Wyobraźcie sobie: na metę wpada pierwszy Janek Lenczowski, ale dostaje 10 min. kary za zmianę jednego z punktów. Po ośmiu minutach na mecie jest Sebastian Reczek – gdyby był bezbłędny, miałby mistrzostwo Polski w kieszeni! Ale dostaje 35 min. kary i musi czekać na następnych zawodników. Chwilę po nim pojawia się Paweł Pakuła – jest trzeci na mecie, ale ma aż 50 min. kar, więc siedzi i czeka…

 

 

…PK13 to jedyny na trasie punkt kontrolny, którego nie umieszczono w okolicy wąwozu – czeka na nas na słupie przy moście. Zlokalizowanie go nie sprawia mi najmniejszego problemu, jednak na chwilę tracę koncentrację i po podbiciu robię parędziesiąt metrów na południe, zamiast skierować się na północny wschód. Na szczęście w okolicy jest inny napieracz i jego kierunek biegu daje mi coś do myślenia – szybko orientuję się w terenie i zmierzam w dobrym kierunku. Między budynkami wpadam do wsi Sulmice, przebieżność drogi jest bardzo dobra, więc i tempo udaje się trzymać solidne – staram się biec poniżej 6 min/km. W nogach 20 km, jest mi cudownie. Kocham ten stan, gdy nie czuję jeszcze zmęczenia, wszystko idzie zgodnie z planem i czuję czystą radość z biegania z mapą…

 

…Zaczyna się miejscowość Zawoda, ale jakoś nie zwraca mojej uwagi fakt, że nie ma jej na mapie w okolicy w której (myślę, że) jestem. Parę minut później zauważam „Zawoda” na mapie – kilka kilometrów dalej! Mając jeszcze nadzieję, że to niezgodność rzeczywistości z mapą (wszak ta pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat) wchodzę w pierwszy napotkany wąwóz (mimo że zaczyna się on z 400 m od drogi, a nie przy drodze jak wskazuje mapa) i czeszę go w poszukiwaniu punktu kontrolnego. Po paru minutach orientuję się, że niezgodność mapy z otoczeniem jest zbyt duża bym mógł być tu, gdzie sądzę, że jestem, a lokalizacja zabudowań Skierbieszowa dobitnie mówi mi, że dałem ciała i zbędnie naddałem prawie 5 km. Pędzę z powrotem i bez większego problemu znajduję pożądany wąwóz, obok którego raz już dziś przebiegałem…

 

…Na PK9 jest ciepła herbata. Żeby było szybciej, odlewam kilka łyków i kubek uzupełniam zimną wodę – nie chcę się poparzyć. W międzyczasie do ogniska dobiega czwórka zawodników, którzy jak się potem okaże zajęli miejsca 6, 7, 8 i 9. Z PK9 wylatuję pierwszy, do końca zostały tylko dwa punkty, picie w bukłaku mam – nie ma co tracić czasu. Kawałek lecę swoim śladem, za plecami coraz bliżej jest jeden z rywali. Zrównujemy się i… rozdzielamy. Piotrek leci w prawo, a ja w lewo. To dziwne, bo przecież obaj chcemy wpaść na PK10. Uznaję jednak, że się pomylił. Wbiegam w las, znajduję wąwóz i trafiam na punkt – podbijam. Zadowolony z siebie ustawiam azymut na kompasie tak, by wyjść z lasu w pożądanym kierunku i napieram. Las nie jest bardzo gęsty, ale ze względu na śnieg przebieżność jest marna, ciężko szybko maszerować, o biegu nie wspominając.
Las się kończy i… coś się nie zgadza. Powinienem wyjść z niego tak, by skręcić w prawo i wzdłuż skraju lasu polecieć na północ. Tymczasem w prawo jest… południe! Chwila konsternacji. Mapa-kompas, kompas-mapa. Źle ustawiłem azymut i zamiast wyjść z wąwozu na zachód, poszedłem na wschód i wyleciałem po drugiej stronie lasu. Pomyliłem wschód z zachodem! Wkurzony znajduję polną drogę i nią obiegam pechowy las dookoła. Potem okazuje się, że pechowy podwójnie, bo to Piotrek miał rację – trzeba było pójść na prawo, tam też był wąwóz, a ja zebrałem punkt stowarzyszony i 25 minut kary.
Błąd popełniłem przy wsi Wysokie II, gdzie zamiast drogą na południowy zachód pobiegłem na południowy wschód. Do dziś nie rozumiem, jak mogłem tego nie zauważyć. Dodatkowo „moja” droga prowadziła wąwozem, a na mapie go nie było – to też powinno dać mi do myślenia…

 

 

Powyższe wtopy kosztowały mnie łącznie półtorej godziny lub więcej, przez to w sumie na Skorpionie 2013 naklepałem 64,5 km. A mój wariant trasy powinien spokojnie zmieścić się w 57-58 km. Do tego kilka razy w innych miejscach dałem ciała, ale straty były mniejsze, więc te małe błędy w ogóle pomijam – bo one występują praktycznie zawsze. Wystarczyłoby uniknąć ostatniej wtopy po PK9 i zająłbym nie 10, a 5-6 miejsce. Zdarzały mi się już błędy na imprezach na orientację, mniejsze i większe wtopy i porażki, ale jeszcze nigdy nie czułem takiego wkurzenia na siebie.

Ale nie ma co gdybać – tegoroczny Skorpion, podczas którego rozegrano mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, był imprezą bardzo trudną nawigacyjnie i terenowo i mało kto całkowicie ustrzegł się błędów. Inni też mogliby uniknąć wtop i mnie wyprzedzić przecież;) Bezbłędnie trasę pokonało 17 uczestniczek i uczestników zawodów na 85, którzy dotarli na metę.

W tym świetle ukończenie tych zawodów z kompletem punktów, tylko jednym stowarzyszem i na 10. miejscu wśród mężczyzn jest wynikiem niezłym, by nie powiedzieć, że jednym z najlepszych w mojej „karierze”, choć poczucia niedosytu pozbyć się nie umiem.

Ale są i duże plusy wszystkiego. Na przykład to, że ponad 80 proc. trasy zrobiłem w samotności. Czasem w zawodach PMNO biegnę z kimś (tym razem pierwszych kilkanaście km zrobiłem z Bernardem, ale potem mieliśmy inne warianty w planach i się rozdzieliliśmy), kilka razy biegałem też samemu i to daje znacznie większą satysfakcję. Udało mi się motywować do biegu na każdym etapie zawodów i kondycyjnie w miarę wytrzymałem do samego końca. Nie zawiodła mnie też psychika, choć w momencie uświadomienia sobie wtop miałem napad frustracji. Ale zmotywowała mnie ona do dalszej walki, a nie do rezygnacji.

Warunki do biegania były trudne. Pola i lasy pokrywało wprawdzie nie więcej niż kilkanaście centymetrów śniegu, ale był on od góry zmrożony i zapadał się nie w momencie stawiania na nim stopy, a dopiero przy pełnym obciążeniu, zasysając przy tym buta niczym bagno. Warto było więc wybierać drogi z jak najlepszą przebieżnością, bo tam utrzymanie sensownego tempa było znacznie łatwiejsze. Takie warunki oraz trudna nawigacja zrównywały szanse, piąte miejsce na mistrzostwach Polski naprawdę było w zasięgu, bo do czwartego Pawła Pakuły brakuje mi kosmosu i jeszcze trochę;)

Przed zawodami na forach można było przeczytać głosy sceptyków, że w związku ze śniegiem wszyscy będą biec po śladach liderów i będzie nuda. Tymczasem organizatorzy wprowadzili tzw. scorelauf czyli dowolną kolejność zaliczania punktów. Dzięki temu każdy wybrał swoje rozwiązanie i już na starcie uczestnicy rozbiegli się w najróżniejszych kierunkach. A na mecie – cóż za emocje!

Wyobraźcie sobie: na metę wpada pierwszy Janek Lenczowski, ale dostaje 10 min. kary za zmianę jednego z punktów. Po ośmiu minutach na mecie jest Sebastian Reczek – gdyby był bezbłędny, miałby mistrzostwo Polski w kieszeni! Ale dostaje 35 min. kary i musi czekać na następnych zawodników. Chwilę po nim pojawia się Paweł Pakuła – jest trzeci na mecie, ale ma aż 50 min. kar, więc siedzi i czeka. Po kwadransie w bazie pojawia się Marcin Krasuski. Jest bezbłędny i zajmuje drugie miejsce, choć na metę dotarł czwarty! Czy naprawdę ktoś jeszcze będzie mówił, że XII Skorpion nie zasłużył na rangę mistrzostw Polski?:)

 

Ubiegłoroczny Skorpion ze względu na poziom trudności oraz doskonałość organizacyjną wygrał w moim prywatnym mini rankingu na „Imprezę roku 2012”. W tym roku nie było nic a nic gorzej, więc już teraz mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że Skorpion był jedną z najlepszych imprez 2013 (jeśli nie najlepszą). Dwa ogniska na trasie, gdzie można się było napić ciepłej herbaty oraz ciepły dwudaniowy posiłek na mecie to wisienki na torcie. Przede wszystkim liczy się to, że trasa była świetnie zaplanowana, a jej wielowariantowość sprawiła, że każdy wybrał swoje rozwiązanie i były to prawdziwe zawody na orientację, a nie gonienie jeden za drugim. Część osób wybierała krótsze warianty przez pola i lasy, inni lecieli drogami, gdzie było dalej, ale szybciej. Aż chciałoby się zacytować jedną z reklam telewizyjnych „Tak powinno być w każdym banku!”.

Aj, zapomniałbym o jednym! Kolejnym plusem tegorocznego Skorpiona była obecność systemu Orientrack stworzonego przez Janka Lenczowskiego. 17 najmocniejszych osób (tak, tak, znalazłem się wśród nich!!) dostało do plecaka nadajnik GPS, dzięki któremu zapisy naszych tras można sobie teraz obejrzeć w internecie i można je było śledzić na żywo przez całą sobotę (a przynajmniej teoretycznie, bo ponoć przez większość dnia strona leżała). Niestety, baterie w nadajnikach padły po 8-8,5h, nim większość dotarła do mety. Póki co system wymaga więc dopracowania (podobnie jak usability strony), ale zdecydowanie jest to rozwiązanie, które dodaje zawodom na orientację dużo smaczku i mam nadzieję, że będzie pojawiać się jak najczęściej.

 

Zobacz więcej:

Strona autora

Strona zawodów

O Autorze

Adam Foland

Nawigator napieraj.pl. Startował w pierwszym rajdzie zorganizowanym na polskiej ziemi. Poza AR trenuje głównie orientację: w biegach, na rowerze i na nartach. Pasjonuje się wspinaczką w skałach i górach, chodzeniem po jaskiniach, startuje również w maratonach rowerowych i rogainingach.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany