Bał się pierwszej dychy na zawodach, a jadąc na Bieg Rzeźnika nie miał pojęcia na co się porywa. Dziś nie schodzi na zawodach poniżej 100 km. Za tą granicą zaczyna się dla niego ultra. W lutym tego roku pobił 17-letni rekord Polski w biegu 48-godzinnym*. Łukasz Sagan opowiada o swoim bieganiu i nie tylko.

*Podczas 12. Międzynarodowego Festiwalu Ultramaratonu Łukasz nabiegał 381 km i przybiegł na metę jako pierwszy absolutnie deklasując rywali.

Łukasz, gdzie się wykluwa taka moc? Skąd pochodzisz?

Urodziłem się w Lublinie, wychowałem w miejscowości Krzczonów 30 km od Lublina. Chyba 7 lat mieszkałem i pracowałem w Warszawie, gdzie początkowo odbywałem zasadniczą służbę wojskową. A teraz mieszkam i pracuję w Krakowie.

A czym Ty się zajmujesz, na co dzień? Poza tym, że biegasz.

Pracuję w firmie Salco, tej od Salco Sport Therapy. Kojarzysz ?

Kojarzę. A co tam robisz?

W zasadzie zajmuję się tematami około teamowymi, pomagam trochę w marketingu, jak trzeba to i na produkcji sobie radzę.

Produkcji?!

Tak, produkcji soli, którą może miałaś okazję wsypywać sobie do wanny i się regenerować…
To wszystko jest ręczna robota.

Nie, nie używałam tej soli. Ale obiło mi się o uszy. Ale zaintrygowałeś mnie tą produkcją. Opowiesz parę słów?

Solanka jest wydobywana z otworów za pomocą pomp, ale później już wszystko jest robione ręcznie.

Nadal nie umiem sobie tego wyobrazić. To jakaś laboratoryjna robota?

Wszystko zaczyna się od otworów 1000-metrowej głębokości, z których jest wydobywana solanka. Wędruje prosto do wanien i tu przez 12 godzin się gotuje. Po odparowaniu, kiedy zostanie już sama sól, jest transportowana na tzw. stół ociekowy, gdzie jeszcze chwilę sobie leżakuje. Kiedy już się odpowiednio wysuszy, jest pakowana i trafia do sprzedaży. Oczywiście laboratorium skrupulatnie bada skład, stężenie soli, odpowiednią wilgotność zanim zostanie zapakowana. Tak to działa w dużym uproszczeniu.

Ha ha, rozumiem. Odłóżmy sprawy solankowe. Opowiesz mi o swoim pierwszym bieganiu. Takim świadomym.

Masz na myśli pierwsze zawody ?

Raczej pierwsze biegowe wspomnienie. Bo od czegoś to się wszystko zaczęło, nie?

Chyba z początków mojego biegania, jak stawiałem pierwsze kroki, najlepiej pamiętam jak miałem pobiec pierwszy raz na dychę. Bardzo się wtedy bałem czy mi serce wytrzyma. Wiesz, to był przeskok z 5 km na 10 km. Oj stresowałem się wtedy!

Brzmi abstrakcyjnie, jak się to zestawi co robisz dzisiaj… A który to był rok? Jak robiłeś ten przeskok?

To był chyba rok 2008 i zawody The Human Race w Warszawie. Wcześniej w 2006 i 2007 roku miałem na koncie starty w Run Warsaw na 5 km.

Łukasz Sagan. Fot. Grzegorz Dziadon

Łukasz Sagan. Fot. Grzegorz Dziadon

A pamiętasz w ile pobiegłeś tę dychę?

Dobre pytanie! Nie pamiętam.

Czyli nie przykładałeś za bardzo wagi do wyników.

Kompletnie. Nawet nie wiem ile wtedy biegałem.

W każdym razie serce wytrzymało.

No, żyję!

A jak było z Twoim bieganiem w szkole, na wuefie? Lubiłeś?

Raczej… po prostu chodziło się na lekcje wuefu. Nigdy przed tym nie uciekałem, ćwiczyłem jak wszyscy. Ale bardziej kopanie piłki mi było w głowie.

A dobry w tym byłeś?

Przeciętny, radziłem sobie.

Czyli byłeś aktywnym dzieciakiem?

Poza chwilowym kopaniem w piłkę w klasie B nie zajmowałem się żadnym innym sportem, tak żeby gdzieś startować. Ale dorastałem w czasach, kiedy nie było jeszcze komputerów. Więc nie było wyjścia, trzeba było jakoś spędzać czas wolny. O siedzeniu w domu nie było mowy, więc człowiek zawsze był w ruchu.

Ale potem komputery się pojawiły, masa ludzi rozsiadła się przed nimi i o ruchu zapomniała. Ty miałeś taki moment, że zacząłeś się trochę zapuszczać?

Nie. Nigdy też nie ciągnęło mnie np. do gier komputerowych i tak mi na szczęście zostało, nawet nie mam żadnej gry w telefonie.

Ominęły Cię Angry Birds? I nawet wąż w starych Nokiach?

Ha ha…

No dobrze, to co się stało, że chłopak, który bał się jak sobie poradzi z dychą, zaczął biegać 240 km, albo ciurem przez 48 godzin?

Od pierwszej dychy przebiegniętej na zawodach zdążyły minąć 4 lata, gdy znajomy zaproponował mi wspólny start w Rzeźniku. To był 2012 rok i, moim zdaniem, jeszcze czasy świetności dla tych zawodów. To był chyba ten moment, kiedy odkryłem biegi ultra.

Czyli po dyszce nie było „po bożemu” półmaratonu, maratonu tylko od razu 80 km?

Nieoficjalnie pierwszy maraton pobiegłem po Rzeźniku, wstyd się przyznać… na czarno!
Dopiero rok później zapisałem się do Dębna. Pierwszy półmaraton pobiegłem w 2011… potem w 2012. Po nim Bieg Rzeźnika i Maraton Warszawski. Mniej więcej w takiej kolejności.

Łukasz Sagan na Chudym Wawrzyńcu. Fot. Fotomaraton.pl

Łukasz Sagan na Chudym Wawrzyńcu. Fot. Fotomaraton.pl

Opowiedz mi jak wspominasz tamtego pierwszego Rzeźnika?

To był pomysł znajomego z Warszawy, gdzie wówczas mieszkałem. Wcześniej może ze dwa, trzy razy w życiu byłem w górach. Z bieganiem też miałem małe doświadczenie… W zasadzie żadne, jeśli chodzi o tak poważne biegi. A bieganie w górach to już w ogóle była dla mnie zupełna abstrakcja. Chyba nie bardzo byłem świadomy, że istnieje w ogóle taka dyscyplina sportu… Najdłuższy dystans, który przebiegłem to było 25 km po warszawskich ulicach. Ale cóż, padł pomysł, więc trzeba było go zrealizować. Wówczas jeszcze nie było w Polsce za wiele biegów na dystansie ultra. Rzeźnik uchodził za ten najtrudniejszy i chyba nieświadomość jak duże jest to wyzwanie uratowała nas obu.

Co masz na myśli?

Jak na gości z takim mizernym doświadczeniem, ukończenie tego biegu poniżej 13 godzin, było wielkim sukcesem. No więc – start bardzo miło wspominam, nie miałem jakichś poważnych kryzysów. A przynajmniej nie pamiętam. Nie było też momentów żebym chciał zejść z trasy. To był kawał świetnej przygody. A dla mnie też moment kiedy uświadomiłem sobie, co chcę w życiu robić.

I po Rzeźniku zapragnąłeś czegoś więcej?

Zdecydowanie. Wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Rok później debiutowałem na 100 km w Sudeckiej Setce, i tu miła niespodzianka – 6. miejsce open. Oprócz Rzeźnika był też Chudy Wawrzyniec 80 km, 100 km w Krynicy, no i pierwszy bieg 24-godzinny w Katowicach. Tak więc rok 2013 był dla mnie przełomowy. Ukierunkował mnie na ultra.

Eksperymentowałeś.

O tak. W 2014 były kolejne eksperymenty. Bieg 12-godzinny w Rudzie Śląskiej, 147-kilometrowe ultra ze Szczecina do Kołobrzegu. A właściwie 151 km. Znowu Sudecka Setka…

No i porwałeś się na pierwsze 200 km, w Biegu 7 szczytów.

Tak, ale musiałem zakończyć na 130. km ze względu na problemy ze stopami.

Ale nie przeszkodziło Ci to stanąć na starcie UTMB krótko później. I dotrzeć do mety.

Raczej doczołgać się do mety… Dotarłem na nią chyba 1,5 godziny przed limitem. Przez te same problemy ze stopami co na 7 szczytach. A w tydzień po UTMB startowałem jeszcze w Biegu 7 Dolin.

Hardkor.

Trochę tak, bo w niedzielę po UTMB nie byłem w stanie stanąć na stopach, a już w piątek biegłem setkę w Krynicy…

Łukasz Sagan. Fot. Archiwum Łukasza

Fot. Archiwum Łukasza

A dlaczego zdecydowałeś się na Bieg 7 Dolin, skoro na UTMB tak poważnie pokiereszowałeś stopy?

 Hm… Byłem już zapisany wcześniej, ha ha. Pewnie gdyby się nie zagoiły do tego czasu to bym się nie zdecydował. Na szczęście tydzień wystarczył aby móc spróbować ukończyć tę setkę.

Bardzo mocny sezon. Dużo startów i to paskudnie trudnych… Jak zniosłeś ten sezon? To gigantyczna biegowa robota! Nie rozwalałeś się od tego biegania? Ile wtedy trenowałeś? W godzinach, czy kilometrach?

 Pod kątem liczby startów to najintensywniejszy był rok 2013. W 2014 roku startowałem mniej, ale wydłużyłem dystanse. Biegałem raczej na świeżości.

Świeżości?!

Chyba tak jedynie można to nazwać. Chyba nie było okazji aby się zajechać na treningach. Zresztą w 2015 roku było podobnie. W 2016 udało mi się podwoić ilość pracy włożonej w przygotowania w stosunku do 2015 roku, ale i tak uważam, że zrobiłem tylko minimum pod zawody, do których się przygotowywałem.

 Nie zdradzisz żadnych liczb?

No dobrze, z ciekawostek powiem Ci, że w 2014 roku objętościowo nie nabiegałem nawet 2000 km. Wiem, nie jest to najlepszy przykład jak trenować do UTMB czy biegu 7 Szczytów. Myślę, że zawiodło co innego, ale… może to był skutek właśnie słabego wybiegania?

 Rok później wróciłeś na Bieg 7 Szczytów.

Tak, to był rewanż. I sprawdzian przed wrześniowym startem w Spartathlonie. Ale to rok 2016 był jak dotąd zdecydowanie dla mnie najlepszy, pod kątem wyników. Pomimo nieukończenia w limicie zawodów Trofeo Kima we Włoszech. Dobiegłem chyba godzinę po limicie…

A co Cię pchnęło na ten bieg 24-godzinny? To jednak całkiem inna para kaloszy niż bieganie po górach. Całkiem inna specyfika. No i 100 km biegłeś zapewne maleńkie kilkanaście godzin, a tu, 24! Jak to zniosłeś?

Myślę, że chyba to była ciekawość. Chęć spróbowania, jak to się biega przez 24 godziny po asfalcie. O ultra w górach miałem już jakieś pojęcie, mniejsze czy większe ale miałem. Wyniku przyzwoitego wówczas nie nabiegałem, z tego co kojarzę, to ostatnie, chyba 4 godziny chodziłem. Nie byłem w stanie biegać, dopadła mnie kontuzja przeciążeniowa.

Opowiedz mi o Spartathlonie.

Oczywiście pojechałem… nieprzygotowany. Lub jak kto woli – słabo przygotowany, jak na takie zawody. Zgłosiłem się nie mając pewności czy z moim dotychczasowym dorobkiem biegowym się w ogóle zakwalifikuję. Ale jakimś cudem się udało. Impreza oczarowuje od pierwszego razu. Co prawda nie mam doświadczenia w startach w zawodach za granicą, ale np. UTMB, moim zdaniem – ma się nijak do Spartathlonu.

Aż tak się zakochałeś?

Jest na świecie kilka imprez, które mam nadzieję w przyszłości uda mi się zaliczyć i wtedy będę miał porównanie, ale – na chwilę obecną – Spartathlon jest dla mnie niekwestionowaną imprezą numer jeden.

No to co w nim magicznego?

Ma wspaniałą atmosferę, tradycję, trasę, która sięga czasów starożytnych. Jest imprezą, która nie potrzebuje medialnego szumu. W pakiecie masz nie tylko start w imprezie, ale i pełne zakwaterowanie w hotelach z pełnym wyżywieniem przez praktycznie tydzień. Jest też najlepsza meta na świecie, gdzie czujesz się jak mistrz olimpijski. Jak przybiegasz musisz ucałować stopę króla Leonidasa, zakładają Ci na głowę wieniec z drzewa oliwnego. Dziewice spartańskie podają Ci czarkę z wodą (śmiech). Później trafiasz do namiotu medycznego, gdzie opatrują Ci stopy. Dostajesz jeść, pić, co sobie zażyczysz. Ubierają Cię w kapcie finishera i odwożą taksówką do hotelu. Są dwa zakończenia – jedno w Sparcie z uroczystym obiadem i drugie, w Atenach, gdzie jest jeszcze bardziej uroczyście.

No i nazwisko zwycięzcy Spartathlonu zostaje wyryte w kamiennym posągu, który stoi w centrum Sparty. To robi wrażenie. Śmiało można powiedzieć, że są to nieoficjalne mistrzostwa świata ultra na asfalcie.

Łukasz Sagan w Grecji. Fot. Archiwum Łukasza

Łukasz Sagan w Grecji. Fot. Archiwum Łukasza

A co Cię tam w ogóle zaprowadziło?

Czytając „Urodzonych biegaczy” czy „Jedz i biegaj”, chciałem przeżyć, namacalnie dotknąć tych wszystkich tras wyścigów co bohaterowie. Spartathlon był jedną z nich. Trochę jeszcze zostało do zaliczenia. Mam nadzieję, że uda się to marzenie zrealizować.

No proszę! Zainspirowałeś się?

A jakże!  W ogóle… te książki miały bardzo duży wpływ na to jakim biegaczem zostałem. Do pewnego momentu miałem taki rytuał, że starałem się przed każdymi zawodami ultra, w których miałem biec, przeczytać jedną z tych dwóch książek!

Scott Jurek był Twoim idolem?

Czy idolem? Wole zdecydowanie określenie „inspiracją”. Cieszę się, że mogłem go poznać osobiście, jak był w Warszawie na spotkaniu autorskim w Traffic Clubie, a później na treningu w Ergo.

Skoro już zeszliśmy na takie bardziej oboczne tematy, to powiedz mi czy masz jeszcze jakieś inne pasje, poza bieganiem?

Powiem szczerze, że pracując na etacie ciężko jest znaleźć czas na coś jeszcze oprócz biegania. Zwłaszcza kiedy trzeba się przygotować do tak długich zawodów. Ale może postawiłbym właśnie na książki.

A jaka jest Twoja ulubiona muzyka, filmy?

Muzyka? Zdecydowanie Depeche Mode! A jeśli chodzi o kino,  to pozytywne, inspirujące obrazy. Choć ostatnimi czasy praktycznie nie oglądam filmów. Nawet złapałem się na tym, że po obejrzeniu, miałem poczucie straconego czasu. Wolę jednak coś poczytać.

A jedzenie? Wybacz, to mój konik. Zawsze pytam o jedzenie!

Ha ha… Jeśli chodzi Ci o to, co najbardziej lubię, to postawiłbym chyba na ciasta. Noooo… np. na kremówki. W Krakowie polecam cukiernię Czarodziej. Mmmm… tak, zdecydowanie ciasta to moja największa żywieniowa słabość. Ale pierogi też są bardzo ok.

I na zawodach też wcinasz ciasta i pierogi?

Staram się korzystać z tego, co oferuje organizator na punktach odżywczych. Nie jestem jakiś bardzo wymagający. Najbardziej chyba pasują mi owoce. No i jakaś zupka, typu rosołek.

Wróćmy jeszcze na biegowe ścieżki. Powiedz mi, co Cię gna dalej i dalej? Większość ultramaratończyków zadowala się wrażeniami z 80-100 km. Osiągnięcie tej pierwszej trzycyfrowej liczby to już wielkie osiągnięcie. Ty się tym nie zadowalasz.

Hm… Dla mnie ultra zaczyna się wtedy, kiedy musimy zmierzyć się nie tylko z dystansem, ale przede wszystkim z brakiem regeneracji organizmu, snu na trasie… Chyba właśnie dlatego zacząłem startować w tak długich zawodach. Wiesz, biegnąc zawody na 100 km lub krótsze nie jesteśmy w stanie doświadczyć tego wszystkiego. Ultramaratony sięgają o wiele wiele dalej. Ja tak przynajmniej rozumiem świat ultra.

Łukasz Sagan. Fot.

Czyli mam rozumieć, że stówa do dla Ciebie jeszcze nie ultra?

 Wiesz, według definicji każdy dystans powyżej maratonu to już ultra, absolutnie temu nie zaprzeczam. Ale przy biegach o wiele dłuższych zaczyna się już zupełnie inne bieganie. Moim zdaniem szybkość już nie odgrywa tu tak ważnej roli. Wydaje mi się, że to już kwestia bardziej głowy niż wytrenowania. Oczywiście każdy dystans biega się inaczej, mimo że jest to cały czas bieganie, ale są to zupełnie inne dyscypliny. Moim zdaniem błędem jest wrzucanie do jednego worka o nazwie „ultra” wszystkich biegów powyżej maratonu.

No to na koniec opowiedz mi o bieganiu 48-godzinnym. W tym roku ustanowiłeś nowy rekord Polski, ale od czegoś przecież się zaczęło…

Jadąc na zawody 48-godzinne w 2016 zupełnie nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. To był start z czystej ciekawości bez jakichkolwiek założeń. Miałem się tylko przekonać jak to jest, jak się biega przez 48 godzin. Bo  jak to jest przez 24 już co nieco widziałem. Trzeba było „tylko” dołożyć kolejną dobę.

Masakra. Mózg się lasuje od samego myślenia o bieganiu przez dwie doby na pętlach.

Faktycznie, perspektywa szurania przez dwie doby na kilometrowej pętli może przerażać. Ale jak człowiek doświadczy osobiście, to okazuje się, że nie jest tak strasznie. Pojechałem wtedy zupełnie sam, z jedną zjechaną, dziurawą parą butów do biegania.

No i jak Ci poszło?

Debiut zakończyłem po 44 godzinach, ze względu na kontuzję przeciążeniową i bąble na stopach. Nabiegałem 361 km. Wiedząc, że moja pozycja jest niezagrożona, łatwiej było mi odpuścić. W zasadzie pojechałem tam po nic. Miałem się tylko sprawdzić, nawet nie wiedziałem jaki jest aktualny rekord Polski. Dowiedziałem się na miejscu od Anglików, ha ha. Ale po tamtym starcie wiedziałem, że stać mnie było na ustanowienie nowego rekordu. Miałem na to zapasu 4 godziny i tylko 9 km do pokonania, więc nie było szans aby tego nie zrobić, jeśli bym się zdecydował.

No i wróciłeś. Po ten rekord. I zwycięstwo.

Tak, ten start już miał być zupełnie inny. Założenie było jedno, aby zrobić rekord. Nie myślałem o tym żeby wygrać. Wiedziałem już ile muszę nabiegać, a czy mi się uda to już inna sprawa, bo planowanie przy tak długich zawodach, że się na pewno uda, jest bardzo odważne. Zbyt wielu było takich co im się wydawało i polegli.

Łukasz Sagan z polską flagą

Ale miałeś już tę świadomość, że Cię na taki wynik stać.

To fakt. No i tym razem pojechałem jeszcze bardziej wybiegany, mądrzejszy o doświadczenia. Oczywiście po drodze start w tej imprezie zaczął malować się w czarnych barwach. Mało brakowało, a bym musiał odpuścić, Jakieś trzy tygodnie przed zawodami, spadła na mnie kontuzja. Połamało mnie w dolnym odcinku pleców, nie byłem w stanie prosto chodzić, a co dopiero biegać.

Sportowcy, a bóle jak u emerytów. No ale wykaraskałeś się z tego.

Kilka dni i kilometrów miałem… w plecy, ha ha. Ale miałem nadzieję, że szybko wrócę do biegania. Trwało to dłużej niż myślałem, ale w końcu puściło. Żeby tego było mało, półtora tygodnia przed startem, wylądowałem w Warszawie w szpitalu z ostrym (pierwszy raz w życiu) bólem brzucha. Cały dzień spędziłem na badaniach.

Rany, gdybyś był przesądny to byś na pewno nie pojechał. Toż to brzmi jakby wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły ci – nie jedź! Nie bałeś się o swoje zdrowie?

Na szczęście badania nic poważnego nie wykazały, więc się uspokoiłem. Zrobiono mi usg brzucha, dostałem dwie kroplówki i w końcu mogłem opuścić szpital. Był poniedziałek wieczorem. Do rozpoczęcia zawodów pozostało jakieś 10 dni, a ja nie nadawałem się do życia. A co tu mówić o bieganiu. Całe szczęście wszelkie dolegliwości ustąpiły po 5 dniach. Po drodze kontrolna wizyta u fizjoterapeuty i zielone światło. Mogę biec.

Ale nie przejmowałeś się, że może jednak nie powinieneś się tak eksploatować?

Wiesz, tym razem nie byłem sam. Pojechała ze mną moja Ewa, która mnie serwisowała na miejscu.

A co działo się podczas biegu?

Chyba w okolicach 300. kilometra zaczęły się problemy. Najpierw z kostkami, podbiciem stóp, następnie z piszczelem i z biodrami.

Łukasz Sagan asfalt

Czyli „zwyczajne” problemy ultramaratończyka. Ale robiłeś swoje.

Tak, w odróżnieniu do pierwszego startu, celem było biegać do samego końca. Jak mnie tak wszystko bolało to nadszedł ten moment, w którym rekord Polski zaczął się oddalać ode mnie. Na szczęście przy delikatnej pomocy proszkiem przeciwbólowym udało się jakoś ruszyć i kręcić kolejne kilometry. Finalnie, szczęśliwie udało mi się zrealizować co sobie założyłem na ten start.

Ale mam wrażenie, że masz jakiś niedosyt.

Uważam, że jeśli biegałbym do końca w 2016 roku, udałoby się wykręcić lepszy wynik niż  w tym roku. Na pewno jest tutaj jeszcze dużo do zrobienia. A czy to będę ja? Czy ktoś inny? Kto wie.

Coś się zmieniło po tym jak ustanowiłeś ten rekord?

W jakim sensie „zmieniło”?

No, tak ogólnożyciowo.

Coś w tym stylu, że byłem do lutego larwą, a teraz przepoczwarzyłem się i jestem pięknym motylem? Ha ha!

Pięknie to ująłeś. Tak, o coś takiego pytam.

Tak na serio… To tak mocno niszowa dyscyplina, że raczej ciężko się nastawiać na jakieś zmiany. Nawet biegi 24 h, które mają rangę mistrzostw świata i podlegają pod pzla są mocno przez nich olewane, brzydko mówiąc. Po prostu zmieniła mi się życiówka i tyle. Może przez to łatwiej jest się dostać na inne zawody… Ale – to nie piłka, czy sport olimpijski. Wydaje mi się, że to wszystko jest zbyt abstrakcyjne, aby opowiadać o tym ludziom. To znaczy – opowiadać można. Ale chyba mało kto to zrozumie.

Powiedz mi jeszcze, miałeś w życiu jakiś wyjątkowo podły start? Taki, który być może w ogóle nie powinien się odbyć?

Może moje drugie DNF, Sudecka Setka w 2015 roku. To był chyba do tej pory mój jedyny start, gdzie w trakcie biegu poczułem zupełną niechęć do biegania. Zejście na 40. kilometrze nie było związane z jakąkolwiek kontuzją. Po prostu najzwyklej w świecie odechciało mi się biegać. Uznałem więc, że nie ma sensu tego ciągnąć. Naprawdę poczułem wielką ulgę, że już nie muszę biec.

A jakie jest Twoje marzenie, takie nie biegowe?

Chyba… mieć większą kontrolę nad własnym życiem. Może to brzmi za bardzo filozoficznie, ale chyba tak.

Łukasz, w takim razie tego Ci właśnie życzę. I powodzenia w eksploracji kolejnych granic. Przy okazji – wielkie gratulacje, choć mam wrażenie, że nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa.

O Autorze

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Dziennikarz sportowy, przez lata redaktor naczelna magazynbieganie.pl, biegaczka, zawodniczka rajdów przygodowych. Ultramaratonka, która ma na swoim koncie udział w prestiżowych imprezach, m. in. Marathon des Sables, Transalpine Run, CCC, Transgrancanaria czy Marathon 7500. Jedyna Polka, która ukończyła słynną angielską rundę Bob Graham Round. Promotorka biegania ultra w Polsce i współautorka książki "Szczęśliwi biegają ULTRA".

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany