Idę powłócząc nogami, staram się trzymać tempo. Jeśli zasnę to się przewrócę i będę szurać uwieszona na holu, w dodatku Krzysiek Łakomiec tryska taką energią, że nie jestem pewna czy poczuje, że już nie idę, a tylko szuram chrapiąc. Próbuję śpiewać, ale zapominam słowa albo zaczynam bełkotać i sprawia mi to zbyt wiele wysiłku. Najwyżej zasnę i będzie gleba.

Efektowny zjazd ze skały. Miało być 100 m, ale 25 m też robiło wrażenie.

Efektowny zjazd ze skały. Miało być 100 m, ale 25 m też robiło wrażenie.

To zdjęcie powinno służyć za instruktaż jak należy wiosłować - skręcając korpus, a nie drąc łapami.

To zdjęcie powinno służyć za instruktaż jak należy wiosłować – skręcając korpus, a nie drąc łapami.

W Słowenii w miniony weekend wystartowały dwa polskie teamy – Code 34 (Justyna Frączek, Łukasz Warmuz, Maciek Dubaj i Maciek Mierzwa) oraz On-sight napieraj.pl (Magda Ostrowska-Dołęgowska, Krzysiek Dołęgowski, Kuba Wolski i Krzysiek Łakomiec). Formuła zawodów nie była typowa – nie chodziło bowiem o to kto pokona wyznaczoną trasę najszybciej. Właściwie – jasne było, że nikt nie da rady zrobić całości. Liczyło się zatem kto w wyznaczonym czasie 52 godzin zbierze najwięcej punktów. Wymagającą 400-kilometrową trasę pokonywało się w kilku etapach – rowerowych, biegowych, rolkowym, kajakowym, urozmaicono ją zadaniami specjalnymi – przeciskaniem się przez wąskie korytarzyki jaskiń i zjazdami na linach. Na długiej trasie wystartowały 24 czteroosobowe mieszane. Obsada byłą iście międzynarodowa – m. In. kilka mocnych teamów czeskich, Szwedzi, Francuzi, Chorwaci. Można było zdecydować które punkty zgarnąć, a które odpuścić – liczyła się taktyka, kombinowanie, stała kalkulacja. Wszystkie punkty miały w dodatku swoje „wagi”, które czyniły je mniej lub bardziej łakomymi kąskami dla zespołów. Różna była także trudność dotarcia na nie.

Woda na etapie kajakowych przypominała taką z wirującej pralki

Woda na etapie kajakowych przypominała taką z wirującej pralki

Siedzimy nad mapą. W ręku pęk flamastrów i długopisów, folia do oklejania. Jest 8 arkuszy , a na każdym z nich około 20 punktów. Wiele z nich jest połączonych w grupki i łańcuszki pociągnięte wzdłuż dróg, niczym paciorki. Na odwrocie widać wypisane wartości poszczególnych punktów. Łączymy je w grupy, obok dodajemy opisy. W końcu zaklejamy całość, żeby nie przemokła w czasie zlewki. Wiadomo – zlewka będzie.

ARS zawsze trochę zaskakuje. Wiadomo, że w czasie rajdu trafi się upał i totalna zlewka. Nie wiadomo tylko w jakiej kolejności. Dwa lata temu zaczęło się upalnie, wręcz piekielnie, chłodziliśmy się w napotkanych strumieniach. Po pierwszej nocy zaczęła się masakra, na etapie rowerowym trzęśliśmy się okrutnie wśród strug deszczu lejących się z góry, z dołu, z naszych rękawów. Peter Vrckownik – organizator skrócił wówczas zawody i właściwie nikt nie podważał słuszności tej decyzji.

W tym roku wzięliśmy już ze sobą więcej ubrań, w przepaku zaplątała się jedna czy dwie dodatkowe folie NRC – ot, na wszelki wypadek. Zaczęło się w Mariborze – krótkim biegiem i etapem rowerowym po łagodnych górach. Zlewka zaczęła się dopiero podczas etapu kajakowego, ale na nas, szczelnie zapakowanych w pianki nie robiło to wielkiego wrażenia. Na poważnie zastanawialiśmy się czy nie zabrać ich ze sobą na rower… Wezbrana Drava w kolorze kawy z mlekiem pędziła jak szalona. Na niektórych progach zdarzało nam się stracić z oczu chłopaków płynących przed nami. Ginęli nam z widoku pomiędzy wielkimi falami, takimi, jakich jeszcze nie widziałam na rzece. Tylko dzięki temu, że to kajaki typu sit on top, zawdzięczaliśmy brak spektakularnych wywrotek – chociaż widzieliśmy jak wykonał taką inny team, przed nami. A na końcu etapu – zaskoczenie – czekamy. Trzy godziny! Bez czasu stop, więc wszystko się zeruje. Code 34 siedzą ze smętnymi minami: – No i po co myśmy tak pycili na tym kajaku – mówi Łukasz, a Justyna ogląda pęcherze na swoich dłoniach. Pozostaje tylko się przebrać w suche rzeczy i czekać aż puszczą nas dalej. Ale – czeka nas dłuuuga noc. Mamy 11 godzin na pokonanie 100 km rowerem, bo rankiem, dopiero o 5 otwierają etap przeprawy łódkami przez rzekę. No i znowu czekanie, znowu próba spania pod folią NRC. Można się zdecydować na to, by robić etap bardzo powoli albo – żeby spać gdzieś pokotem. Wybieramy drugą opcję. Położyliśmy się na fotelach stojących przed kafejką w jednej z miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy. Noc była zimna i mimo, że mieliśmy 3 godziny na sen, byliśmy w stanie tylko trząść się leżąc z zamkniętymi oczami. Rozczuliły nas dziewczynki z babskiego szwedzkiego teamu, które przyłączyły się do nas, ale uprzednio umościły sobie leżanki, założyły czapeczki i rękawiczki i ułożyły się na łyżeczkę pod folią NRC.

Jedna z dziewczyn ze szwedzkiego teamu wychodzi z wąskiego przejścia jaskini.

Jedna z dziewczyn ze szwedzkiego teamu wychodzi z wąskiego przejścia jaskini.

Wyglądało to super, a dziewczyny były naprawdę dobrze przygotowane i działały sprawnie. Brakowało im tylko przytulanek i kołysanki.

Wow! Patrz jaki próg! Ale fale! O, kurde, ekipa przed nami zaliczyła wywrotkę. Ale chyba się pozbierają. Lecimy po prawej. Będzie lanie. Ty… czekaj… tam coś jest… o kurde! Ale znosi w środek tego burdlu. Trzymaj się i żadnego ruchu! (Łups! Fala przelewa się przez klatę, potem kajak schodzi niziutko w dół i jeszcze raz masa wody przesuwa po kajaku zawodnika z przodu. Trzeba trzymać się prosto jak kij od szczotki i pilnować stabilności kajaka).

 

Kanapka w czasie zjazdu na linie? Czemu nie?

Kanapka w czasie zjazdu na linie? Czemu nie?

O poranku, gdy znad rzeki wstawała mgła wiosłowaliśmy już na drugi brzeg rzeki. Okazało się, że mamy jeszcze półtorej godziny kiblowania, bo jest ograniczona ilość łodzi i wypuszczają teamy na trzy tury. Organizator postanowił nas dobrze rozmiękczyć przed prawdziwym ściganiem. A zbliżało się ono wielkimi krokami, wraz z długim jak nieszczęście etapem pieszym. W najdłuższej wersji mógł mieć nawet 150 km! Półtora Kieratu! Wzdłuż i wzwyż! Skróciliśmy go do 110 km, zanim dotarliśmy do miejsca gdzie czekały nasze rolki minęły 24 godziny. 24 długie godziny na miękkich, obolałych, ledwie poruszających się nogach. Z piekącymi co chwilę zamykającymi się oczyma. I z górami jak smoki. Zdarzały się fragmenty niemal wspinaczkowe, gdy wyrąbywaliśmy sobie butami miejsca na stopy w stromym zboczu, szukaliśmy chwytów wśród korzeni drzew. W dół nie patrzyliśmy – to byłby nieprzyjemny zjazd.

Przeprawa na łódeczkach w świetle wschodzącego słońca.

Przeprawa na łódeczkach w świetle wschodzącego słońca.

Na tym odcinku było wszystko – wysoka trawa, jeżyny, krowie placki, stromizny, dokuczliwy żwir szutrowych ścieżek, odbijające pięty asfalty. Ból nóg – mięśni, ścięgien, obtarcia, rany na plecach. Poruszaliśmy się jak kaczki chwiejąc się na boki, zastanawiając się na której teraz części postawić stopę, bo wszystko boli już tak, że najchętniej szli byśmy na rękach. Tak minął nam dzień, noc i następny poranek. Dwa razy przeciskaliśmy się w wąskich korytarzykach jaskiń, mieliśmy do pokonania 25 metrów przyjemnego zjazdu na linie w dół wapiennej skały. Potwór senny deptał nam po piętach. Były momenty gdy szłam przyczepiona holem do Krzyśka Łakomca, zygzakując, starając się skupić wzrok na jakimkolwiek szczególe. Śpiewałam, mówiłam do siebie, klepałam się po twarzy. Trzeba iść, byle do przodu, byle dalej. Odwracałam głowę – patrzyłam na mojego Krzyśka i Kubę, którzy szli z nosami w mapie. Tia… Sportowcy… A wyglądamy jak czwórka niepełnosprawnych, którzy z wielkim trudem próbują doczłapać o własnych siłach do uciekającego z przystanku autobusu. Sportowcy…

Skręcamy w prawo w asfalt, a po trzystu metrach przed zakrętem mamy odbić pod górę. Wyraźna droga zaznaczona ciągłą linią. Takie zwykle są podsypane szutrem – idzie się elegancko. Problem w tym, że teren nie sugeruje by kiedykolwiek w historii puszczano po tym zboczu jakąś drogę. Trzeba iść przez las. Zatrzymuję się i badam zbocze. Jest tak strome, że nie wiem jak zacząć. Ziemia wszędzie się tylko obsuwa pod butami. Skarpa jest niemal pionowa. W końcu łapię się drzewa i pokonuję najgorszy fragment. A potem już tylko chwytam kolejnych korzeni i pełznę na czworakach. I tak 200 metrów przewyższenia. Pozdrawiam pana kartografa.

 

Startując na rolki dowiedzieliśmy się, że niestety trzeba tachać również torbę w której roleczki czekały na nas. Ten zaszczyt przypadł Kubie.

Startując na rolki dowiedzieliśmy się, że niestety trzeba tachać również torbę w której roleczki czekały na nas. Ten zaszczyt przypadł Kubie.

Następny poranek zaczęliśmy na rolkach – krótkich i przyjemnych. 10 km ścieżką rowerową pomiędzy krótkim biegiem na orientację a rowerową jazdą na orientację, na której rower tylko przeszkadzał Krzyśkowi. My z Łasuchem mogliśmy się zdrzemnąć, bo to od teamu zależało ile osób i kto idzie zbierać punkty. Zaczął się ostatni etap – rower. Mieliśmy nadzieję zrobić go w całości, ale boleśnie zweryfikowaliśmy nasze plany po naszych nocnych zmaganiach. Kubę bolało kolano, było już mało czasu, grzebaliśmy się jak muchy w smole. Mieliśmy jeszcze 4 godziny rajdu, a czekały nas gigantyczne podjazdy i niełatwe przeloty pomiędzy punktami. Zdecydowaliśmy się skracać. Poszło nam zdecydowanie lepiej niż sobie wyobrażaliśmy. Na mecie pojawiliśmy się aż 1,5 godziny przed limitem – pluliśmy sobie przez to trochę w brodę. Powinniśmy byli zrobić więcej. Ale punkty trzeba było podbijać po kolei, więc gdy zdecydowaliśmy się zrobić skrót nie było już możliwości wrócić do tych, które odpuściliśmy. Można było tylko zasuwać czym prędzej do mety.

MTBO – Ale to był paskudny odcinek (a może Kshysiek nie bardzo się rozumie z mapą rowerową). Wąziutkie ścieżki jeżyły się masą korzeni, tak że jechało się na minimalnej prędkości cały czas pilnując mapy na której ścieżki nijak nie chciały ułożyć się w logiczną całość, a do tego były namalowane grubaśnie tak że zasłaniały całą rzeźbę. Gdyby nie kilka dłuższych prostych, lepiej by było rzucić rower w krzaki i zebrać punkty biegiem. Przynajmniej by nie trzęsło tak na czytaniu mapy. Syf nieziemski. I pół godziny w plecy.

 

Etapy rowerowe. Bardzo malownicze i szybkie. Głównie asfaltowe i szutrowe. Jednak przewyższenia dawały konkretnie w kość.

Etapy rowerowe. Bardzo malownicze i szybkie. Głównie asfaltowe i szutrowe. Jednak przewyższenia dawały konkretnie w kość.

Etapy były bardzo długie, a dostęp do naszych skrzyń mieliśmy zaledwie dwa razy. Trzeba było sporo rzeczy nosić na plecach – na rower zabierać buty do biegania, nosić ze sobą sprzęt do zjazdów linowych, jedzenie i jakieś ubrania, na wszelki wypadek, gdyby pogoda chciała nam dać ostro w kość. 110 km marszobiegu z bardzo dużymi przewyższeniami po 170 km rowerem i kajakiem i wytrzęsionymi pod folią NRC godzinami – nie należy do łatwych zadań. Spaliśmy pewnie z pół godziny – resztę przymusowych odpoczynków przeleżeliśmy z zamkniętymi oczami, czekając aż będzie można znów się rozgrzać. Marzliśmy, chciało nam się spać, mieliśmy kłopoty żołądkowe i potwornie bolały nas nogi. A na koniec okazało się, że właściwie nie wiadomo kto wygrał, kto zajął jakie miejsce, organizatorom, mimo dobrych chęci wszystko się sypnęło i nie można się było z rozdziawioną gębą pogapić na mocarzy na pudle. Pozostało tylko iść na smaczne i zimne słoweńskie piwo, powspominać. Pocieszyć się, że było fajnie, trudno, ładnie i że wszystko już za nami. Ci, którzy mieli następnego ranka zjawić się w pracy załadowali się w charakterze zwłok do samochodu, a ich „szofera” czekała ciężka noc. Inni – posmakowali chłodnego piwa trochę dłużej i doczłapali się na bolących nogach do namiotu, by zacząć wracać dopiero rano. A w domu – dobrze się wyspać i co jakiś czas zerknąć na stronę zawodów – czy wiadomo już o co chodziło w tym czeskim filmie?

Na uroczystości zakończenia, nagrody dostaje krótsza trasa, wolontariusze, jest pucharek za najszybszy etap kajakowych. Wesoło. Ale impreza się przedłuża, a wyników nie ma. Przyszła nawet dziewczynka i zaśpiewała piosenkę. Ale wyników nie wyśpiewała. Zrobiło sie dziwnie. W końcu organizator przeprasza i mówi, że stracili część danych. Za godzinę mamy się dowiedzieć kto wygrał i jakie są pozostałe lokaty. 2 piwa i pizzę później zjawia się przemiła pani organizator i informuje, że sędziowie potrzebują jeszcze 30 minut. Czekamy. Po 30 minutach okazuje się że liczenie zejdzie im do jutra. Gdy się budzimy z rana – sędziów już nie ma…
Jest czwartek. Pęcherze już się grzecznie zasklepiły. Nogi ciągle trochę opuchnięte nie zachęcają do wyjścia na bieganie. Organizator wyniki wreszcie podał. Co z tego skoro masę w nich błędów. Są nieoficjalne. Według nich mamy 3. lokatę. Code 34 jest na szczycie podium. Czekamy. Dziś mają uwzględnić reklamacje i dać oficjalny werdykt…

 

Na pierwszym przepaku wszyscy przebrali się w suche ciuszki. Tylko po to by po 100 metrach zobaczyć przed sobą smrodliwy kanałek, którego nie dało się objechać.

Na pierwszym przepaku wszyscy przebrali się w suche ciuszki. Tylko po to by po 100 metrach zobaczyć przed sobą smrodliwy kanałek, którego nie dało się objechać.

O Autorze

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Dziennikarz sportowy, przez lata redaktor naczelna magazynbieganie.pl, biegaczka, zawodniczka rajdów przygodowych. Ultramaratonka, która ma na swoim koncie udział w prestiżowych imprezach, m. in. Marathon des Sables, Transalpine Run, CCC, Transgrancanaria czy Marathon 7500. Jedyna Polka, która ukończyła słynną angielską rundę Bob Graham Round. Promotorka biegania ultra w Polsce i współautorka książki "Szczęśliwi biegają ULTRA".

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany