pasterce. Karolina jest 6. kobietą w swoim debiucie ultra, a Pela moja bohaterka, pomimo tego, że nie widziała dobrze żadnego z miliona kamieni (a może właśnie dlatego) dobiega jako 10. kobieta. Damian jest tuż za nią.

To był udany bieg.

Jednak Karolina jest wyraźnie zawiedziona. Wie, że zawiodła ją logistyka żywieniowa. Rozumiem ją w pełni, ale też wiem z własnej perspektywy, że i tak dokonała wielkiej rzeczy.

Na przestrzeni 5 lat udziału w tych zawodach pierwszy raz zajęłam medalowe miejsce i wiem, że z pewnością doświadczenia poprzednich lat są tu po prostu bezcenne. Podobnie jak takie właśnie chwile, kiedy przez chmury deszczowe przebija słońce, a Ty ze łzami w oczach stoisz i się uśmiechasz. Czas się zatrzymuje i masz to tandetne poczucie, że nie chcesz być teraz w żadnym innym miejscu świecie. Nawet jeśli jesteś karmiącą matką półtorarocznego niemowlaka…

– Dają tu piwo? – pytam Mistrza.

– Nie, trzeba sobie kupić – odpowiada.

– No to sobie kupię.

Po piwie na Szczelińcu mam siłę jeszcze tylko na kluski z serem i brokułami w Szczelince oraz, rzecz jasna, na dekorację. Zdjęcie z trenerem na pudle w jednych zawodach, kolejna z tych bezcennych rzeczy, o jakich się zwykle tylko marzy.

SGS podium2

***

Padam na łóżko jak ścięta. Budzi mnie deszcz kapiący o parapet. Przez chwilę zastanawiam się czy to wszystko był sen, ale znajomy ucisk w klatce piersiowej przypomina mi, że nie karmiłam już ponad dobę. Do kubeczka ze znaczkiem „S”, który znajduję w wielkiej papierowej torbie odciągam nadmiar pokarmu.

– Chcesz mleka do kawy?  – żartuję zagadując Moją Szybszą Połowę.

On jest jednak teraz zajęty szykowaniem się na swój wielki dzień. Gdy biegnie, mam czas dla siebie. Po raz pierwszy od dawna aż tyle czasu i nic do zrobienia!

Kręcę się po okolicy, zwiedzam, robię zdjęcia i kibicuję. Posępna aura wcale mi nie przeszkadza. To, jak się chwilę potem okazuje, dla nas obojga bardzo udany weekend.

Wracamy. Odliczam godziny, minuty do spotkania z Bąbelkiem. W końcu żwawym krokiem na nie pierwszej świeżości nogach wbiegam na drugie piętro. Otwierają się drzwi i dziecko na mój widok wyciąga rączki i krzyczy:

– Ooooo cyś!

– To ty jeszcze go karmisz piersią? – pyta z lekkim oburzeniem w głosie moja mama. Po chwili dodając:

– Mogłabyś już dać sobie spokój z tym.

No cóż, bieganie po górach i karmienie piersią to z pozoru kompletnie dwa różne światy, mają jednak pewne cechy wspólne. Zarówno jedno jak i drugie czasem ciężko patrząc z boku zrozumieć i w obu przypadkach trudno jest przestać jak się zacznie. Dlatego choć jeszcze czuję nogi, jeszcze nie zeszły dwa czarne paznokcie, już planuję kolejny górski bieg. Nie musi być ekstremalnie, nie musi być super (bo trzeba by było czekać aż rok), ale na SGS na pewno jeszcze wrócę. Lubię wymykać się z rzeczywistości właśnie na te 6 godzin lub jak kto woli 50 km i dlatego Supermaraton spełnia moje oczekiwania. Nie mówię „nie” dłuższym dystansom, ale też nie upieram się, że musi być ten przedrostek „ultra” z przodu. Bieganie górskich maratonów i po prostu bycie mamą wystarcza mi do szczęścia.

Gory Stolowe

O Autorze

Patrycja Detlaff

Absolwentka wrocławskiej AWF ze specjalnością trenerską z gimnastyki sportowej. Biegać zaczęła na pierwszym roku studiów po oblaniu testu Coopera i tak jej się to spodobało, że robi to do dzisiaj. Zawodowo nauczycielka wf-u w jednej z podwarszawskich szkół. Prywatnie mama 7-letniego Olka i półtorarocznego Daniela. Pasjonatka gór i biegania po nich. Zwyciężczyni Złotego Maratonu w Lądku w 2016 r., druga zawodniczka Gorce Ultra Trail 43 km 2016, finiszerka biegu CCC (101 km) w Chamonix w 2014 r. Na co dzień treningowo związana z amatorską drużyną sportową Artura Jabłońskiego - DREAM RUN.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany