PROLOG

30stopni w cieniu, prawie 8 godzin trasy za mną. Jest 21czerwca, za 4godz Polska będzie grała z Czechami mecz o być, albo nie być na Euro.. Ja po raz pierwszy w życiu nawiguje samemu.

 

 

 

Pogryziony przez końskie muchy, pocięty przez maliny, decyduję, że olewam 2 ostatnie punkty i biegnę do mety rajdu w Kluczach.

Chcę obejrzeć mecz, napić się w końcu zimnego piwka.

Tak kończę swój pierwszy solowy start z mapą.

Na mecie jest już Wojtek Stolarczyk – zwycięzca, co zgarnął wszystkie punkty

i sączy z butli w cieniu.

Dogadujemy się, że może podrzucić mnie do Zawiercia. Ekstra.

Podczas drogi wymieniamy się numerami i umawiamy, że może kiedyś wespół zespół.

 

Kilka miesięcy później, zagaduję, że jest taki rajd na północy i czy by nie chciał. Wiem, że z nawigacją radzi sobie świetnie – w końcu startuje nie od dziś.

Umawiamy się na piwo, wypytujemy o cele itd. i decydujemy na wspólny start.

 

Jest zimno, nawet bardzo – za chwilę w gminie Kaliska wystartuje pierwsza edycja rajdu przygodowego Wygoniec.

Dość ciężko podjąć decyzję jak się ubrać na pierwszy etap.

Mapy z zeszłorocznej imprezy na orientację organizowanej w tym samym miejscu

dają dużo do myślenia.

Najlepsi zawodnicy pokonywali krótką 10km trasę przez 4godziny. Punkty mylne, stowarzyszone, odbicia lustrzane na mapie to dla mnie czarna magia.

Przezornie zakładamy Dobsomy z zeszłego wieku, w końcu na zewnętrzu mróz

i nigdy nic nie wiadomo.

 

START – Nie taka mapa straszna…

 

Ufff dostajemy mapy, które wyglądają jednak w miarę normalnie. Tylko kilka punktów wyciętych i odwróconych. Będzie dobrze.

Zaczynamy oczywiście całą gromadą, co przy zasadzie rozgrywania tego etapu według narzuconej kolejności, nie daje raczej możliwości szybkiego oderwania.

Para bucha z ust, ale mrozik nie dokucza.

Na razie.

 

Na drugim punkcie mimo owczego pędu podbijania karty, staramy się poszukać go trochę dalej. Mylne punkty o których wspominał na odprawie organizator czyhają i trzeba mieć się na baczności.

No to się mamy.

Na chwile ucieka nam czołówka, ale szybciorem ich doganiamy, zaliczając przy okazji pierwsze mokradła. No i szybciej znaczy cieplej, a my lubimy kiedy cieplej.

Na chwile łapiemy się Stryków- Byków.

 

Jednego punktu okazuje się nie być, co powoduje, że dobiegają nas kolejne ekipy.

Wespół czeszemy las, bez skutku. Wpisujemy BPK i lecimy dalej, według kolejności wyszczerbionego alfabetu.

Nawigujemy bezbłędnie i na kolejne punkty wpadamy idealnie.

Większy problem sprawiają nam tylko dwa ostatnie w dołkach.

Dobre tempo wyprowadza nas na prowadzenie.

Jako pierwsi z minimalną przewagą nad innymi po około 2godzinach kończymy pierwszy etap.

 

ETAPII – Ciupiemy, ciupiemy…

 

Szybko pozbywamy się leśnego syfu z butów, grzdyl wody, zarzucamy plecaki i walimy dalej.

Czeka nas około 30km etap pieszy.

Ponieważ dostaliśmy tylko jedną mapę na zespół, dzierży ją ten, który potrafi ją szybko czytać- czyli nie ja.

Bez mapy czuję się trochę jak kołek, wymyślam więc sobie, że będę chociaż pilnował byśmy jedli, pili i nie zjadły nas wilce. Co chwilę oglądam się do tyłu, czy aby nie widać nadciągających rywali.

Wydaje się nawet, ponieważ przebiegi prowadzą prostymi drogami, że przewaga spora, bo za nami ciemno.

Wojtek to góral, więc nie biega tylko ciupie, a że stanowimy team, do ciupania dołączam się i ja.

No to ciupiemy, ciupiemy.

Ominięta przecinka przed 2 punktem sprawia, że tracimy kilka minut.

Całą przewagę diabli wzięli. Światła na horyzoncie.

No i znalezienie drugiego punktu nie jest takie proste.

Drepczemy po bagnisku,a lampionu nie ma. Ponieważ zdążyliśmy się lekko wykąpać w pobliskich mokradłach i w butach już chlupie, a tempo siada i mróz coraz większy, zaczyna nami troszkę telepać.

Sześć osób bezowocnie czesze teren.

Dzwonimy do orga, z pytaniem czy punkt w ogóle istnieje. Dochodzą kolejne ekipy.

Lampion niczym średniowieczny zamek warowny otoczony fosą stoi na wyspie. Nijak ma się to do miejsca na mapie. Żeby się do niego dostać trzeba wejść w wodę po pas. Fajnie.

Wojtek decyduje polecieć, ja dygoczę na brzegu. Ali z zaprzyjaźnionego zespołu LDZ też chyba ciepło nie jest. Napomina coś o ciepłym łóżku.

Ale prawdziwe przygody – bo to przecież rajd przygodowy- dopiero przed nami.

Przed nami wszystkimi.

 

W ramach rozmrażania mocno ciśniemy .

Pomimo, że po raz pierwszy w życiu gram w paintballa – zadanie specjalne na punkcie numer 3 wykonujemy bardzo sprawnie. Nieodkryta we mnie wcześniej zapalczywość na placu boju zostawia ślad na głowie naszego zadaniowego rywala. Mam lekkie wyrzuty sumienia, że akurat w nieosłoniętą część głowy musiałem go trafić. Po skończonym zadaniu dochodzą nas 2 ekipy. Mamy jednak świadomość 15min przewagi- bo tyle mniej więcej czasu potrzeba na to zadanie.

 

Długie, proste przeloty z punktu na punkt działają troszkę usypiająco.

Z monotonii rytmicznego biegu wyrywa mnie dopiero nocne widmo, a raczej piechur,

który o drugiej w nocy nagle wyłania się na leśnej ścieżce. Niezły spacerowicz, myślę,

bacząc czy nie trzyma jakiej siekiery za pazuchą wojaka.

 

Lampion nr 4 nie istnieje, ale bystre oczy dostrzegają perforator. Mamy go .

Mały problem mamy tylko ze znalezieniem punktu numer5 na podmalarskich mokradłach.

Wybieramy azymut na pola i tylko dzięki doświadczonemu nosowi nawigatora odnajdujemy świetnie schowany na bagnisku lampion.

Ciupiemy dalej. W nogach już troszkę jest, w moich butach też.

Przez łąki, przez zmrożone pola pędzi … no drepcze dwóch gości.

Czując zbliżający się koniec etapu, nie decyduję się na zdjęcie buta

i poprawienie obcierającej skarpety.

Jestem w końcu tylko kołkiem.

Czasem zastanawiam się, co myślą mieszkający w mijanych domostwach ludzie, których nocą zbudziło ujadanie psów. Zbliżające się w ich kierunku śmiesznie ubrane postacie ze światełkiem na głowie mogą pewnie niepokoić.

Powoli mam dość biegania, czuję, że stopa poobcierała się już konkretnie.

Łuna Skarszew działa jednak jak ibuprom.

Zaciskamy mocniej zęby i żwawo ciupiemy po miasteczku. Zaraz se usiądziemy.

Na długo. Gdybyśmy wiedzieli tylko na jak długo, szybko opuściłby nas uśmiech.

Docieramy do rzeki, widzimy karetkę, przed nami etap 3. Póki co jesteśmy liderami.

Piąteczki.

 

ETAP III – Mistrz skręcania i oszronione kadłuby.

 

Wróóć …. jakimi liderami ? Budzimy dziewczyny z punktu, zakładamy ciepłe wodoodporne ciuchy.

Mówią nam, że byli tu przed nami… ile ???? 2 godziny …. niemożliwe . Chyba motocrossem.

Węsząc przekręt, nie zważamy na to i mimo wszystko czujemy się moralnymi liderami.

Wdzięczni obsłudze karetki za podtrzymującą na duchu nowinę, że jest -6, a będzie jeszcze zimniej wodujemy kajak.

Nic nie jemy, troszkę pijemy tylko by nie tracić czasu, bowiem piknik postanawiamy zrobić już na kajaku.

Początek spływu to jednak niezłe kuriozum. Jest bardzo,bardzo płytko, trzeba uważać, by się nie zasiedzieć w miejscu, często do przemieszczania używać również pupy.

Widać niewiele, bo parująca woda nie pozwala by światło z czołówki oświetliło cokolwiek znajdującego się dalej niż na 2metry.

Trzeba też uważać na ataki gałęzi z góry i sprzętu agd z boku.

Najgroźniejsza jest pływająca lodówka.

Siedząc z tyłu nie widzę nic poza plecami partnera.

Nie muszę się też martwić o przegrzanie. Robocze wampirki szybko przymarzają do wiosła.

Ponieważ to czas na piknik, a Wojtek ma ciepłą herbatę, czas bym powiosłował tylko ja.

Na punkcie troszkę wypiłem – przyznaję – ale wydawało mi się, że to raczej woda.

Wiosłuję „od bandy do bandy”. Mój partner patrząc na to wietrzy problemy i sam bierze się za wiosłowanie. Mi karze piknikować. Bułeczka jest pyszna, ale przełykając ją czuję, że jak tak mi będzie szło wiosłowanie do przodu to jesteśmy w dupie, albo raczej w szuwarach.

No, ale staram się i to nawet bardzo, pot kapie mi do oczu.

Wkładam w wiosłowanie ile mam mocy, ale to nie pomaga.

Na pierwszej przenosce postanawiamy zamienić się miejscami.

Tam też, mimo nocy robi się całkiem jasno. Dościga nas ekipa, z którą przybyliśmy z Łodzi.

To Maciek z Alą razem ze swoimi lampami od tira na głowach.

Ale ja mam problem, duży problem, czuję że coś mi zaszkodziło i od żołądka zaczęło mi się kręcić w głowie. Jestem bliski omdlenia. W końcu siłą woli jakoś zbieram się w sobie i przenoszę cielsko do kajaka.

Po przesiadce mam mały blackout.

Kilometry płyną bardzo wolno.

Siedzę z przodu. Płyniemy na jednej czołówce toteż teoretycznie powinienem nawigować.

Trochę się dziwię, że i to mi wcale nie wychodzi. Często mylą mi się strony,

trochę nie wiem co się dzieje.

Ciśnienie na kajaku narasta. Wojtek przepłynął na kajaku setki km, ja niewiele i to teraz widać. Stara się mnie uczyć jak wiosłować, ale jestem kiepskim uczniem, targają mną dreszcze.

A przecież nazwa zespołu do czegoś zobowiązuje.

Oprócz tego, że incydentalne skręcanie opanowałem do perfekcji zjada mnie stres.

Jakoś dopływamy do pierwszego punktu na mostku…. którego nie ma. Wychodzimy z kajaka, szukamy, ale nie widzimy. Zgrabiałymi rękoma wybieramy więc telefon do organizatora i upewniamy się, że lampion został ukradziony, a fotki pstryknięte.

Wierzyca to bardzo kręta rzeka o dość szybkim nurcie, ale płyniemy wolniutko.

Jestem w końcu mistrzem skręcania w kierunkach przeciwnych do tych co trzeba.

Czasem oglądam się, czy mój kumpel ciągle ma czarne włosy, ale nie widzę, bo ma na głowie ciepłą czapkę i jest ciemno.

Ja za to mam spodnie z metką „rainwear”, co patrząc po ilości wody jaka na nich, bardzo mnie cieszy.

Test z nieprzemakalności trwa.

Punkt ósmy, na który trzeba było płynąć pod prąd jakoś przepływamy i pewnie z kilometr dalej postanawiamy zawrócić. Moja nadzieja na dobre miejsce topnieje jak szron na kajaku.

Myślę, że i Wojtek stracił resztki cierpliwości i nie gadamy prawie wcale.

Z wielkim trudem odnajdujemy lampion i kontynuujemy naszą wspaniałą męczarnię.

Wkładając mnóstwo siły w wiosłowanie coraz częściej czuję ubytek mocy.

Po drodze na punkt nr 9 wiele razy trzeba przenosić kajak przez zwalone drzewa.

Na jednej takiej akcji wpadam do pasa w wodę. Nie przeszkadza mi to jednak strasznie,

bo woda w porównaniu do panującej temperatury na zewnątrz jest cieplutka ;). Pewnie ma z +8.

Bolą mnie za to i to bardzo nogi, którym niewygodnie w kajaku.

Czasem wydaje się, że zdarzają się nam momenty zgodnego wiosłowania w kierunku przed siebie.

Progi rzeczne pokonujemy nawet sprawnie.

Progres.

Po przeoczony punkt nr 9 musimy się znowu cofać, ale już z buta.

Trochę pojękuję bo zesztywniałe nogi bolą jak diabli.

Dobrze, że mam upartego partnera, bo czasem już mi wszystko jedno.

Znalezienie tego punktu daje nam trochę nadziei, że jakoś dopłyniemy do końca etapu.

I tak myślimy, że kiedy my pływaliśmy po szuwarach pod prąd na punkt nr 8 wyprzedziło nas już wiele ekip.

I nagle .. cóż to? …doganiamy oszronione kadłuby Maćka i Ali.

Wyprzedzamy ich, coś tam mamroczą, ale ja ich niezbyt rozumiem, bo mam mocno opatulony łeb, a ich szczęki szczękać się tylko wydają. Po chwili jednak, kiedy my stajemy na której to już nie wiem kłodzie, dochodzą nas i zagadują czy tam czegoś nie znaleźliśmy.

Opowiadają, że zrobili półeskimoskę i że już dla nich po zawodach, bo razem ze sprzętem stracili kartę startową.

O żesz kurde, myślę, że mamy mimo mojej niezdarności zajebiste szczęście, że nam się coś takiego nie przytrafiło.

W odróżnieniu od nich nie płyniemy w piankach.

Ba, nawet mapę już mamy w puzlach, bo nie pomyśleliśmy o tym, by ją choć ochronić torebką strunową. Dalej wiosłujemy już z nimi w niedalekich odstępach.

 

Powoli wstaje dzień.

Możemy zgasić czołówki, na które tak często czaiły się nisko zawieszone gałęzie.

Czasem jest mi gorąco, czasem zimno, a jak zawieje to nawet bardzo.

Ala krzyczy, że nie czuje rąk i szkoda mi dziewczyny. U Wojtka jak zwykle wszystko okej.

Powoli mijamy porannych wędkarzy, przepraszając za płoszenie ryb.

Jeden brutalnie nas okłamuje, że elektrownia to jeszcze daleko, podłamując tym samym nasze morale, bo po rozlewisku płynie się fatalnie.

Woda jakaś gęsta, wszędzie szuwary i nie wiadomo czy płynąć w prawo, czy w lewo.

Nie mamy już ochoty na błędy.

Coraz częściej mam dość wiosłowania. Po ostatniej przenosce ma być już ponoć niedaleko.

Ale spływ wydaje się nie mieć końca.

Może jednak nie będzie tak źle. Wędkarze nie widzieli nikogo przed nami.

Starogard Gdański wita.

Napis ZHP na budynku napełnia me ręce, kręgosłup i nogi radością, że to koniec.

Koniec nieporadności. Koniec kiepszczenia.

Dalej może już być tylko lepiej.

 

ETAPY IV&V – Mokry, zły i szybki i 9lumenów.

 

Na przepaku harcerze witają naszą czwórkę gorącą herbatą i pysznym ciastem.

Ekipa ratunkowa bacznie się nam przygląda. Wyglądamy jak zoombie, w szczególności nasi piankowi przemoczeni rywale. W końcu za nami już 14 godzin napierania.

A noc była ciężka i bardzo mroźna.

We wnętrzu fajnie, ciepło i sucho. Miło by było troszkę posiedzieć, odpocząć, wypić kolejny kubek ciepłej herbaty. Wiadomość, że dalej liderujemy mobilizuje nas jednak do pośpiechu.

Jest trochę po 12stej.

Optymistycznie zakładamy, że czołówki okażą się zbędne, bo przecież 70km to nawet kiepszcząc zrobimy przed nadejściem zmroku.

Poza tym ich brak będzie nas jeszcze bardziej napędzał, coby do 17stej zameldować się na mecie.

No więc szybkie przebieranko, żarełko i wioo.

 

Jedziemy na ciekawy miejski odcinek specjalny,

śladami Kazimierza Deyny po Starogardzie Gdańskim.

Nieopacznie jednak wpierw pojechaliśmy na punkt nr 5, czyli ostatni.

Ekipa LDZ nam uciekła.

Wracamy się więc i jedziemy już po kolei. Ponieważ jazda w mieście to mój żywioł – nie poruszam się inaczej po Łodzi – i ubrałem dość cienko: mocno ciśniemy w pedały.

By nie zmarznąć, bo słonko kiepsko grzeje – przeloty po mieście robimy w arcytempie.

Na ostatnim punkcie i zadaniu specjalnym dościgamy Alę z Maćkiem.

Wojtek wspina się błyskawicznie, podbija kartę i napieramy dalej.

 

Przed nami jeszcze tylko dwa razy po 30km (wg organizatorów) pedałowania.

Czując się dość mocno na rowerze, oraz chcąc wynagrodzić jakoś mojemu partnerowi moje tragiczne wiosłowanie namawiam go, by jechał mi na kole.

Na pierwszym punkcie rowerowym – czyli 17 spotykamy rozmrożonych uciekinierów.

Nadaliśmy im nawet nazwę „tysiąc lumenów”, bo w lesie świecili jak „tir na długich”.

Chcemy też im trochę uciec za karę, że oni nam wcześniej, więc dalej mocno kręcimy korbami.

Przed punktem numer 19 robimy jednak mały błąd, mijamy właściwą drogę i całą przewagę diabli wzięli.

Kolejny dwa punkty robimy razem z „lumenami”cykając sobie pamiątkową fotkę, bo kolejny lampion znikł.

Razem też jedziemy – a czasem prowadzimy przez świeżo zaorane pola rowery, budząc irytację rolników – na punkt 21.

Po jakimś czasie wybieramy jednak różne warianty.

Na ten punkt najeżdżamy chyba bardziej z przypadku, bo na mapie powinien stać gdzie indziej.

Coś dłuży się ten etap. Nie mamy ani liczników, ani garminów, ani żadnych innych gpsów, ale rozsądek podpowiada, że ten etap ma chyba więcej niż 30km.

 

Na punkcie 23 czeka nas kolejne zadanie specjalne.

Uśmiechnięty niestabilny kajak górski zaprasza do środka.

Przed śmiałkiem pływanie po jeziorze z zawiązanymi oczami.

Wojtek wierzy w moje umiejętności pływania… ale na pewno nie kajakiem.

Na dworze koło zera więc wpław trochę słabo.

Zadanie wykonuje mega sprawnie, ale …

wpada przy wysiadaniu z kajaka do wody. Zamarłem jak to zobaczyłem.

Daję mu swoją bluzę z plecaka, ale co z tego, skoro i tak jest cały przemoczony.

Myślę, że ciężko nam będzie dotrwać do mety. Nie dość, że traci chłopak energię na nawigację to teraz jeszcze po prawie 20godzinach wyrypy będzie musiał organizm znaleźć kolejne pokłady na ogrzewanie przemoczonego ciała. To przecież nie lato. Trochę jestem zły na orgów, że zafundowali nam tyle wody o tej porze roku.

Słońce nie dość, że nie grzeje to jeszcze zaczyna zachodzić. Robi się nieciekawie.

Na punkt z kajakiem górskim przybywa ekipa Maćka i Ali.

Kąpiel mojego partnera i na nich robi wrażenie.

Oferują nam swoje suche rzeczy, które czekają na przepaku po drugiej stronie jeziora .

My, pakując wory na przepaki nie zakładaliśmy, że na tym etapie jeszcze ciuch jakiś może się przydać i nie mamy już nic do ubrania.

Team „tysiąca lumenów” informuje nas też o kolejnej przyjemności jaka nas czeka… a raczej wiadomo kogo. Wojtek z racji, że już i tak jest cały mokry, zgłasza chęć zrobienia kolejnego zadania specjalnego i znowu brodzi w wodzie po pas by perforować kartę. Taka karma.

Po zadaniu zakłada moje spodnie i rękawice co mam nadzieję uchroni go przed hipotermią.

Chwilę grzejemy się przy ognisku i oblizujemy na widok pieczonej przez obsługę punktu kiełbasy.

Ja zakładam getry Ali i pilnuję jak mama, by chłopak jadł, bo jesteśmy jeszcze 30km od mety.

Najmniej trzydzieści, bo biorąc pod uwagę długość wcześniejszych etapów podanych przez organizatora gotów jestem sądzić, że z pięćdziesiąt.

Jest koło16stej, a my mamy do zaliczenia jeszcze 7 punktów i nie mamy czołówek. Super.

 

Na 2 następne punkty najeżdżamy bezbłędnie.

Ponieważ gołe ręce trochę przymarzają mi do kiery, postanawiam odgrodzić je od wiatru i zrobić sobie rękawice. Z reklamówki np.

Ze zdziwieniem dowiaduję się, że pan, którego prosiłem o torebkę foliową nie ma w domu ani jednej. Przecież się uśmiechałem.

Jedzenia też już niewiele zostało. Przeklinamy nasz optymizm i fakt że ważące raptem kilkadziesiąt gram czołówki leżą na pokajakowym przepaku.

Jesteśmy świadomi, że w ten sposób pewnie pogrzebaliśmy nasze szanse na zwycięstwo.

Bo myśląc racjonalnie: nocą, bez czołówek, trzeba będzie zapewne odpuścić kilka punktów.

 

W miejscowości Wda udajemy się do sklepu celem nabycia pobudzającego paliwa typu Tiger i dwóch drożdżówek spod lady. W sklepie kolorowo i cieplutko. Dość długo debatujemy nad zakupem latarki. Gama produktów jest bogata, a gotówki mało. W końcu dobijamy super dilu ze sprzedawcą. Woreczki foliowe dostaję gratis.

Windstopperowe rękawiczki „by Wda-Sport shop” mocno cieszą moje smutne sine palce.

Wychodząc ze sklepu zastaje nas jednak noc, a na pokawałkowanej mapie niewiele już widać. Wracamy więc do sklepu z prośbą o wskazanie nam właściwej drogi. Ponieważ dla miejscowego sprzedawcy niewiele z mapy wynika, rysuje nam własną.

Odręcznie rysowaną mapę dostajemy więc ekstra. Chwalmy pana.

Tiger działa.

W żyłach płynie kofeina, spod kół lecą węże i ciągle nas ktoś od tyłu oświetla.

Jesteśmy na haju.

Nie doczytawszy na mapie, że na punkcie 26 jest zadanie specjalne, olewamy punkt,

co się na nas później zemści dwoma godzinami kary. W końcu na mapie pana Jurka ze sklepu nic o punkcie i karach czasowych nie było. Znamy za to prostą drogę do Lubichowa.

Tam nieopodal jest punkt 27.

Ze wspaniałą, mocno reklamowaną przez miejscowych 9lumenową latarką

jedziemy go właśnie odnaleźć.

Jest już ciemno, zaczyna sypać śnieg i robi się chłodniej. Mapa z INO z zeszłego roku to był znak.

Iglo.

A my na rowerach na zewnątrz.

Zimno wdziera się do kurtki. To mój ulubiony sygnał by mocniej kręcić korbami.

Zachwalanej latarce brakuje jednak setek lumenów i odnalezienie punktu przychodzi z wielkim trudem.

Dostaję prawie wytrzeszczu oczu, bo latarka tylko jedna, a dzielnie dzierży ja nawigator.

Na leśnych ścieżkach boję się wpinać w pedały. Nie wiadomo co czyha za metr.

Po ciężkiej i udanej akcji wracamy na asfalt .. ufff .

Decydujemy odnaleźć już tylko jeden punkt, bo z takim oświetleniem w lesie szybciej się pogubimy, niż odnajdziemy lampiony.

Punkt 28 to bułka z masłem, bo nie stoi w lesie.

Po nim już tylko asfalt, tylko Zblewo, tylko Frank, tylko piwo.

Chcę pomóc przymarzającemu do roweru Wojtkowi i biorę go na hol.

Po kilku kilometrach pojawiają się jednak chwilowe przerwy w dostawach prądu. Zwalniamy.

Co domostwo myślę, że miejscowość Frank tuż tuż.

W pewnym momencie muszę stanąć. Tak się wypstrykałem holem, że ledwie zdążyłem wypiąć nogi z pedałów.

Zjeść wypić, odpocząć. Źli mieszkańcy spieszący na dyskotekę oszukują nas, że do Franka daleko.

s. Nie ma„do widzenia”.

Lion Wojtka stawia mnie do pionu prawie jak Tiger jego 2 godziny temu.

Jedziemy krajówką i wiemy dokąd. Z naprzeciwka oślepiają nas jak czołówka Ali samochody, mijają pędzące tiry, pięknie pada deszcz ze śniegiem. Jeszcze tylko momencik i już.

W końcu Frank … stajemy na pedałach żeby ładnie i szybko zakończyć ten niekończący się rajd.

Wpadamy do szkoły w Kaliskiej. Oddajemy kartę i po cichu liczymy na dobry wynik.

Jemy ciepłą kiełbę i liżemy rany.

Jest trochę po 20stej.

Przed nami przyjechała tylko drużyna, co odpuściła pierwszy etap. Wszystko wskazuje na to, że pudło w zasięgu. No to jadę po piwo.

 

EPILOG

 

 

Wg przebiegów, garminów i innego ustrojstwa liczącego kilometry drużyn rywali w sumie zrobiliśmy ponad 200km. Nieźle.

KS KONIEC KIEPSZCZENIA po podliczeniu kar za brak 3 punktów na 3 miejscu.

Jesteśmy zadowoleni. Było zimno, mokro, ale fajnie.

Smycz gminy Kaliska dumnie dynda na szyi.

Udany to debiut, tak myślę .

No to do następnego Wygońca.

 

Tym razem weźmiemy czołówki.

 

 

 

O Autorze

Gaweł Boguta

Ojciec portalu napieraj.pl, zawodnik rajdów przygodowych, biegacz ultra, kajakarz. Startował kilkukrotnie w prestiżowym Marathon des Sables, ma na koncie wynik poniżej trzech godzin w maratonie i udział w wielu zagranicznych rajdach, między innymi w Czechach, Słowenii i Kostaryce.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany