Kamila Leśniaka, pomimo tego że ma dopiero 22 lata, nie trzeba przedstawiać chyba żadnemu miłośnikowi biegania ultra w Polsce. Coraz częściej daje nam nie tylko okazje do emocjonowania się swoim ściganiem, ale również do cieszenia się ze świetnych wyników. Niedawno zajął drugie miejsce podczas trzydniowego wyścigu Azores Trail Run. Z tej okazji porozmawialiśmy z Kamilem o mijającym sezonie, planach na bliższą i dalszą przyszłość… i nie tylko.

Jak na spokojnie oceniasz ostatni start? Jesteś w 100% usatysfakcjonowany, czy może czujesz, że coś należało rozegrać inaczej? Strategię miałeś przygotowaną chyba inną? No i co z tymi problemami żołądkowymi…

Tak, jestem mocno zadowolony. Może nie jest to 100%, bo w tym wypadku pasują idealnie słowa: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mimo wszystko jest to wynik, z którego jestem dumny i mogę się nim pochwalić. Niedosyt jest, bo gdzieś tam z tyłu głowy była myśl o wygranej. Tym bardziej, że byłem w mocnej formie. Dużo spraw potoczyło sie nieoczekiwanie po nie mojej myśli! Taki już urok tej imprezy.  Co do planów, oprócz chęci ścigania się to wykorzystać szybkie zbiegi.  Faktycznie, troszkę było nie po mojej myśli z tym, gdyż przed 2 etapem miałem problemy żołądkowe na łodzi. Okazuje się, że mam chorobę morską, o której nie wiedziałem. Na godzinę przed startem drugiego, 27-kilometrowego etapu, wypłukałem się ze wszystkiego co miałem…tzn. rzygałem J  Z faceta który wstał rano pewny siebie i swoich nóg, aby znów wygrać stałem się totalny wrakiem – czułem się fatalnie na linii startu.  Byłem drugi i jest to super wynik. Historię z łodzią mogę zostawić dla osób, które będą pytać ‘’dlaczego nie pierwsze’’. Chociaż prawda jest taka, że nie byłem pierwszy, bo rywal był mocniejszy i kropka.

Fot. facebook.com/Kamil-Leśniak-fanpage

Jak podsumowujesz sezon – czy w 100% udało Ci się zrealizować założenia?

Bardzo wysoko sobie określam cele, które są ciężkie do zrealizowania. I tak było w tym roku. Nie zrażam się do tego jak mi nie wychodzi, ma to służyć temu, żeby cały czas dążyć do tego celu. Gdybym miał łatwe cele, to zapewne bym się rozleniwił.  Nie zrealizowałem 100%, ale jestem zadowolony z tego co mam. Ten rok był naprawdę wartościowy. Kilka pięknych biegów w pięknych miejscach jak Azory czy Madera, udział w Mistrzostwach Świata, i to 2 razy, oraz super wyniki i miejsca.  Dużo doświadczenia dał mi ten rok, ale też ten czas zmienił moje podejście do biegania. Myślę, że coraz lepiej pielęgnuję to moje biegania. Mogę chyba już powiedzieć, że amatorem nie jestem.  Za profesjonalistę też się nie uważam. Chodzi mi o to, że w roku 2015r, zacząłem trakować bieganie poważnie. Układać harmonogram dnia pod treningi, prace zmienić na lżejsze oraz na wszystkie aspekty życia patrzeć przed pryzmat biegania.

Jakie więc masz plany na przyszły sezon?

Ciężko mi teraz pisać o konkretnych plany, bo dopiero zamknąłem sezon 2015 r. Na pewno chce się wybrać na Transvulcanie, tylko nie wiem jaki dystans wybrać. Chciałbym zmniejszyć ilość biegów powyżej 100km oraz większych ilość biegów górskich, ale tych krótszych. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Zostając w tematyce ultra to w 2016 r. chodzi mi po głowie Transvulcania oraz 100 w Krynicy. Ten drugi bieg to ze względu na Mistrzostwa Polski. Cholernie brakuje mi medali rangi MP.


Fot. Facebook.com/Kamil-Leśniak-fanpage

Jakie widzisz przed sobą cele w dłuższej perspektywie? Jak widzisz siebie jako biegacza za 5-10-15 lat?

Emerytura.  Będę jeździł po bankietach, pił whisky oraz uśmiechał się do zdjęć. Żarty, żartami, ale ciężkie pytanie. Tak naprawdę, to o tym nie myślę, bo ja jeszcze tej kariery prawdziwego biegacza nie zacząłem. Na razie próbuje się przebić przez to i stać się biegaczem profesjonalistą. To jest mój cel. Mam nadzieję, że za 5 czy 10 lat taką osobą się stanę.

Niedawno startowałeś w Toruniu w maratonie ulicznym – czy to był tylko taki skok w bok czy myślisz też o biegacz ulicznych?

Taki szybki numerek. To dla mnie ważna sprawa – biegi uliczne. Mam nadzieję, że częściej będę brał udział w nich. Nie mówię tu konkretnie o maratonie, ale o biegach ulicznych. Toruń Marathon był w planie dlatego, że a) szukałem celu po maratonie, który nie będzie ultra b) chciałem podziękować organizatorowi za wyróżnienie, że zostałem twarzą tego maratonu.

Myślę jak najbardziej o ulicy, bo w tym tkwi sukces. Im szybszy będę na ulicy tym szybszy będę w ultra. Myślę, że wytrzymałość zbuduję, już wiem, że jest na stabilnym poziomie. Szybkość trudniej nabyć. Więc chcę częściej biegać po płaskim!

Jakie były Twoje początki z bieganiem – od czego się zaczęło? Skąd wziął się Kamil Leśniak?

Od mamy się wziął. To było 27 czerwca 1993 r., bodajże niedziela.  Nie pamiętam. Generalnie ciemno było.  Podobno straszna wichura była i generalnie  ponury dzień to był. Jednak tej nocy coś się zmieniło na świecie. Wyskoczyłem o 1:00 i od tej pory światłość pojawiła się na ziemi… sam Bóg mi nadał imię Kamil – z łaciny camilos ( tzn. ca – wszystkie, milos – mile). Taka historia w skrócie!

Początki jak każde aktywne dziecko – w szkole. Grałem w piłkę, pływałem, ale to w bieganiu na poziomie szkolnym byłem nie do zdarcia. Tak mi się wydawało. No i dobrze, bo jestem charakterem, co może robić jedną rzecz do znudzenia. I tak sobie biegałem i biegałem, aż w końcu po kilku latach zrodziło się coś takiego jak ultra. W sumie też mój starszy brat był takim impulsem, a raczej jego jedyny puchar, jaki miał wtedy właśnie z biegów.  Ja nie mogłem być gorszy, musiałem być lepszy. Też byłem tym rocznikiem, gdzie aż takiego dostęp do Internetu czy gier nie miałem, a raczej ograniczony. Spokojnie, żeby nie było – w CSa grałem sporo, ale to gdzieś w międzyczasie. Dużo aktywnie spędzałem czas, a bieganie wypełniało mi dzień, bo do nauki się nie pchałem mocno.

Jaki trening planujesz na zimę?

Rozbiegać się dobrze najpierw. Za jakiś czas dojdzie zapewne siła biegowa i zakres. To takie podstawy biegania. Generalnie to zależy od trenera, co mi napisze. Jeszcze z nim o tym nie rozmawiałem. Planuję kontynuować chodzenie na siłownie. Ostatnie miesiące przepracowałem tam i mocno poskutkowało. Czuje się silniejszy i sprawniejszy.


Fot. Facebook.com/Kamil-Leśniak-fanpage

Jak teraz udaje Ci się pogodzić treningi i studia?

Udaje mi się w taki sposób, że zrezygnowałem z większości moich prac dorywczych. Musiałem w jakiś sposób zapłacić za czynsz i jedzenie. W sumie to rodzice mnie wspierali, ale jednak jak chciałem jeździć na zawody to musiałem zarabiać. Teraz opiekuje się mną kilka firm, przy których nie muszę się martwić co będzie jutro. Zrezygnowałem z prac weekendowych i przez to mogę spokojnie trenować i odpoczywać. To też wpływa na moje studiowanie. Nie będę ściemniał, ostatnio zawaliłem ten dział, bo za mocno chciałem biegać.  Teraz studiuję i trenuję – jest to zrównoważone. Uczelnia mnie też wspiera w realizowaniu moich celów. Mam nadzieję, że tak zostanie J

Co według Ciebie jest najważniejszym elementem treningu pod ultra? Objętość, siła…

Nie wiem czy to element treningu, ale generalnie najważniejszy w ultra jest czas, czyli cierpliwość.  Ja tego nie rozumiałem i za szybko pewne rzeczy chciałem robić. Wiem, że i tak mało osób weźmie to sobie do serca, bo ja np. nie brałem. Nadal często jestem niecierpliwy, ale się uczę tego. Jednak jak ktoś o tym pomyśli, to zaprocentuje. Może nie w tym roku, ale za 3-5lat. Myślę, że spokojny trening, zrównoważony, to jest najważniejsze. Małe kroczki do przodu.  Jeżeli mam kategoryzować co jest ważne w biegach ultra, to na pierwszych miejscach nie byłyby jednostki treningowe, kilometry, a raczej aspekty psychologiczne czy ogólnie mówiąc regeneracja. Zauważyłem, że o pomyślnym biegu decyduje nastawienie do niego, jak i do samych treningów. Zanim zrobię te super ciężkie treningi ultra to ja muszę się mocno zmotywować do nich. Więc każdemu biegaczowi życzę, żeby mu się chciało trenować i miał z tego zabawę. To raczej element, którego efekty zobaczymy po kilku latach biegania. A z sezonu na sezon co jest ważne? Ja nie wiem, spytaj się mojego trenera – Piotr Suchenia.

Końcówka roku to czas, kiedy wiele osób planuje przyszłoroczne starty, a w tym debiuty na ultra. Jaką masz radę na zimę (i nie tylko) dla przyszłorocznych ultra-debiutantów?

Mam 22 lata i mam już dawać rady? Ok, dla mnie bomba! Dla debiutantów radzę, to co już wcześnie napisałem spokój w treningu. Systematyczność i stopniowanie trudności. To, że macie w planach ultra, to nieznaczny, że musicie więcej biegać kilometrów. To znak, że musicie przygotować ciało do wytrzymania takiego dystansu. Nie ma sensu klepać bezsensownie kilometry, jak ciało nie jest w stanie tego wytrzymać.  Kilka tygodni super przepracujecie, po czym przyjdzie kontuzja mimo, że chęci będą. Żeby trenować więcej, trzeba przygotować ciało do tego. Koło się w sumie zapętla. W ultra i tym bardziej ultra trail pracuje całe ciało intensywnie, a nie tylko nogi. Plecki, ramiona, brzuch itp. To jest ważne. Zima to okres spokojny, gdzie można skupić się na trenowaniu, spokojnym trenowaniu.


Fot. Facebook.com/Kamil-Leśniak-fanpage

Pamiętasz swój pierwszy start w ultra?

Dla mojego ciała to Maraton Toruński w 2010r był takim ultra. Jednak zabawa miejska Nike Grid była moim pierwszym ultra wyczynem. To było 48h biegania pomiędzy budkami telefonicznymi. Przebiegłem najwięcej, bo aż 210km, ale nie wygrałem, bo chodziło o  zbieranie pkt, czyli taktykę J Jeżeli chodzi o bieg liniowy z punktu. A do punktu B to będzie Transjura 2011r. Kilka dni po uzyskaniu pełnoletniości, to był mój 2. bieg życia, bo pierwszy miałem też tam ale rok wcześniej. W 2011r. jeszcze przed startem chciałem sobie ukończyć 164 km, ale już w czasie biegu chciałem wygrać i to nie z byle kim, a Maćkiem Więckiem.  Rumak ze mnie taki był, że podziękowałem Maćkowi po 80km i siadłem sobie. Jeszcze wtedy było wszystko okej, nawet myślałem że chwilę odpocznę i dogonię go. Już nie wstałem. Po prostu nie wiedziałem, że jest coś takiego jak „mięśnie stygną”. Dowiedziałem się wtedy, ale już było za późno i ledwo wstałem…przeszedłem się przez następne 8h – 40km.

Pamiętasz swój największy kryzys w czasie startu i jak sobie z nim poradziłeś? (w końcu jesteś znany z radzenia sobie z kryzysami).

Pamiętam dobrze, bo to mój bieg życia był, czyli Transjura 2012r. Już na pierwszej edycji podłapałem jak mogę walczyć z kryzysem, ale to w drugiej edycji pokazałem esencję walki z kryzysem płaczem.  To był cudowny bieg. Historia jak z bajki, jakbym mógł zamienić bieg na bajki 😛  Znów zacząłem za mocno biec. Po 40 km znów nie czułem nóg. Leżałem przy trasie i odpoczywałem. Wkurzony byłem, ale w głowie siedziała mi myśl, że nie mogę tak tego zostawić. Nie mogłem przecież pokazać, że jestem tylko bachorem, który bezmyślnie kozaczy. Byłem mocno zmotywowany. Młody i gniewny, tym bardziej, że wtedy miałem gorzej, bo nic nie osiągałem, a każdy mi mówił, że to nie dla mnie. Teraz jest tych głosów mniej, bo mam wyniki. Wracając do rzeczy…
Prawie wszyscy mnie wyprzedzili na tym 40 km, a ja ledwo ruszałem nogami. Zagryzając i ściskając liście ruszyłem powolnym marszem. Muzyka w uszach nadała mi rytmu, po czym krzyk i wewnętrzne głosy nadały mi prędkości. Na 80km zacząłem z płaczem biec coraz szybciej. Pamiętaj, że co jakiś czas zatrzymywałem się, mimo że byłem rozpędzony. Zatrzymywałem się żeby ulżyć bólowi.  Wypłakać się w miejscu. Pamiętam jak leżałem na przystanku, a gluty z nosa mi ciurkiem leciały. Kompletnie nic nie widziałem. Zamazany obraz miałem przez łzy. Nieziemska ekstaza. Musiałem się zatrzymywać, żeby ten ból uspokoić. Ciężko było biec i ryczeć z bólu. Na 120km wróciłem na prowadzenie.  Dla mnie to kosmos – łapałem wtedy kilometry grubo poniżej 5min/km!
To niesamowite uczucie jak dostajesz drugie życie – ja to miałem. Ja zacząłem biec od nowa. Szkoda tylko, że zgubiłem trasę o jakiś 3 km odcinek i w sumie nadłożyłem dystans. Także straciłem możliwość celebrowania zwycięstwa w pełni. Dobiegłem godzinę ponad przed pierwszym, hmm… prawie 23h biegłem! Masakra! To był mój bieg życia i kryzys życia!

A biegowe marzenie życia?

Już jedno marzenie spełniłem – UTMB. Teraz marzenia biegowe zmieniło swoją postać. Nie dotyczy jakiegoś biegu, a ogółu. Chciałbym podróżować po świecie!

Na koniec może trochę głupie i sztampowe pytanie, ale… jakich masz biegowych idoli… może nie będzie to Kilian.

Kurde, zawsze na te pytanie odpowiadałem strzałem, wybierając pierwszego lepszego biegacza znanego, który wpadł mi do głowy. Prawda jest taka, że nie mam jakiegoś konkretnego czy konkretnych zawodników, którzy są moimi idolami. Generalnie bardzo dużo biegaczy szanuję i wzoruje się na nich – ale ich jest setki. Każdego za coś innego i są to zwykli biegacze, znajomi, przyjaciele. Im więcej o takiej osobie wiem, bliżej niej jestem tym chyba jest bardziej takim moim „idolem”. A co mi po takim Kilianie – jest świetnym biegaczem, ma wyniki, robi super akcje, ale może w życiu prywatnym jest bucem? Przepraszam za słowa i za to, że padło jego  nazwisko, ale akurat podałeś je J Chodzi mi o to, że wolę inspirować się osobami, które znam namacalnie, a nie postaciami, które są w dużym stopniu kreowane  przez media.  Poza tym chciałbym poznać Kiliana osobiście, może by mnie zainspirował…

Haha… a może Ty jego! Dzięki za rozmowę i powodzenia.

O Autorze

Paweł Ignac

Biegacz-amator z zamiłowaniem do biegania minimalistycznego. Z zapałem testuje buty do biegania naturalnego, startówki, jak i innego rodzaju sprzęt biegowy. Jego recenzje można znaleźć na blogu heavyrunslight.wordpress.com.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany