– Przed nami kolejny przepak w Smereku i najfajniejsza część trasy. Po wybiegnięciu z przepaku wpadam w konsternację, widzę gościa we fraku grającego na wiolonczeli! Przecieram oczy ze zdumienia, ale gość jest żywy, do tego gra coś z muzyki klasycznej, abstrakcja totalna, ale bardzo fajne to było i dość niespodziewane. To w przyszłym roku może jakiś kwartet smyczkowy? – Konrad Ciuraszkiewicz pogonił wespół z Kamilem Klichem Bieg Rzeźnika poniżej 10 godzin ale, że to dla tego ultradystansowego duetu ledwie niewinna przebieżka, to na rozruszanie skoczyli jeszcze na trasę Hardcore.

To był rekordowy Bieg Rzeźnika pod wieloma względami, nowy rekord trasy, rekord Hardcore’a, najwięcej uczestników, najwięcej zespołów poniżej 10 godzin na mecie etc. Ale przede wszystkim było to kilkanaście godzin bardzo fajnego biegania, dawno nie miałem tyle radości z zasuwania po górach. Tym bardziej, że zrobiliśmy z Kamilem to, co zakładaliśmy, chociaż mam trochę niedosyt, bo można było tę trasę ogarnąć jeszcze szybciej. Ale… następnym razem.

Punktualnie o 3.30 ruszamy wraz z całym tłumem z Komańczy w stronę jeziorek Duszatyńskich. Lecimy spokojnie po 4.45 min / km, dzięki temu jest koło nas pusto, czołówka pognała do przodu, a my nie forsujemy tempa i nie biegniemy w tłumie. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie popełniamy bardzo bardzo głupiego błędu, widzimy szlak na drzewie i skręcamy w boczną drogę i gnamy mocno pod górę, sęk w tym, że na drzewie była strzałka, której nie zauważyliśmy. Chyba trochę zaspani jesteśmy, bo znamy tą trasę, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób schodzimy z niej. Oj padło wtedy sporo niecenzuralnych słów pod własnym adresem. Tracimy tam kilka minut, ale co gorsza lądujemy w tramwaju uczestników i bardzo mozolnie przesuwamy się do przodu. Dopiero za przełęczą Żebrak robi się trochę luźniej, szkoda że tak zawaliliśmy początek, ale trzeba zapomnieć i robić swoje dalej. Nie gonimy, ale lecimy swoim tempem. Pogoda nam w tym bardzo pomaga, jest chłodno, czasem coś kapie z nieba, nie ma błota, nic tylko napierać. Dookoła nas bukowe lasy spowite we mgle, taka bardziej listopadowa pogoda niż letnia, a ja bardzo lubię biegać listopadową pogodą, chociaż mam nadzieję, że na połoninach zobaczymy trochę więcej. Jest fajnie jak na razie.

rzez

Docieramy do Cisnej, mamy lekkie opóźnienie w stosunku do planu, ale nie ma dramatu. Wbiegamy na przepak przy dźwiękach muzyki Wiewiórki na drzewie, muzyka na biegach to jest to. Na mnie to działa. Uzupełniamy płyny i przed nami długie podejście na Jasło, dłuży się to bardzo, widoków żadnych, wieje trochę nudą, ale koniec końców jesteśmy na górze, jeszcze tylko Okrąglik, Fereczata i będziemy na drodze Mirka, dwa lata temu nie udało mi się jej całej przebiec, tym razem jest o wiele lepiej, trzymamy tempo poniżej 5 min / km, mijamy kilka zespołów i co ważne nie męczymy się zbytnio na tym fragmencie. Przed nami kolejny przepak w Smereku i najfajniejsza część trasy. Po wybiegnięciu z przepaku wpadam w konsternację, widzę gościa we fraku grającego na wiolonczeli! Przecieram oczy ze zdumienia, ale gość jest żywy, do tego gra coś z muzyki klasycznej, abstrakcja totalna, ale bardzo fajne to było i dość niespodziewane. To w przyszłym roku może jakiś kwartet smyczkowy?:) Do mety nieco ponad 20 km, czujemy całkiem ok no i przemieszczamy się zgodnie z rozpiską.

rzez

Na połoninach pomału zaczyna się przejaśniać, udaje nam się wyprzedzić kilka zespołów, mimo że tempo nasze wcale nie jest jakieś mocne, ale widać, że wiele osób jest już mocno dojechanych. Pojawia się też coraz więcej turystów, są życzliwie nastawieni, schodzą z drogi, zachęcają do jeszcze większego wysiłku. Zdobywamy w końcu Smerek, teraz bardzo przyjemny fragment po połoninach w stronę Chatki Puchatka i dalej w dół do Berehów. Kilkaset metrów przed nami widzę kilka kolejnych zespołów, co motywuje nas, żeby nieco zwiększyć tempo, ale nie przychodzi to już tak łatwo. Na zbiegu na ostatni punkt w końcu doganiamy tych, których ścigaliśmy od jakiegoś czasu, podoba mi się ten zbieg, wąsko, korzenie, do tego schodki, wyżywam się tu na całego. Zostaje już połonina Caryńska do pokonania. Było trochę tak jak śpiewała Wiewiórka ‚oh Caryńska, coś ty mi krwi napsuła’, no nie idzie już tam tak lekko. Liczyłem, że zakręcimy się w okolicach 9.30, ale nie dało rady. W każdym razie łamiemy 10 godzin, robimy kilka minut przerwy, pomidorowa i makaron z oliwkami i cieciorką wchodzą doskonale i ruszamy na trasę Hardcore’a. Więcej przyjemności za tą samą cenę, hm nie wiem, czy to dobre hasło reklamowe, ale chcemy się jeszcze trochę zmęczyć.

rzez

I tu w zasadzie zaczyna się osobna historia i najpiękniejsze miejsca na trasie. Podejście na Szeroki Wierch jest dość monotonne, ale jak się już wyjdzie na górę, to wynagradza wszystko. Pojawia się słońce, widać jak na dłoni ukraińską część Bieszczad, eh fajnie byłoby się tam wybrać. Zmierzamy wąską ścieżką w stronę Tarnicy, dookoła est bajkowo, mało ludzi, nie musimy się już spinać, po prostu bieganie dla samej frajdy biegania, czego chcieć więcej? Przed nami teraz Halicz i Rozsypaniec, jest cudnie. Zmęczenie już spore, ale w takich okolicznościach przyrody nie zajmuje to naszej uwagi. Aż żal opuszczać połoniny i zbiegać do Wołosatego po resztkach starego asfaltu i drobnych kamieniach, i tak przez jakieś 8 km. Jeśli kiedyś będę robił Główny Szlak Beskidzki, to zacznę od Bieszczad, bo takie coś na koniec, to byłaby masakra. Z dołu możemy podziwiać część trasy, który pokonaliśmy, meta już coraz bliżej. Po 13 godzinach i 24 minutach i prawie 100 km kończymy zabawę na 3 miejscu, dostajemy Rzeźnickie piwo, lubię takie nagrody. Było kapitalnie, zdecydowanie Bieszczady mają coś w sobie. Chyba tam jeszcze wrócę.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany