Szkocja to magia. Niby małe góry. Żadne tam Alpy. Wspinaczy tam niewielu, bo tylko kilka ścian jest na tyle pionowych by warto było zabierać linę. Do tego pogoda sprawia, że jadąc tam można mieć pewność, że będzie padać. I wiać. A potem może wyjdzie słońce i jeszcze raz popada. Nie jeździ się tam za sławą wielkich imprez czy gigantycznych szczytów polanych lodem.

Wyjątkowość i piękno tych gór kryje się w tym, co jest w nich wredne. W tych niskich chmurach przykrywających wierzchołki, w szarych obłokach szurających brzuchami o dna dolin. W świetle, które zmienia się dziesiątki razy na dobę. W prognozie pogody, która działa tylko przez kilka godzin. W niestabilności. W ciągłej zmianie kolorów. W soczystej zieleni i stalowej szarości. W błękicie nieba, który naprawdę można docenić, gdy wszystkie ciuchy są już przemoczone, a namiot właśnie stracił jeden z masztów.

Pierwszy raz poczułem Szkocję 20 lat temu, kiedy jechałem autostopem do Irlandii. Pamiętam, że do Anglii wjechaliśmy nielegalnie – ciężarówką prowadzoną przez gościa z Nottingham. Nie mieliśmy za bardzo pieniędzy, nie mieliśmy zarezerwowanych hoteli czy chociaż kempingów, więc szanse na wizę były marne. Ale udało się. Celnik nie pytał kim jest ten szczaw z długimi włosami, a ja nie wychylałem się by pokazywać polski paszport. Przez Anglię też jechaliśmy na głupa – byle na północ, a potem byle by odbić w kierunku portu, z którego by można popłynąć do Belfastu. Carlisle to dopiero przedsionek Szkocji, ale zapamiętałem te kolory. Tę zieleń łąk i szare odcienie chmur. I te dziwne akcenty Anglików z Kumbrii i Szkotów. A do tego przestrzenie, które chłonąłem całym sobą.

W 1997 roku jechałem tu 4 dni. Teraz, po niespełna trzech godzinach w samolocie, przesiadłem się w Edynburgu do wynajętego samochodu.

Ruszam. Jestem syty, suchy, ciepły i nadal chłonę widoki. Z taką samą intensywnością jak dwadzieścia lat wcześniej. Specjalnie pojechałem dłuższą drogą, by móc sobie popatrzeć na świat. Na te łyse zbocza pocięte bruzdami potoków, na owce, na małe miasteczka z białymi domkami.

Owce, chmury i góry tonące w nich. Fot. Karolina Krawczyk

Owce, chmury i góry tonące w nich. Fot. Karolina Krawczyk

Tak się cieszę, że świeci słońce, i że są te magiczne góry, że nie myślę o rozbijaniu namiotu, o tym by wymyślić coś na kolację. Przebieram się w szorty i lecę na szlak tuż przed 20. Za dnia to ruchliwa autostrada – wszyscy chcą wejść na najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, ale teraz na ścieżce na Ben Nevis mijam tylko pojedyncze osoby. Mają duże buty za kostkę, spore plecaki. Większość z nich spędziła pół dnia w górach. Wielu nocowało gdzieś na szlakach, a teraz schodzą by załapać się na ostatni pociąg czy autobus, który zawiezie ich do domu. Ja jaram się jak dzieciak i sporą część szlaku biegnę. 1300 metrów w górę. Tyle jest z kempingu na szczyt. Zajmuje mi godzinę i 15 minut, ale zupełnie nie czuję zmęczenia. Raczej ekscytację.

Wszędobylskie owce. Fot. Karolina Krawczyk

Wszędobylskie owce. Fot. Karolina Krawczyk

Zadanie

Ale nie przyjechałem tu zwiedzać i się opalać (choć to oczywiście gra ważną rolę). Przyjechałem wbiec na 24 szczyty w okolicy. Szczyty o dumnym mianie Munro – czyli te wznoszące się 3000 stóp (914 m) nad poziom morza. Do tego trzeba było to zrobić w 24 godziny. Trasa nazywa się Charlie Ramsay Round i została wytyczona w 1978 roku. Od tamtej pory trochę ponad 100 osób pokonało ją w założonym czasie.

Góry niby małe, niebezpieczeństw lawin nie ma. Niewiele tu grani, z których można zlecieć i roztrzaskać się w dole. Do tego to cywilizowany kraj. I nawet zasięg komórki jest na jakiejś ⅓ trasy. Ale szczegóły okazują się bardziej kłopotliwe.

O ile wbieg na szczyt Ben Nevis idzie mi nieźle, tak poruszanie się po tutejszych graniach już gorzej. Na płaskim często walczę o uzyskanie tempa rzędu 10 min/km. Na zbiegach co gorsza też… A przecież  w Polsce mówią, że zbiegam dobrze.

I tu pojawiają się wątpliwości. Na ile te moje umiejętności wystarczą w Szkocji. Czy rekord trasy zrobiony na zawodach 6x Babia, coś tu znaczy? Czy treningi w Beskidach przełożą się na te góry bez szlaków?

Planowanie gdzie się spotkamy z Magdą i Karoliną - supportem. Niestety, nie ma tu wiele miejsc, w które da się sensownie dotrzeć. Fot. Karolina Krawczyk

Planowanie gdzie się spotkamy z Magdą i Karoliną – supportem. Niestety, nie ma tu wiele miejsc, w które da się sensownie dotrzeć. Fot. Karolina Krawczyk

Jak to wygląda

Przede wszystkim trzeba znów powtórzyć – pięknie. Bo przecież po to się tu biega, żeby móc dostać łomot w pięknych okolicznościach przyrody. Bieg zaczyna się ładnie ułożonym kamiennym szlakiem ale wierzchołek i dalsze turnie to już nie jest łatwa wycieczka.

Ben Nevis i okolice jego szczytu to w dużej mierze gołoborza – czyli sterty głazów jak telewizory. Biegać po tym się nie da. Po prostu skacze się z kamienia na kamień. A jak jest mokro to suwa się po tym. Sporo jest miejsc, gdzie trzeba wesprzeć się rękami. Do tego stromo jest okrutnie. Pierwsze 10 km to 2000 m przewyższenia. W sumie łatwiejsze są ścieżki w górę. Potem pojawiają się dwie niepozorne granie. Na mapie wyglądają w sumie łagodnie – przynajmniej urwisk na nich nie zaznaczono. Ale jak się policzy poziomice to robi się duszno. 400 m w górę i 400 m w dół na jednym kilometrze. Płyty, głazy, trochę trawniczków, ślady ścieżki. No i widoki. Po lewej ręce dolina ciągnąca się przez 5 km, niemal do morza, a po prawej druga dolina zamknięta granią Mamores – szczytów po 1000 m wysokości.

Szykuję się na start. Fot. Karolina Krawczyk

Szykuję się na start. Fot. Karolina Krawczyk

Co się nie udało

Po tygodniu spędzonym na polu kempingowym, ruszyłem w końcu na samą próbę. 93 km. Coś koło 8000 m przewyższenia. Nie miałem jednak szczęścia do pogody – zresztą Szkocja w ogóle nie ma do tego szczęścia i pada tu niemal codziennie.

Mogłem sobie wybrać czy startuję w sobotę czy w niedzielę. Z tym, że w piątek padało, w sobotę miało lać, a na niedzielę zapowiadali mix pogodowy. Z tego zestawu wolałem mix.

I zacząłem o 2:45. Najpierw zmoczyło mnie w ciemnościach na Ben Nevis. Potem zjechałem na mokro po gołoborzach i wspiąłem się na drugi szczyt z zestawu – Carn Mór Dearg. To był najcięższy fragment w tej okolicy. Za szczytami Aonach Mór i Aonach Beag, zrobiło się ciut łatwiej. Ale i tak pokonanie 15 km zajęło mi około 4 godzin. Dużo wolniej niż zakładałem. Na szczęście wzeszło słońce i zaczęło osuszać granie. A teren trochę się położył.

Start przy Youth Hostelu. Fot. Karolina Krawczyk

Start przy Youth Hostelu. Fot. Karolina Krawczyk

Jak tu pobiegać szybciej

Środkowa część poszła szybko – grań nazywa się Grey Corries. Jest pięknie szara i upstrzona kwarcytem. To taki kamień miejscami podobny do krzemienia. Razem z rudymi i zielonymi trawami daje piękne połączenie. Piargi w tej okolicy są drobniejsze i sypkie, to pozwala zbiegać częściowo się zsuwając, a więc dosyć przyjemnie. No i przewyższenia są mniejsze, trochę jak na grani Tatr Zachodnich. Tylko ścieżek brak.

Ścieżek tu jak na lekarstwo. Czasem podłoże jest w miarę łaskawe, czasem całkiem nie. Tu akurat dobrze, bo tylko stromo. Fot. Karolina Krawczyk

Ścieżek tu jak na lekarstwo. Czasem podłoże jest w miarę łaskawe, czasem całkiem nie. Tu akurat dobrze, bo tylko stromo. Fot. Karolina Krawczyk

Za ostatnim z Grey Corries, Stob Ban, trzeba się dobrze przygotować psychicznie. Bo jak na dłoni widać problem, który czeka na biegacza – Dolina głęboka na 600-700 metrów, którą trzeba przeciąć na rympał, zaraz po drugiej stronie wspinając się (również na rympał) na kolejny szczyt. Nie ma co kombinować. Tutaj idzie się na wprost przez wrzosowiska i piargi. Każdy wariant jest równie dobry jak i równie zły. Na podejściu GPS pokazuje abstrakcyjne wartości – ostatni kilometr pokonany w 25 minut! Cholernie daleko od wymarzonej średniej 10 min/km czy średniego tempa z biegu 6x Babia – 8:30 min/km. Tup, tup, tup z zadartą głową. Nie biegam tu w czapce z daszkiem, bo wówczas nie widzę gdzie jest szczyt. Zresztą i tak skrył się w chmurach. Jego położenie czytam tylko z mapy. Nazwy nigdy nie zapamiętam – Stob Coire Eassain (1115 m). Z wierzchołka mnie niemalże zwiewa. Ale niżej już jest znośnie. Przez chmury przebija się kolejny szczycik do zaliczenia – kilometr dalej i tylko 130 m podejścia. Tak dla uśpienia czujności. A potem dłuugie proste grzbiety porośnięte trawą. Trochę skałek.

Fot. Karolina Krawczyk

Fot. Karolina Krawczyk

Jest tu przepak

Mija 7 godzin z kawałkiem i jestem w dolinie nad jeziorem. Tu świeci słońce, choć wiatr każe schować się za krzakami. W tym czasie zrobiłem około 37 kilometrów z 5000 metrów przewyższenia. Patrzę na zegarek GPS i widzę te wartości. Śmieję się bo to karykatura biegania w terenie. Wszystkie parametry przegięte. Muszę zmienić buty, bo te są pełne kamyczków no i zaczynają się rozpadać. Serio. Na gołoborzach poprzecierałem szwy i pancerne mudclawy 300 przestają trzymać kształt. Otwierają się dziury. Czy to świadczy źle o tych butach? Nie. Raczej źle o terenie. Bo ja znam ten model. Sprzedajemy go od wielu lat i reklamacje mógłbym policzyć na palcach. To Charlie Ramsay zjadł mi buciki.

Fot. Karolina Krawczyk

Fot. Karolina Krawczyk

Na przepaku jest ze mną Magda. Karmi mnie kanapkami i daje ogromną porcję żelu. Tutaj żel zajadam hurtem. Z miękkiej butelki – pół kilo na drogę. Nie ma co się pieścić z saszetkami, które potem oblepiają tylko dłonie, a papierki walają się po wszystkich kieszonkach plecaka. Kolejny przepak jest planowany za około 10 godzin.

Kawałki w słońcu

Daję buziaka Magdzie i po 10 minutach jestem już na grubej czarnej kresce zaznaczonej na mapie. To linia kolejowa, z której trzeba oczywiście uciec do góry na kolejne zbocze. Problem stanowi płot ogradzający las. Ktoś tu nie lubi saren. Płot ma dwa metry i jest chwiejny. Część słupów spróchniałych i biegam dłuższą chwilę w poszukiwaniu jakiegoś, na który odważę się wspiąć. Las jest wąski na 50 metrów i po drugiej stronie całą operację trzeba powtórzyć. Ale świeci słońce, trawa się zieleni, a do tego piękne skały widzę przed sobą. Da się nawet chwilę pobiegać bez kurtki.

Linia kolejowa. Fot Karolina Krawczyk

Linia kolejowa. Fot Karolina Krawczyk

Na zboczu czeka Karolina Krawczyk – to ona zrobiła te wszystkie fajowskie zdjęcia. Jest niezmordowana. Pierwszy raz w Szkocji – oczy jej wychodzą z orbit i cały czas chłonie krajobraz. Gdyby mogła to by go zjadła.

Fot. Karolina Krawczyk

Fot. Karolina Krawczyk

A ja jestem znów na górze. I już w kurtce, i już na wietrze. Druga część biegu to najłatwiejszy fragment. Co prawda szczyty nadal mają po 1000 metrów i więcej (co znaczy, że wystają po 700 metrów nad doliny – czyli tyle co Tatry Zachodnie). Ale więcej tu traw i podmokłych wypłaszczeń niż piargów i grani. Coś się wreszcie biega. I nawet spotykam pierwszych turystów.

To cholerne odludzie, a oni przyszli tu ze względu na te swoje Munros. I siedzą, zajadają kanapki. Grzeją się za murkiem. Ja dotykam kolejnego kopczyka, już trzynastego. Czuję, że jestem w połowie trasy. Każdy ze szczytów ma kopczyk. Zwyczaj nakazuje się go dotknąć ręką. Jeszcze 11 takich pacnięć i do domu.

Fot. Karolina Krawczyk

Tak, tam się idzie właśnie tędy. Na samą górę. Nie, bez ścieżki. Fot. Karolina Krawczyk

Dziwny środek

Po 55. km nagle robi się niemal płasko i pojawia się szutrówka (do tej pory było jej może 300 metrów). Widziałem ją na mapie, więc ciężko mówić o niespodziance, ale 4 kilometry zrobione po płaskim to niesamowita ulga dla psychiki. Do tego w dół. Tanie, proste kilometry zbliżające do celu. Pogoda się psuje, lepiej być u tego celu szybciej niż później.

Zniewalająco piękna i pusta dolina Glen Nevis. Fot. Karolina Krawczyk

Zniewalająco piękna i pusta dolina Glen Nevis. Fot. Karolina Krawczyk

Wkrótce sytuacja się normuje. Szuter odbija w prawo, a ja zostaję na bydlęcej ścieżce w dolinie. Płaskie 3 km. Ale już nie szybkie. Już nie łatwe. W ostatnich dniach spadły tu tony wody, rozmiękczyły grunt, a teraz wpakowały się w to krowy, rozdeptały na rzadką zupę i narobiły placków. Więc jest wybór – albo wysokie kępiaste trawy, albo krowie placki. I co chwilę przecinanie małych strumyczków dochodzących do głównej doliny. Biega mi się nieźle, ale o ile na szutrze było 5 min/km to tu już kręcę się w okolicach 8. A jak zostawiam ścieżkę i chlupię w bagienku to na płaskim wyciągam 10 min/km. I to naprawdę starając się biec.

Ratuje mnie kolejna szutrówka i kolejne 700 metrów w górę. Bo niziny się skończyły i trzeba wleźć na pozostałe wierzchołki. Do mety jakieś 30 km. Większość przewyższeń za mną. Ale na szczycie Sgurr Elide Mor nie jestem w stanie ustać prosto. Huragan wieje z zachodu i huczy mi ogłuszająco w kapturze. Do tego przyszedł poziomy deszcz, a temperatura na grani spadła do kilku stopni.

Fot. Karolina Krawczyk

Fot. Karolina Krawczyk

Schowałem się za stertą kamieni i próbowałem złapać zasięg. Zrobiło się nieciekawie. Chmury schodzą niżej – szurają po graniach, a wiatr się wzmaga. W dolinach da się biegać, ale reszta trasy praktycznie nie schodzi w dół. To cholerne 20 km graniami i dopiero na końcu zbieg. I cały czas na zachód. 1000 metrów nad poziomem morza, które jest parę kilometrów stąd. I wiatr ma gdzie się rozpędzić. Przez cały Atlantyk może to robić. I właśnie spróbował.

To była szybka decyzja. Po 13 godzinach, mimo niezłej kondycji, decyduję się przerwać próbę. Wysyłam SMS-a Magdzie i Karolinie. Że schodzę. Że za godzinę zobaczymy się nad morzem. Czuję ulgę. Kołatają mi się wyrzuty sumienia, że może za łatwo się poddaję. Że może trzeba być twardszym. Ale uciszam te głosy.

Wiem, że to by można zrobić. Albo chociaż spróbować i wycofać się dwa szczyty dalej. Przestawić się na tryb oblężniczy – powolne, pokonywanie grani, przeczekiwanie najgorszych momentów, krycie się za skałkami. Wiem co to znaczy cierpieć i marznąć. Wiem sporo o hipotermii. I po prostu nie miałem na to ochoty. Tym razem nie chciałem zaciskać zębów by za wszelką cenę skończyć. Łydki i tak były czerwone od smagania deszczem.

Zakończenie

Ostatnie szczyty zwą się Mamores – znałem je z rekonesansu. To teren o niewielkich przewyższeniach – skacze się po 100-200 metrów w górę i w dół. Częściowo po ścieżkach, a przy wierzchołkach po piargach i gołoborzach. Trochę łatwo, trochę trudno. Do tego parę żyletkowatych graniek, gdzie ciężko poruszać się szybciej niż 15 min/km. Przy normalnej pogodzie Mamores są przepiękne.

I zostaną tam na miejscu. A ja może do nich wrócę.

Fot. Karolina Krawczyk

Fot. Karolina Krawczyk

Żeby powiększyć sobie szanse na Charlie Ramsay, wypadałoby dać sobie siedem dni do wyboru. Tak jak robią to wspinacze w górach wysokich – czają się, czają, aż wychodzi słońce i wtedy robią “wielki skok”. Czytałem relacje z najszybszych przejść Charlie Ramsay Round – zwykle były kilkakrotnie przekładane – by złapać weekend z dobrą pogodą. Jasmin Paris, która poradziła sobie z pętlą w 16 godzin i 13 minut miała praktycznie czyste niebo nad głową. Ale czy miała łatwiej? Gdy zrobiło się gorąco, kąpała się kałużach i rzeczkach.

Te małe i słabo znane góry zawsze trzymają w zanadrzu porcję niespodzianek.

O Autorze

Krzysztof Dołęgowski

Biegacz, ultramaratończyk, zawodnik rajdów przygodowych. Przez lata zastępca redaktora naczelnego magazynu Bieganie. Współautor książki "Szczęśliwi biegają ULTRA:, promotor biegania ultra, organizator imprez (m. in. Chudego Wawrzyńca, Monte Kazury i Wilczych Groni). Jako pierwszy Polak pokonał słynną angielską Bob Graham Round, był w pierwszej 50. na Marathon Des Sables, zajął wysokie miejsce w UTMB. Wielokrotny zwycięzca Kieratu - setki na orientację.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany