Tylko jeden człowiek w historii ukończył dystans 6xBabia podczas Ultramaratonu Babia Góra: Krzysztof Dołęgowski (Team Inov-8). Przed tegoroczną edycją poprosiliśmy go więc o kilka rad odnośnie sprzętu, taktyki, przygotowania mentalnego, oraz tego, czego możemy się spodziewać na trasie.

Sprzęt

Ja biegłem najdłuższy dystans i zakładałem, że w drugiej części będę miał już zmęczone nogi, zatem zróżnicowałem sobie rodzaje butów – na pierwszą część lekkie, elastyczne, bardzo agresywne x-talony 230. Miały mi tez pomóc przy odcinkach strumieniowych. Bardzo szybko schną i nie gromadzą dużo wody, przez co cały czas są lekkie.
Po 65 km z przepaku wyciągnąłem inov-8 roclite 305 – but wyraźnie sztywniejszy, z mniej agresywnym bieżnikiem. Miał dać pewność, że po 100 km, gdy będę na kamienistej Perci Przyrodników, to nie będą mnie przesadnie boleć stopy (nie mówimy tu o komforcie – o tym w ogóle należy zapomnieć gdy wybieramy się na wyścig).

x-talon 230

x-talon 230

W przypadku biegów z dużą ilością sprzętu obowiązkowego warto zrobić sobie osobną torbę (najlepiej strunową) na rzeczy których nie planujemy użyć. Lądują tam rękawiczki, telefon, czołówka, folia NRC, dokumenty, gotówka, apteczka. Jedyne co mam z apteczki na wierzchu to środki przeciwbólowe. Żeby nie odkładać brania ich „na później – bo jeszcze jakoś wytrzymam”. Biorę małe dawki, które pomagają mi przezwyciężyć uczucie „nóg włażących w tyłek”.

Plecak mam zwykle ciut większy – za to lekki. Raczej nie narzekam na telepanie się ładunku. A chodzi o to by łatwo się wyciągało i wkładało ponownie rzeczy. Kiedy korzystamy z maksymalnie małego wora, to w momencie gdy trzeba wyciągnąć coś z denka, robi się dramat. Bo plecak eksploduje. Trzeba z niego wykładać wszystko na trawę. Traci się niepotrzebnie nerwy i czas. I jeszcze zgubić można jakieś przedmioty. Tymczasem większa pojemność to ledwie kilka gramów. W zeszłym roku na Babiej używałem plecaka inov-8 race ultra 10. Ma on tą zaletę że dysponuje sporymi otwartymi kieszeniami po bokach. Tam były moje rękawki, chusta, trochę jedzenia i softflaski.

Najtrudniejsze technicznie fragmenty i taktyka

Przede wszystkim trzeba pamiętać o trudnych fragmentach i być na nie mentalnie gotowym. Np. na to, że z Perci Akademików zbiega się w tempie 8-10 min./km. Czyli strasznie wolno. A wchodzi jeszcze wolniej. Mi największe problemy sprawiały właśnie zbiegi na kamieniach. Bo tam teoretycznie (wnioskując po profilu trasy) można grzać, a w praktyce nogi skaczą jakby grały w Tetris i nie sposób się rozpędzić. Fragmenty „na rympał” i w strumieniach sprawiały mi przyjemność. Ja lubię poruszać się poza szlakami. Nie mam problemów z brodzeniem w wodzie. Ale polecam w czasie wyjazdu treningowego zrobić sobie parę odcinków poza ścieżkami. To dobrze oswoi ze specyfiką terenu. Przed startem zrobiłem jedną taką sesję. Górskim strumieniem w górę do źródła, a potem jak najszybciej w dół. Fajnie było! Ale dwa razy leżałem. No i pokrzywy mnie mocno wygłaskały.

Podejście pod Małą Babią jest bardzo zdradliwe. To przez to słowo „mała”. Wydaje się, że migiem się tam wespnie. A tu nic z tych rzeczy. Dlatego polecam używać altimetr i pamiętać że tam jest 1517 m nad poziom morza. I wkuć oczywiście wysokość głównego szczytu na pamięć: 1725 m n.p.m. Łatwiej się wspinać, kiedy wie się dokładnie ile metrów przewyższenia zostało. To w górach cenniejsze i precyzyjniejsze niż poziome kilometry.
Przed startem warto podzielić sobie trasę na kawałki i zastanowić ile czasu zajmą poszczególne podejścia. Można obejrzeć swoje międzyczasy z wcześniejszych zawodów i określić np. „moje tempo wznoszenia to zwykle 1000 m na godzinę” i na tej bazie się opierać. W ten sposób uniknie się nerwowego wyczekiwania. Stoisz po prostu u podstawy i myślisz sobie „teraz 40-45 minut dreptania” i jakoś już łatwiej.

Click To Tweet

Co do techniki na Babiej to na szczęście skała jest dosyć przyczepna. Ale masa odcinków jest do pokonania po twardym i niestabilnym podłożu. I trzeba być z nim oswojonym. Trudno się nauczyć zbiegać mieszkając w Warszawie. Wg mnie najważniejsze jest to, by się nie spinać i nie hamować mocno. Nie bać oderwać czasem od ziemi, by przeskoczyć nad gałęzią, albo zrobić skośny sus na drugą stronę szlaku (bo tam jest równiej). Hamowanie i dreptanie to pułapka. Kiedy czuję, że zbiegam za wolno, staram się skupić na szybkiej kadencji nóg. Stepować. I na zdecydowanych ruchach. Do tego robię ruchy rozluźniające ramiona – kręcę samymi barkami. To „zaraża” całe ciało i biegnę na większym luzie. A przez to szybciej. Mówię oczywiście o dystansach ultra. Jeśli pakujemy się w półmaraton to w dół trzeba grzać jak pilot myśliwca. Ryzykować. Poruszać się na granicy przyczepności i czasem ją przekraczać. Inaczej się nie da.

Babia Góra i jej zmienna pogoda

Trzeba być gotowym na dyskomfort. Różnica temperatur pomiędzy szczytem a podstawą to kilkanaście stopni. I uczestnicząc w zawodach wielokrotnie musisz się między tymi strefami przemieścić. Nie istnieje idealny strój, który zapewni komfort we wszystkich warunkach. Dlatego trzeba kombinować. Ja używałem koszulki z krótkim rękawem i rękawków. Rękawki można zsunąć na nadgarstki lub wrzucić do bocznej kieszeni plecaka. Podobnie jest z chustą. Warto ją mieć pod ręką. Najzimniejszy moment to sam szczyt Babiej. Zanim zacznie się grzebać w poszukiwaniu kurtki, zanim zacznie się zdejmować plecak, warto skalkulować sprawę: Czy na pewno muszę zakładać dodatkowe warstwy, jeśli będę na otwartym terenie przez 10 minut?
Ja jestem z tych zimnolubnych, więc w zeszłym roku ani razu nie założyłem kurtki. Jak trzeba było wyjść na wierzchołek, gdy wiał wiatr a temperatura oscylowała w okolicach 3-5 stopni, po prostu przyspieszyłem i starałem się jak najszybciej wrócić w osłonięty teren.
Kiedy jest ciepło, na dłuższych dystansach warto korzystać ze strumieni i źródełek. Jest ich kilka po drodze. Warto maczać czapkę, chustę. Mi zdarzało kłaść się w wodzie na minutę czy dwie i chłodzić całe ciało. Wiedziałem, że czeka mnie ciepłe podejście pod Małą Babią i nie chciałem ryzykować przegrzania.

W czerwcu na Babiej może leżeć śnieg, bić grad i z pewnością będzie wiało. Fot Karolina Krawczyk

Kije

Ja się nie lubię z kijami, bo wymagają uwagi. Trzeba je wielokrotnie składać i rozkładać. Ręce są zajęte i łatwo zapomnieć by wyciągnąć jedzenie lub picie. Nie ma też jak spojrzeć na mapę (a ja trzymam zwykle w ręce mapę). Wielu zawodników używa kijów i chwali sobie. Ja też kiedyś z nich korzystałem (kiedy jeździłem zimą na biegówkach i miałem mocne ręce). Ważne by kij był lekki – wówczas łatwiej nim machać w czasie biegu. Kij typowo trekkingowy, ważący pod 300 g nie daje takiej możliwości. Sprawia, że w czasie truchtu ręce są napięte i nie ruszają się.

Kije mogą się przydać także w strumieniu. Fot. Grzegorz Bachórz

Oznakowanie trasy

Ponieważ wbiegałem na Babią aż 6 razy to bałem się, że te wszystkie elementy mi się popieprzą. Dlatego właśnie miałem ze sobą mapę. Dodatkowo w zegarek wgrałem tracka. Zawsze pod koniec podejścia oglądałem sobie otoczenie by wiedzieć jak będzie wyglądał początek zbiegu (zawsze fragment robi się tą samą drogą skąd się przyszło). W przypadku samotnego pokonywania trasy czy w momencie gdy pod szczytem są zawodnicy z różnych etapów, ważne dla mnie było, by dokładnie powtórzyć sobie „wbiegam czerwonym od Brony i wracam Czerwonym – wzdłuż murku”.

Przygotowanie mentalne

Perć Akademików. Fot. Jędrzej Konwerski

Zawsze staram się ustawić w głowie priorytety. Plan A – czyli plan na jakiś czas. Wówczas na profilu rozpisuję sobie kolejne etapy, spodziewane międzyczasy. Część z wyników z zeszłych lat, ale czasem też improwizuję. Byleby mieć jakieś punkty odniesienia, by wiedzieć mniej więcej na co się szykować. Zaznaczam sobie też gdzie spodziewam się 1/2 czasu 3/4 czasu pokonywania trasy. Mówię sobie, że na ostatniej ćwiartce się na poważnie ścigam. Więc jak chcę się pościgać to muszę mieć tam jeszcze siły. A nie że dotrę na miejsce „wyścigu” już spompowany i tylko będę dreptał.

Krzysiek o #UltraBabia: Na profilu rozpisuję sobie kolejne etapy, spodziewane międzyczasy. Część z wyników z zeszłych lat, ale czasem też improwizuję. Byleby mieć jakieś punkty odniesienia, by wiedzieć mniej więcej na co się szykować.… Click To Tweet

Jeśli plan A zawiedzie to mam w zanadrzu opcję awaryjną. Np. plan o godzinę dłuższy. Dla niego też mam wszystkie międzyczasy. Chodzi o to by mimo niepowodzenia (np. problem z żołądkiem czy przegrzaniem) nadal pozostawiać w skupieniu i ścigać się.
Ostatni plan to po prostu ukończenie. To ważne by powiedzieć sobie przed biegiem czy chcę ukończyć te zawody za wszelką cenę, czy w razie większej awarii lepiej zejść z trasy. W zeszłym roku na Babiej byłem gotowy walczyć do momentu kiedy sędzia mi nie odepnie numeru. Na szczęście nic złego się nie stało. Podobne nastawienie miałem na Biegu Ultra Granią Tatr. Tam fatalnie rozstroił mi się żołądek i kilka razy zatrzymywałem się na pół godziny na punktach, by w ogóle móc się ruszyć dalej. Gdyby nie mocne postanowienie, darowałbym sobie walkę ze skurczami żołądka. Ale cieszę się, że nie odpuściłem. Pocierpiałem, pomęczyłem się ale na metę dotarłem.
Inaczej traktuję zawody będące tylko elementem przygotowań do większych imprez. Wówczas gdy pojawiają się znaczące kłopoty (np. udar cieplny na Wielkiej Prehybie), wówczas odpuszczam. Wychodzę z założenia, że lepiej połknąć gorycz porażki, a utrzymać się w dobrym rytmie treningowym niż wymęczyć organizm tylko w imię dotarcia do mety z wynikiem nie dającym satysfakcji.

Magia Babiej

Można się gapić i gapić. Fot. Karolina Krawczyk

Niepowtarzalna była aura tego, że nikt nie ukończył dystansu x6. Ja myślę, że nieco ją odczarowałem i ukradłem radość kilku biegaczom czającym się by ją „rozdziewiczyć”. 🙂
A na poważnie to fantastyczne są odsłonięte przestrzenie w górnej części stoków. Super są zmiany pogody, Świetnie wspominam wschód słońca. No i ten wieczór, kiedy turyści wynoszą się ze szczytu i ostanie wejście można mieć niemal w samotności.
Do tego oczywiście widoki – Babia pozwala obejrzeć zarówno Tatry jak i Beskid Żywiecki. Ale również Gorce, Beskid Wyspowy, sporo grzbietów na Słowacji. Jak tylko jest widoczność to można się gapić i gapić.

Sponsorzy biegu

 

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany